Trójkołamanie II – część druga

W pierwszej części artykułu Piotr opisywał jak to mocno wszedł w sezon, skrupulatnie realizował założenia treningowe, jednak niemal nic nie wyszło po jego myśli. Druga część wlewa jednak odrobinę otuchy w serca biegaczy, potwierdzając, iż regularny przemyślany trening przynosi efekty.

Jak już minął pierwszy szok po biegu, to miałem ochotę zrobić najgorszą rzecz jaką według mnie może zrobić ktoś poważnie podchodzący do treningów, czyli tydzień później pojechać na kolejny maraton w celu poprawienia wyniku. Jednak zdrowy rozsądek i powolne oswajanie się z tą porażką utwierdziły mnie w przekonaniu, że nic nie straciłem przygotowując się do tego startu. Ta praca zaowocuje w kolejnych startach i w kolejnych latach, a ja nie mam zamiaru przestać biegać, tylko jeszcze się rozwijać. Zacząłem więc myśleć, co jeszcze mogę zrobić w tym sezonie i analizować jakie błędy mogły się przyczynić do porażki. Oprócz oczywistych wniosków dotyczących problemów ze sprzętem oraz samotnego biegu pod wiatr uznałem, że popełniłem też błędy treningowe. Jeżeli decydujemy się na realizację jakiegoś planu, to nie powinniśmy ingerować w jego zawartość zbyt istotnie, bo możemy przewrócić cały plan. Uznałem, że przesunięcie sprawdzianu-półmaratonu mogło być takim błędem. W BPS wszystko jest tak przemyślane i ułożone, żeby dać nam maksymalny efekt treningowy w zaplanowanym czasie i przygotować nas najlepiej na wybrany dzień. Do tego konieczne jest pewne następstwo bodźców, co zostało zaburzone w tym planie. Oczywiście nie zawsze to musi się tak skończyć, ale przy ambitnym planie stwarza dodatkowe zagrożenie niepowodzeniem. Kolejny element, to analiza samopoczucia. Czując duży brak mocy w tygodniu przed startem powinienem się był zdecydować przełożyć start o tydzień lub dwa – na jesieni jest o to łatwo, ponieważ jest sporo maratonów. Ten czas pozwoliłby organizmowi się odbudować i osiągnąć optimum. Dodatkowym błędem był brak odpoczynku po sprawdzianie –półmaratonie. Od następnego dnia wszedłem w kontynuację planu, nie dając organizmowi się zregenerować, po bardzo ciężkich zawodach. Spowodowało to co prawda krótkotrwały skok formy, ale zbyt wcześnie i gwałtownie, by do maratonu spadać. Potwierdziła się stara prawda – odpoczynek jest jednym z najważniejszych środków treningowych w wymagającym planie.

Trzeba było jednak zacząć myśleć o tym, co dalej

Nie miałem wątpliwości, że chcę pobiec 10 km na Biegu Niepodległości w Warszawie, gdzie rok wcześniej po przygotowaniach maratońskich zrobiłem życiówkę. Bieżąca forma pozwalała mi myśleć o poprawieniu tego wyniku. Zastanawiałem się jednak, jak włożoną pracę wykorzystać pod kątem przyszłego roku, w którym to postanowiłem sprawdzić osobiście, jak to jest pokonać dystans dłuższy niż nasze magiczne 42,195m. Jak zaczynałem biegać, to obiecałem sobie, że jak uda mi się w przyszłości złamać 3 godziny w maratonie, to spróbuję poszukać granicy moich możliwości w triathlonie na dystansie długim, czyli tzw. IronMan. Zaplanowałem sobie nawet ten start na bieżący sezon, ale nie udało mi się zapisać na zawody w niemieckim Frankfurcie. Ponieważ w tym roku ta sztuka mi wyszła i byłem na liście startowej na 2009 rok, to pozostało powoli się przygotowywać do tego wydarzenia. Na początku szczególnie psychicznie.

W tygodniu po maratonie zrobiłem 3 bardzo krótkie(<7km) spokojne rozbieganie, żeby dać porządnie odpocząć mięśniom przed czekającymi je kolejnymi wyzwaniami. Tutaj też poczyniłem pewną bardzo ciekawą obserwację. Im dłużej (w sensie miesięcy, lat) trenujemy w miarę regularnie, to nawet wysiłki na granicy naszych możliwości jak maraton w rekordowym czasie, powodują coraz mniejsze dolegliwości po ich zakończeniu. W tygodniu po maratonie odczuwałem oczywiście bóle nóg, ale nie miałem np. typowo maratońskich problemów z chodzeniem po schodach.

- Wystartuj -

Kontynuując dalsze przygotowania, na pierwszy ogień testów ultra, wybrałem Nocny Maraton Pieszy w Puszczy Kampinoskiej. Z planem marszobiegania wybraliśmy się tam z grupką znajomych. Charakter tej imprezy pasował mi idealnie. Trudne podłoże leśnych duktów puszczańskich nie pozwalało na całkowite rozwinięcie biegowych skrzydeł, ale doskonale pozwalało ocenić stopień zaangażowania niezbędnego do pokonania takiego dystansu. Sprawdzian ten nie tylko podgrzał we mnie wolę dalszego wejścia w głęboką wodę biegów ultra, ale też przekonał, że tak miłą imprezę koniecznie trzeba będzie powtórzyć w kolejnych latach.

Już w poprzednim sezonie spoglądałem chyłkiem ku biegowi na 100 km w podkaliskim Blizanowie, jako imprezie, w której kiedyś chciałbym wziąć udział. Wtedy uważałem jednak, że jeszcze nie jestem gotowy na takie wyzwanie. Podczas przygotowań do tegorocznego maratonu myślałem już cieplej o tym pomyśle, w wypadku, gdyby udało mi się zrealizować zaplanowany wynik w maratonie. Z wyniku nic nie wyszło, ale to i tak nie było najważniejsze. Planując w przyszłym roku start w IM, postanowiłem sprawdzić jak to jest, gdy organizm jest poddawany intensywnemu wysiłkowi przez wiele godzin. Oczywiście wiedziałem, że nie będę biegł tak długo jak czas spędzony na przyszłorocznym triathlonie, ale być może ten start da mi ogólne pojęcie, jak mój organizm reaguje na tak długie wysiłki. Kolejnym problemem było zaburzenie przez ten start, rytmu treningowego do 10 km w Warszawie, ale ważność tego sprawdzianu była dla mnie tak duża, że byłem w stanie nawet pogrzebać nową życiówkę na 10 km.

Jednak nie zamierzałem składać broni i przez pozostałe 2 tygodnie do setki, realizowałem trening pod 10 km. Poniedziałek i wtorek po pięćdziesiątce odpoczywałem dając nogom w pełni dojść do siebie. W środę postanowiłem się pobudzić szybkościowo i zrobiłem YASSO po 2:37-2:39, co zaskoczyło mnie samego, gdyż trening ten zrobiłem bez większych problemów. W czwartek odpoczywałem, w piątek spokojnie pobiegłem 10 km, a w sobotę bardzo długie wolne wybieganie 40 km. Kolejne dwa dni to znów „ładowanie akumulatorów”, a we wtorek spokojne 13 km. W środę sesja siły biegowej, ponieważ czułem potrzebę pobudzenia się siłowo i szybkościowo, lecz tym razem wyjątkowa jak dla mnie, bo zrobiłem 8 podbiegów w maksymalnie szybkim tempie na odcinku ok. 150 m. W czwartek spokojne 11 km, a kolejny dzień wolny. W sobotę postanowiłem „przetrzeć” się szybkościowo podczas zawodów Grand Prix Warszawy w Lesie Kabackim i sprawdzić na ile mnie stać na 10 km. Są to zawody po leśnych ścieżkach, na około 9800 m, więc trudno jednoznacznie szacować, jak wynik z tego biegu może przełożyć się na 10 km na asfalcie. Osiągnąłem czas 35:46, co było moją nową życiówką na tej trasie i pozwalało mi realnie myśleć o zbliżeniu się do 36 minut na Biegu Niepodległości. Ponieważ szybkość uznałem za wystarczającą, należało utrzymywać wytrzymałość, która najszybciej ulega regresji i w związku z tym w niedzielę pobiegłem spokojne 30 km. Muszę tutaj zwrócić uwagę, że takie połączenie mocnego startu na 10 km z 30 km wybieganiem następnego dnia sprawdza się u mnie dość dobrze, ale stosuję to dopiero w tym roku mając już w nogach kilka tysięcy km. W poprzednich sezonach po ściganiu na 10 km albo robiłem sobie wolne, albo kilka km roztruchtania. Trzeba na to uważać, ponieważ zawsze powtarzam, że najważniejsze w bieganiu jest zdrowie i zbyt mocny trening może przeciążyć aparat ruchu.

Ponieważ w kolejną sobotę czekało mnie najdłuższe w moim życiu wyzwanie wytrzymałościowe, postanowiłem kolejny tydzień poświęcić odpoczynkowi i regeneracji i tylko w środę zrobiłem trening ze spokojnymi 11 km.

Do Kalisza pojechałem nie mając do końca sprecyzowanych planów, jak szybko chciałbym biec. Z jednej strony zawsze chcemy każdy dystans pokonać jak najszybciej, ale z drugiej nie miałem pojęcia, co mnie może czekać po pokonaniu kilkudziesięciu kilometrów. Dodatkowo traktując ten bieg jako sprawdzian przed IM, powinienem biec jak najwolniej. Wybrałem kompromis – przebiec cały dystans bez przechodzenia do marszu – poza strefami odżywiania – w tempie jakie będzie mi się wydawało komfortowe na danym etapie biegu.

Cel ten udało mi się zrealizować w 100 % i po 9 godzinach i 13 minutach biegu osiągnąłem metę w doskonałej kondycji psychicznej i fizycznej(jak na pokonany dystans). Z biegu byłem bardzo zadowolony, ponieważ udało mi się 85 km pokonać bardzo równym tempem oraz zachować jeszcze dość dużo sił na ostatnią 15 km pętlę, którą pokonałem dużo szybciej niż poprzednie.

Doświadczenie jakie wyniosłem z tego startu jest bezcenne z kilku powodów. Po pierwsze nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się otrzymywać tak dużej dawki endorfin przez tak długi czas. Kilkadziesiąt kilometrów spokojnego biegu w niemal bajkowej scenerii, w przecudnych warunkach pogodowych wschodzącego słońca i porannych mgieł, spowodował, że uśmiech nie schodził z moich ust. Dodatkowo poznałem, co to znaczy pokonywać własne słabości. Przy takim dystansie trzeba walczyć nie tylko z czasem, psychicznym zniechęceniem, ale też z fizycznym bólem zmęczonych do granic możliwości mięśni. Nauczyłem się, że mimo bólu można się zmotywować do przyspieszenia i wykrzesania z siebie ostatnich zapasów energii. Pokazało mi to mniej więcej, czego się mogę spodziewać podczas kolejnych ultra-wyzwań.

Po powrocie z kaliskiej setki nie zostało mi już praktycznie czasu na przygotowania do Biegu Niepodległości, ponieważ musiałem dobrze wypocząć po jednym jak i przed drugim biegiem.

Tym bardziej musiałem pozostałe 16 dni wykorzystać jak najlepiej umiem, kładąc szczególny nacisk na regenerację. Kolejne 3 dni odpoczywałem, w środę zrobiłem 7 km bieg regeneracyjny, żeby rozruszać trochę mięśnie, a następne 3 dni również przeznaczyłem na odpoczynek. W niedzielę czułem się już świeżo, więc wyszedłem na 17 km spokojny kros. Pozostałe do BN 8 dni postanowiłem wykorzystać na ostateczny szlif szybkościowo-siłowy i wytrzymałości tempowej. W poniedziałek zrobiłem znów YASSO po 2:36-2:40, we wtorek spokojne 12 km, środa wolne, w czwartek znów spokojnie jak we wtorek, a dodatkowo trening siłowo-sprawnościowy na sali. Oszczędzałem się jednak i nie ćwiczyłam na 100 %, wiedząc, że po pierwsze grozi to jakąś kontuzją, a po drugie nie mogłem dopuścić do kompletnego zmęczenia na 4 dni przed startem. Wiem jednak, że na kilka dni przed mocnym biegiem, dość mocne pobudzenie siłowe mięśni nóg wpływa na formę w dniu startu bardzo korzystnie. Zresztą zaletę takiego podniesienia tonusu mięśniowego podkreśla wiele osób. W piątek odpoczywałem pozwalając mięśniom odnieść jak najwięcej korzyści z treningu na sali. Ponieważ start miał być we wtorek, postanowiłem w sobotę podtrzymać zwiększony tonus mięśniowy z czwartkowego treningu oraz zrobić ostatni akcent szybkościowy. Wybrałem się na 14 km biegu, w trakcie których zrobiłem 8 interwałów 500 m na przerwie 250m bieganych w tempie 3:10-3:15. Podczas tego treningu czułem się mocno zmęczony ostatnimi przygotowaniami, więc zrezygnowałem z 2 ostatnich z 10 planowanych powtórzeń. W niedzielę rano zrobiłem ostatni trening przed startem truchtając po lesie 10 km.

We wtorek – dzień biegu, wszystko układało się pomyślnie. Pogoda wspaniała jak na tę porę roku. Słonecznie z lekkim wiatrem, który nie powinien nastręczać dużych trudności. Nie czułem jakiegoś nadmiaru rozpierającej mnie energii, ale czułem, że mam siły na szybki bieg. Jako cel maksimum zaplanowałem złamanie 36 minut. Postanowiłem nie popełniać błędu z maratonu i nie biec samotnie, ale nawet za cenę szybszego biegu na początku „złapać” zwartą grupę biegnącą podobnym tempem. Po mniej więcej kilometrze biegu taka grupa była już dość wyraźnie wyklarowana i równym tempem na złamanie 36 minut posuwaliśmy się do przodu. Niestety sprawdzanie tempa biegu było dość utrudnione, ponieważ organizatorzy dość niechlujnie poustawiali oznaczenia kilometrowe. Po 3 kilometrze i różnych wskazaniach postanowiłem nie zaprzątać sobie głowy międzyczasami, tylko kontrolować tętno, a wynik jaki wyjdzie taki miałem zaakceptować. Ponieważ grupa trzymała bardzo dobre jak dla mnie tempo, to za wszelką cenę starałem się jej nie zgubić. Wspólny bieg trwał do mniej więcej 8 kilometra, kiedy to ostatnia część naszej grupy zaczęła się „rozsypywać”. Znalazł się na szczęście jeden biegacz, który postanowił w tym momencie nawet lekko przyspieszyć. Ponieważ czułem, że jeszcze dam radę, zaatakowałem wraz z nim. Na 400 metrów przed metą przyspieszyłem mając nadzieję na zgubienie przeciwnika za sobą, ale okazało się, że on zostawił sobie więcej sił na finisz i musiałem uznać jego wyższość. Na metę dobiegałem nie mając już z kim walczyć, ponieważ kolejni zawodnicy byli zbyt daleko żeby mi zagrozić. Przebiegając pod bramą byłem pełen euforii ponieważ zegar na mecie pokazywał 35:18. Nie mogłem uwierzyć, że udało mi się tak szybko pobiec, ale mój stoper pokazywał tyle samo. Moja radość była tym większa, że przygotowania teoretycznie pozostawiały wiele do życzenia, a dwa tygodnie wcześniej poddałem się wysiłkowi, który mógł stłamsić całą szybkość biegową. Na szczęście tak się nie stało i mogłem już ze spokojem myśleć o odpoczynku i przygotowaniach do kolejnego sezonu. Uznałem, że największym sukcesem ostatnich tygodni treningowych było dobre zbilansowanie wysiłku wkładanego w trening, oraz odpoczynku koniecznego, po tak wyczerpujących treningach oraz startach.

W pełni poczucia dobrze zrealizowanego sezonu biegowego, uzyskanego progresu oraz kolejnych porcji wiedzy jakie z niego wyciągnąłem, rozpocząłem kolejny okres roztrenowania.