„Rzeźnik. Historia kultowego biegu” – książka, która zmienia myślenie o bieganiu

0
12

“Rzeźnik. Historia kultowego biegu” – książka Anny Dąbrowskiej i Piotra Skrzypczaka trafia na polski rynek w idealnym, bo trudnym dla samej imprezy, momencie. W dobie kontrowersji i problemów związanych ze startem XIII edycji Rzeźnika za sprawą lektury możemy nabrać dystansu, którego części zbulwersowanych krytyków z pewnością brakowało, a przy okazji – zaznaczam to już na wstępie – nie utonąć w litanii pochwał, której można się było spodziewać po tego typu publikacji. Ta książka to jednak znacznie więcej niż kronika znanego biegu, to w dużej mierze diagnoza współczesnego środowiska polskich biegów górskich na tle samych narodzin idei szybkiego pokonywania szczytów.

Zanim przejdę do meritum pozwolę sobie wspomnieć, że sam miałem okazję uczestniczyć w Biegu Rzeźnika w zeszłym roku i mam swoje zdanie na temat tej imprezy. Nie da się ukryć, że była to swego rodzaju soczewka, przez którą patrzyłem na książkę Wydawnictwa Galaktyka. By nie skupiać się jednak na kwestiach pobocznych dodam jedynie, że moim zdaniem Rzeźnik oprócz zalet ma oczywiście wady i – wyprzedzając nieco samą recenzję – na całe szczęście autorzy książki doskonale zdają sobie (i nam) z tego sprawę. „Rzeźnik. Historia kultowego biegu” to bez wątpienia książka, po którą powinien sięgnąć każdy biegacz.

“A zaczęło się od zakładu…” – czyli o nierozłącznym związku Rzeźnika i piwa

Opowieści o całkowicie spontanicznych i nieco szalonych okolicznościach, które towarzyszyły narodzinom Rzeźnika, z pewnością przywiodą na myśl części czytelników wspomnienia ich własnych początków z bieganiem. Sam zresztą zacząłem swoją przygodę z przebieraniem nogami od alkoholowego zakładu, zatem historia grupy chłopaków, którzy postanowili porwać się na niesamowity, jak na tamte czasy, pomysł pokonania bieszczadzkich grzbietów biegiem by na końcu wygrać… kilka butelek piwa i podejrzaną wódkę, wydawał mi się paradoksalnie dość bliski. To jednak wyłącznie główny wątek książki, a prawdziwą perełką jest tło.

Przy okazji podążania za obejmującą dwanaście lat historią, którą rozpoczął ów zakład, mamy bowiem okazję dowiedzieć się m.in., skąd “werbowali się” pierwsi w naszym kraju biegacze górscy. I – tu nie powinno być zaskoczenia – często nie były to osoby, które od dziecka ganiały w trampkach po stadionie. Owszem, byli i tacy, a sam Mirek Bieniecki jest przykładem bardzo dobrego biegacza nizinnego, który zdecydował się połączyć swoją pasję z górami. Z drugiej jednak strony znajduje się grupa, której bliższy był trekking czy rajdy przygodowe. Góry znali oni zatem od podszewki, zanim wpadli na pomysł by po nich biegać.

Góry naznaczone historią pełną znaków zapytania

W tle głównej narracji poznajemy także nieco faktów dotyczących historii samego regionu i trzeba przyznać, że jest to jeden z najmocniejszych punktów książki. Poszczególne wspomnienia ciągną się bowiem nawet do kilkuset lat wstecz, a przy tym są na tyle dobrze wkomponowane w całość opowieści, że nie nużą, a wręcz przeciwnie – pobudzają apetyt, stanowiąc doskonały argument by wybrać się w Bieszczady nie tylko na kolejny rzeźnicki festiwal, ale także przy okazji najbliższego urlopu. Góry te od lat stanowią cel wędrówek turystów, próbujących całkowicie odciąć się od cywilizacji, a znając burzliwą historię tamtych okolic, nie będziemy mieli złudzeń, z czego wynika owa bieszczadzka “dzikość”.

Rzeźnik to nie sztywne reguły, Rzeźnik to ludzie

A zaczęło się od jednego i nie mam tu na myśli Mirka, ale jego trenera – Klausa Czecha, którego nazywano Rzeźnikiem. Jak nietrudno się domyślić, na ksywkę tę można było sobie zapracować wyjątkowo katorżniczymi metodami treningowymi, które jednak dawały bardzo dobre efekty (szczególnie wśród młodych zawodników).

Książka Anny Dąbrowskiej i Piotra Skrzypczaka otwiera zatem kolejny wątek – dzięki niej możemy bowiem dowiedzieć się trochę więcej na temat tego, w jakich warunkach trenowano jeszcze 15-20 lat temu, jak wyglądały obozy treningowe czy samo podejście do uprawiania sportu. Niektórzy być może zrozumieją dzięki temu, że sprzęt to nie wszystko, a prawdziwym skarbem dla sportowca jest zaangażowanie i – czego na pewno zabrakło tegorocznym krytykom Biegu Rzeźnika – poszukiwanie w tym wszystkim frajdy i dobrej zabawy.

Poza trenerem Klausem poznajemy także całą ekipę, która od lat tworzy kultową już imprezę. Za Mirkiem, którego kojarzy większość biegaczy górskich w Polsce, stoi przeciez grono sprawdzonych w boju przyjaciół i niezliczona liczba wolontariuszy. Na początku nie było to jednak tak oczywiste – zanim Rzeźnik wypracował rozpoznawalną markę organizatorzy musieli w dużej mierze improwizować by dopinać kolejne imprezy na ostatnią chwilę, nie mówiąc już o dokładaniu do zabawy z własnej kieszeni. Wydaje się jednak, że znaleźli w tych okolicznościach doskonały sposób na radzenie sobie z przeciwnościami – jest nim jedyny swoim rodzaju luz Mirka oraz przyjacielskie relacje między organizatorami, wolontariuszami i biegaczami (a przynajmniej dużą ich częścią).

“Rzeźnik. Historia kultowego biegu” to nie hymn pochwalny

Jak już wspominałem, autorzy nie zamierzają na szczęście wybielać wszystkich faktów związanych z imprezą. Nie da się ukryć, że na przestrzeni lat organizatorzy nie uniknęli wielu błędów, z których część można wiązać z różnie rozumianym “pechem”, ale reszta wynikała po prostu z niedociągnięć logistycznych. Co ważne, sami zainteresowani nie wypierają się ich jednak, gdy są o to pytani.

rzeznik-historia-kultowego-biegu-05

Dużą część lektury wypełniają także rozważania na temat dalszego rozwoju podobnych biegów w Polsce i nieodzowne w tym kontekście pytania: co z limitami uczestników na zawodach? Czy imprezy powinny być trudniejsze i bardziej elitarne czy otwarte na każdego? O co chodzi z coraz częściej występującą formułą losowania? Gdzie zaczyna i kończy się “niszowość” biegów górskich? Czy masowe festiwale będą ich gwoździem do trumny? Te i podobne zagadnienia nie znajdują w książce wyraźnego rozwiązania, ale stanowią zaproszenie do dyskusji i własnych przemyśleń. Na łamach samego “Rzeźnika” mierzą się z nimi największe nazwiska z polskiego środowiska górali, którzy często mają w tych kwestiach zgoła odmienne zdanie.

To potrzebna i bardzo dobrze napisana książka

Podsumowując, polecam absolutnie każdemu lekturę nowej książki Wydawnictwa Galaktyka, jest to bowiem najlepsza pozycja tego wydawnictwa od dłuższego czasu. To nie tylko publikacja dla tych, którzy mają już za sobą lub planują start w Rzeźniku (choć nie ukrywam, że miło było powspominać), ale dla wszystkich zainteresowanych biegami górskimi. To połączenie wielkiego kunsztu autorów (za splecenie tylu wątków w tak czytelną i angażującą formę należą się po prostu brawa!) oraz historii, która pozwala zrozumieć, jak to wszystko się zaczęło, jak ma się obecnie i zadać potrzebne pytania o to, dokąd zmierza.