Odnaleźć wartość w niepowodzeniu

Nikt nie lubi przegrywać, choć czasem przegrywa każdy. Czy w porażce w ogóle kryje się jakaś wartość? Jak ją dostrzec? W jaki sposób traktować mniejsze lub większe niepowodzenia, aby wytrwać w dążeniu do zamierzonych celów?

Przeciwieństwo sukcesu

Pracując z grupami, lubię zadawać pytanie: „Jak myślisz, co jest przeciwieństwem sukcesu?” Prawie zawsze przytłaczająca większość stwierdza: niepowodzenie albo porażka. Kiedy upewniam się czy na pewno tak sądzą, na sali panuje konsternacja. Potęguję ją mówiąc, że dla mnie przeciwieństwem sukcesu jest przeciętność albo bezczynność. Tak, tak! Dobrze przeczytaliście – przeciętność i bezczynność dla mnie są wyznacznikami braku sukcesu w niemalże każdej dyscyplinie sportowej. W życiu zresztą również.

Mottem mojego liceum były słowa Konfucjusza – „porażek nie ponosi jedynie ten, kto nie podejmuje żadnych działań”. Działania natomiast nieodłącznie wiążą się z ryzykiem. Z jednej strony można tu wiele ugrać – jest chwała, zwycięstwo i euforia związana z osiągnięciem celu czy spełnienia swojego marzenia. Druga strona medalu to porażka, być może nawet klęska, pośmiewisko. Samo działanie niestety nigdy nie zagwarantuje sukcesu, ale jest konieczne, aby w ogóle można o nim pomyśleć. Działanie będzie prowadzić zarówno do wielkich i małych zwycięstw, jak i wielkich i małych niepowodzeń. Tak to już jest, kiedy podejmuje się ryzyko działania. Bo porażek nie ponosi jedynie ten, co nie robi nic.

Podam przykład, w jaki sposób działa ten mechanizm. Nie można nauczyć się jeździć na łyżwach czy nartach, nie lądując kilka lub kilkanaście razy na godzinę na swoich czterech literach. Górale mawiają: „jak się nie wywrócis, to się nie naucys”. Dlatego dobrze jest się wywracać! Dobrze jest „przegrywać”, ponieważ z każdą wywrotką stajemy się bardziej doświadczeni i świadomi. Rozwijamy umiejętności i coraz lepiej wiemy, co działa, a co nie. Posiadamy lepszą kontrolę nad własnym ciałem i pomimo upadków chcemy dalej jeździć! Najfajniej widać to u dzieci – one uczą się najszybciej i to nie tylko z racji swoich psychofizycznych predyspozycji. Owszem, jest to jakiś czynnik, ale w moim przekonaniu dużo ważniejsze jest to, że one nie boją się upadać. Dzieci próbują, ponoszą porażki, podnoszą się i znowu próbują, aż do skutku. Aż odniosą zamierzony cel, czyli w tym przypadku nauka umiejętności, takich jak jazda na nartach czy łyżwach. Jak upadną, to wstaną i pojadą dalej. Niestraszne im siniaki czy nawet złamania, bo o tym w ogóle nie myślą. Po prostu to robią jak w sloganie Nike – Just do it! Dorośli też tak by mogli, ale się boją. Dorosły natomiast przesadnie używa swojego umysłu – rozważa ryzyko, kalkuluje, analizuje, porównuje do swoich wcześniejszych doświadczeń i zanim się w końcu zdecyduje spróbować, to się rozmyśli, bo znajdzie w sobie tysiąc powodów i wymówek, dla których jednak nie warto ryzykować. Obawiając się konsekwencji – bólu, niepowodzenia, wyśmiania itd. Te obawy paraliżują ich działania, przez co nie próbują i nie stają się coraz lepsi.

Kręta droga na szczyt

Droga na szczyt rzadko kiedy jest funkcją liniową usłaną pasmem sukcesów. Ma w sobie wiele zakrętów. Ludzie sukcesu – zarówno w sporcie, nauce, biznesie, jak i polityce – wiedzą, że wytrwałość jest najważniejszą cechu charakteru mistrza. Wytrwałość pomaga bowiem podnieść się i biec dalej. Wytrwałość pomaga przeskoczyć kłody rzucane pod nogi i biec dalej. Wytrwałość pomaga znaleźć alternatywę, wtedy, kiedy wydaje się wszystkim, że sytuacja jest bez wyjścia. Ludzie sukcesu wiedzą, że droga na szczyt usłana jest wieloma porażkami, niepowodzeniami, czasami nawet znaczącymi klęskami. Doceniają te doświadczenia jako wartościowe, wyciągają z nich naukę i dalej robią swoje, bogatsi o tę wiedzę.

W naszej kulturze porażka jest demonizowana i uznawana za coś strasznego. Ponadto można być albo zwycięzcą, albo przegranym. Ale to wcale nie jest takie zerojedynkowe. Jeśli popatrzeć na ludzi, którzy odnieśli sukces, to z boku może się wydawać, że taki ktoś od dawna spija tylko śmietankę. Nic bardziej mylnego! Rzadko kiedy jednak ilustruje się ich ciężką pracę, drogę którą przebyli, przeciwności, z jakimi się zmierzyli. O tym niewielu chce wiedzieć, bo jest to jakieś mało medialne i atrakcyjne. Jednak właśnie ta ciężka droga, którą przebyli, jest bardzo często kluczem do odniesionych później sukcesów. Przykładów takiej tendencji jest naprawdę wiele, niektóre obrosły już w legendy. Przytoczę kilka z nich…

Ludzie sukcesu z porażką na karku

Podobno Albert Einstein nie był w stanie mówić do czwartego roku życia, a jego nauczyciele nie przewidywali mu świetlanej przyszłości. Walt Disney został wyrzucony z pierwszego wydawnictwa, dla którego pracował przez brak kreatywności i oryginalnych pomysłów! W wieku 30 lat Steve Jobs został wyrzucony z firmy, którą sam założył. Decca Recording Studios odmówiła nagrania płyty brytyjskiemu zespołowi muzycznemu zwanemu The Beatles. W uzasadnieniu napisano: „nie podoba nam się ich brzmienie … nie mają żadnej przyszłości w show biznesie” (sic!).

W sporcie takich przykładów jest szczególnie wiele. Michael Jordan nie dostał się do szkolnej drużyny koszykówki. Leo Messi przez lata borykał się z karłowatością. Asafa Powell, bijący rekord życiowy w sprincie na 100 m na igrzyskach w Atenach, również pojawił się znikąd. Na naszym sportowym podwórku mamy Roberta Korzeniowskiego, Roberta Lewandowskiego, Maję Włoszczowską czy Justynę Kowalczyk. To postacie sportu, które teraz są dla nas uosobieniem sukcesu. Jednak wbrew temu, co podpowiada nam intuicja, nie zawsze tak było. To są sportowcy, którzy doświadczali w swoim życiu różnego rodzaju niepowodzenia i porażki. Klucz w tym, że podnosili się po nich, uczyli się na popełnionych błędach i przez to stawali się coraz lepsi w swoich dyscyplinach. To właśnie siła wytrwałości. Najlepiej tę postawę ilustruje Michael Jordan, który pisze w swojej biografii:

Mam na koncie ponad 9 tysięcy nieudanych rzutów, prawie 300 przegranych meczów. 26 razy koledzy zaufali mi, że trafię do kosza, zdobywając zwycięstwo, a ja zawiodłem. Ale za każdym razem wracałem na boisko i setki razy powtarzałem pechowy rzut.

To jest oczywiście filozofia rozwoju, która będzie procentować przez całe życie. Może natomiast także zaprocentować w dniu zawodów. Pisałem już o inspirującym przykładzie Lassego Virena, który mimo upadku wybiegał złoto olimpijskie w Monachium. Upadłem? Wstaję! I biegnę dalej! A jak nie wstanę od razu, to sobie odpocznę i pobiegnę dalej, jak tylko nabiorę sił. Takie nastawienie może tylko wyjść wszystkim na dobre!

Porażka jako sygnał

A więc czym jest porażka? Porażka może być sygnałem, informacją zwrotną, co należy poprawić i następnym razem zrobić lepiej lub inaczej. Porażka może być też motorem napędowym, motywacją do zrobienia koniecznych zmian, aby się poprawić. Dlatego niepowodzenia są dobre, a nawet konieczne dla każdego, kto jest zaangażowany w sport – nieważne czy zawodowy, czy amatorski. Z perspektywy pracy psychologa odpowiednie zarządzanie porażką jest trudnym, ale ważnym elementem treningu mentalnego. Nikt nie lubi przegrywać, nikt nie przystępuje do rywalizacji po to, aby przegrać. Nawet najlepsze przygotowanie do realizacji swoich celów oraz wiara w swój sukces mogą czasami nie wystarczyć. Nie zawsze mamy na wszystko wpływ. Dlatego niepowodzenia zdarzają się i będą się zdarzać nawet najlepszym, niezależnie od stażu czy poziomu zaawansowania. Grunt, aby wyciągnąć z tego jakąś lekcję i pójść (pobiec!) dalej do przodu. Niech niepowodzenia nie definiują, ale będą sygnałem do zrobienia odpowiednich poprawek.