Pierwszy Nielegalny Nocny Półmaraton Wrocławski

Partnerzy medyczni TreningBiegacza.pl

I NIELEGALNY NOCNY PÓŁMARATON WROCŁAWSKI – relacja naszej redaktor, która tam była i nawet życiówkę (nieoficjalną) wywalczyła.

Bieganie rośnie w siłę

I Nocny Półmaraton we Wrocławiu, okrzyknięty jako NIELEGALNY – impreza, która reklamą dotarła w każdy najmniejszy zakątek. Chętnych było tak dużo, że dwa razy zwiększano limit uczestników. Początkowo ilość biegaczy miała liczyć 3 tysiące. Kolejną pulę zapisów zwiększono o 500 miejsc, aż w końcu listę zamknięto z ilością 4 tysięcy uczestników. Jak na pierwszą edycję biegu frekwencja była ogromna. Zapowiedzi świetnej imprezy kusiły. Przebiec się nocą po jakże urokliwym Wrocławiu w tak licznej grupie pasjonatów – piękna sprawa! 22 czerwca – Noc Świętojańska – nieprzypadkowa data była kolejnym atutem. Zapisałam się i ja!

Zapisy, buchalteria i takie tam…

W dniu startu od rana roznosiła mnie jakaś dziwna energia, iście szatańska. Byłam tak nakręcona, że wyrywało mnie z butów. W końcu wyruszyłam w stronę Wrocławia. Wraz z rodzicami, najwierniejszymi moimi kibicami, docieramy na miejsce o godzinie 18.

Stadion Olimpijski tętni życiem. Pozytywna energia unosi się w powietrzu. Kieruję się do Biura Zawodów, które po krótkiej ocenie sytuacji, można było dość łatwo zlokalizować. Strzałki pokazywały kierunek i nawet najbardziej roztrzepana osoba nie powinna się zgubić. Wchodzę do biura po odbiór pakietu startowego. Bardzo szybko odnajduję odpowiednie stoisko, przy którym uzyskałam wiele przydatnych informacji. Otwieram pakiet… hmm… oprócz koszulki i gąbki nie widzę nic specjalnego. Ale przynajmniej koszulka w odpowiednim rozmiarze, a to rzadkość 😉

Przemieszczam się w stronę stadionu, gdzie na rozstawionej scenie odbywała się impreza. Organizatorzy umilali wszystkim czas występami lokalnych zespołów muzycznych. Oprócz tego odbywały się także targi biegowe. Rozmiarami nie powalały, ale coś można było zobaczyć, kupić czy choćby zasięgnąć informacji.

Tuż przed startem

W okolicach godziny 19 wszyscy zaczęli się rozgrzewać. Lekkie przebieżki, rozciąganie, słowa otuchy i uśmiechy innych biegaczy. Atmosfera była naprawdę rewelacyjna. W tle, konferansjer tłumaczył zasady biegu. Chwalił, że trasa ma atesty i oznaczenia na każdym kilometrze. I jego kluczowe zdanie: „Ten bieg będzie historyczny!”. Zapewne, już przeszedł do historii. Konferansjer jednak miał na myśli liczbę uczestników przy pierwszej edycji biegu. Nie wiem czy przewidywał, co się stanie. Generalnie nic nie wskazywało na skandal, jaki miał za chwilę nastąpić.

Padło polecenie, aby wszyscy zaczęli ustawiać się na linii startu. Zostały utworzone specjalne strefy czasowe. Miało to pomóc w rozpoczęciu biegu, by przy tak dużej ilości biegnących, nikt nie został zdeptany. W zależności od tego, kto na jaki czas celował, tam się ustawiał. Zgodnie z założeniem – zajęłam sektor (bodajże drugi?) z czasem 1:56 – 2:20. Za chwilę pojawili się pacemakerzy z balonikami określającymi konkretny czas biegu. Udzielali ostatnich rad i wskazówek, jak biec, by utrzymać dane tempo. Wszyscy zwarci i gotowi czekają. Ostatnie minuty. W miejscu przebieramy nogami, by nie ostygnąć.

I tu zaczynają się schody

Wybija godzina 20 i…nic! Stoimy, czekamy dalej. Po tłumie rozchodzą się żarty, że może ktoś pistolet ukradł i nie ma z czego wystrzelić sygnału na start. Nagle wszyscy zaczynają bić brawo. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Miałam pecha, że startując z drugiego sektora, nie słyszałam zbyt dokładnie, co dzieje się przy linii startu. Jakby nie było, brawa sugerowały rychłe rozpoczęcie biegu. Coś w rodzaju pozytywnej reakcji na oczekiwany bieg. Tylko że oczekiwanie przedłużało się coraz bardziej.

20:30 do drugiego sektora dociera informacja, że start został przeniesiony na godzinę 21. Powód? Decyzja organizatora. Tyle wiedzieliśmy. Po chwili zaczęły krążyć różne wersje, mniej lub bardziej prawdopodobne. Ludzie zaczęli się denerwować. Byli przede wszystkim głodni. Każdy, kto startuje na dłuższych dystansach, wie, jak ważne jest odpowiednie dozowanie posiłków i dostarczanie odżywek do organizmu. Wszystko jest wymierzone w czasie i każde odstępstwo od tego działa na niekorzyść biegacza. W związku z tym większość osób była zmuszona zaopatrzyć się w żele energetyczne, które oferowało jedno ze stoisk na targach. Przynajmniej chłopaki sobie zarobili. Nie ich wina, że wynikła taka  sytuacja. Całe szczęście, że mieli sporą ilość żeli i starczyło dla każdego. 

Niektórzy próbowali dostać się do pakietów, które były przygotowane dla każdego wbiegającego na metę. Pakiet zawierał banany – cel każdego głodnego biegacza. Organizatorzy niestety nie udostępnili w pierwszym momencie owoców. Wywiązała się mało przyjemna pyskówka. Wyszarpany banan nawet poleciał w twarz obsługującego. Atmosfera była niezdrowa. Frustracja narastała. Nikt nie wiedział do końca, co się dzieje.

W końcu padło oficjalne ogłoszenie powodu decyzji. Otóż start przesunięto ze względu na zastrzeżenia policji, co do oznaczenia i zabezpieczenia trasy biegu. Wywołało to dość gorącą dyskusję. No, ale co nam pozostało?

Godzina 21… ustawiamy się ponownie na start. Każdy w swoim sektorze. Czekamy. 21:05 – dalej nic. Biegacze zaczynają się denerwować. Gwizdy, krzyki i głośne komentarze to już była norma. Wszyscy byli bardzo nerwowi. Tym razem szybko padła informacja o kolejnym przesunięciu startu na godzinę 21:30. Szyderstwa, śmiech i frustrację było słychać wszędzie. Każdy ruszył po banany do stoiska przy mecie. Obsługujący wydawali je już bez kłopotu. Nie chcieli się narażać na kolejne afery. Wszyscy ewidentnie byli zdenerwowani.

Ze znajomymi zaczęliśmy obstawiać czy w ogóle nas dopuszczą do biegu. Zastanawiało mnie, że tak chętnie wydają banany, mimo że wcześniej były pod ochroną 😉 A może oni już wiedzą, że z biegu nic nie będzie i dlatego je rozdają? Ale po co mieliby nas trzymać w nadziei i niepewności?

4 tysiące ludzi zjechało z całej Polski oraz zza granicy. Każdy zadbał o transport, logistykę podróży, trening, przygotowania, finanse, poświęcenie, nastawienie… można wymieniać całą masę elementów składających się na dany start. Chyba nikt nie chce tego zniszczyć?

Wciąż mamy nadzieję. Do trzech razy sztuka! Ustawiamy się ponownie na start. 21:30 – za nami pacemaker przebija balon. Dźwięk ten wszystkich ożywił. Do złudzenia przypominał wystrzał z pistoletu, na który czekaliśmy od 1,5 godziny… Poza kolejnymi gwizdami, krzykami i coraz bardziej niemiłymi komentarzami, nie było słychać nic. Nowoczesna technika telefonii komórkowych okazała się zbawienna. Wszyscy zaczęli szperać w internecie i szukać informacji o biegu. Jako pierwsza Gazeta.pl, dokładnie o 21:30, podała komunikat, że bieg odwołano. Informacja ta szybko się rozproszyła po tłumie. Organizatorów nie było słychać. Panował straszny gwar i chaos. Nikt nie wierzył w tą informację! No bo niby z jakiej racji odwołano bieg? Bo trasa jest nieoznaczona? Jakim cudem pominięto tak ważny element przygotowawczy? SKANDAL! Na skalę krajową. Konferansjer miał rację. Bieg stanie się historyczny. Niestety, w negatywnym tego słowa znaczeniu.

A co mi tam…

Rozpoczęła się dyskusja, co robić? Część osób zaczęła schodzić z linii startu. Gdy widok się troszkę przerzedził, udało się zauważyć, że bieg wystartował. Grupa wybiegła już mocno do przodu. Konsternacja. To jest ten bieg czy nie? Nie wiemy! Oficjalna informacja padła, że nie ma. Ale przecież oni biegną! No to co? My też biegniemy! Ruszyliśmy. Niepewnie, ale do przodu. Po chwili znaleźliśmy się za linią startu, a tam przez megafon krzyczą, aby zejść z trasy, bo bieg jest odwołany! Moja pierwsza myśl? „Jak to odwołany! Przecież biegniemy!” I tak naprawdę już nikt nie potrafił nas zatrzymać. Ani policja, ani organizatorzy. Wszyscy byli wobec nas bezsilni. Było nas zdecydowanie więcej. Policja próbowała nas straszyć mandatami, ale chyba nie starczyłoby im bloczków 😉 Peszek! Biegniemy dalej. Wciąż bez przekonania. Naszą uwagę przykuwały osoby zawracające z trasy. Pytamy po drodze ludzi:

– „Co z tym biegiem???”

 – „Odwołany!”

Szybka kalkulacja w mojej głowie… nie znam miasta. Jeśli wybiegnę dalej i nagle będę chciała wrócić, nie będę wiedziała jak. Muszę biec za wszystkimi i trzymać się w grupie. No to co? Biegnę! Atmosfera wśród biegnących była kapitalna! Kibice wiwatowali na poboczu i dodawali otuchy! Policja na pierwszych kilometrach jeszcze grymasiła. Później już było tylko lepiej 🙂 Dali za wygraną. Niektórych policjantów ta sytuacja ewidentnie bawiła i uśmiechali się dając nam tym samym przyzwolenie na nasz bunt. Współpraca nie była jednak wszędzie idealna. Tam, gdzie po chamsku nas spychali z ulicy na chodniki, tam my stawialiśmy opory i celowo wybiegaliśmy na ulice tarasując ruch. Mieliśmy obawy czy nie narazimy się kierowcom, bo w końcu nie byli niczemu winni. Na szczęście byli bardzo wyrozumiali. Wychodzili z aut i dopingowali! To było piękne! Wszyscy cieszyli się razem z nami. Cała ta atmosfera dawała tyle mocy, że większość zapomniała o fatalnym incydencie. Dopiero po chwili zauważyliśmy jeden mankament. Na trasie nie było ani jednego punktu odżywczego z wodą. Jak mamy biec 21 km bez wody? Okazało się, że to nie problem! Spontaniczność biegaczy i pomoc kibiców była nieoceniona! Wszyscy nawzajem sobie pomagali. Nie musiałam się nikogo prosić o łyka wody. Każdy, kto miał butelkę, dzielił się z biegaczem obok. Przy drodze kibice porozstawiali swoje butelki. W dwóch miejscach na trasie ktoś uruchomił hydranty, dzięki którym można było się schłodzić. Mimo nocnej pory i rześkiego powietrza musieliśmy uważać, by nie doprowadzić się do odwodnienia. Tempo biegu było szybkie. Emocje podkręcały licznik, a kibice podgrzewali atmosferę. Kilometry leciały same. Tak szybko, że nie nadążałam ich kontrolować. I nagle zapaliła mi się lampka w głowie. W tym całym chaosie zostali moi rodzice, nie wiedząc do końca, co się dzieje. Czy pobiegliśmy na serio, czy dla picu i zaraz wrócimy? Przeleciały mi różne sytuacje, w których łapali się przeze mnie za głowę 😉 Co oni się ze mną mają! Chyba się już nauczyli, że mają córkę wariatkę… Wolałam się nie narażać i przyspieszyłam, by skrócić ich czekanie. Miałam nadzieję, że nie będą źli i nie będzie szlabanu na bieganie 😛 Pędziłam niczym struś pędziwiatr. Mała furiatka, która wyjątkowo każdego wyprzedzała. Z reguły to mnie wyprzedzali. A tu proszę! Wszystkie elementy: nerwy, adrenalina i ta szatańska energia, która mnie od rana roznosiła – dały piękne efekty.

I jak tak pędziłam do rodziców, okazało się, że wybiegałam fantastyczną życiówkę! 1h 57 min – czas poprawiony o 16 minut! Szkoda, że nieoficjalnie… pomiary czasu zostały wyłączone i każdy liczył sobie sam. Ku zdziwieniu rodzice nie byli źli. Uuuff… za to dzielnie walczyli z tłumem o medal dla córki! Z ich relacji dowiedziałam się, że w momencie gdy my ruszyliśmy, reszta osób rzuciła się na medale, pakiety z mety i trzeba było wykazać się refleksem, żeby załapać się na „nagrodę”. Pewnie było to spowodowane zarządzeniem organizatorów. Chcąc ratować sytuację, udostępnili wszystko wszystkim. Nieważne czy ktoś biegł, czy nie – wszystko było za darmo. Dzięki rodzicom medal uzyskałam. Wręczyła mi go mama. Ale tak naprawdę ten medal należy się właśnie rodzicom – za cierpliwość w takich sytuacjach. Podczas gdy ja zalana euforią biegłam sobie jak sarenka, oni tu czekali i się denerwowali.

Jak doszło do startu

Od jednego z czołowych biegaczy dowiedziałam się, jak wyglądał start:

„To było bardzo spontaniczne. Decyzja zapadła w ciągu sekundy. Przybiegł chłopak i poinformował, że bieg jest odwołany. Po chwili spiker ogłosił, że bieg się nie odbędzie i rozległ się krzyk, że… Biegniemy! I ruszyliśmy”.

Przez większą część trasy policja dość sprawnie nas kierowała. Stawali na głowach i w biegu organizowali blokady na drogach. Dało się? Dało! Dla biegaczy nie ma rzeczy niemożliwych. Fakt, że były momenty na trasie, gdzie droga była mało wygodna. Wbieganie po schodach, czy przebieżka po torowisku z rozkopaną ścieżką budziły grozę. Mimo to pokazaliśmy organizatorom, że jesteśmy silną grupą, która trzyma się razem. I nie ma na nas rady. Mam nadzieję, że wyciągną z tej sytuacji wnioski na przyszłość. Choć mienie imprezy zostało bardzo mocno nadszarpnięte. Nie wiadomo, jak to się odbije na frekwencji przyszłego Maratonu organizowanego przez Wrocław. Czas pokaże. Póki co trwa poszukiwanie winnego zamieszania. Na obecną chwilę wiadomo, że została powołana komisja mająca wyjaśnić przyczyny skandalu. Prezydent Miasta Wrocław w oficjalnym oświadczeniu przeprasza wszystkich za zaistniałą sytuację. Jednocześnie zapewnia, że wszystkim uczestnikom zostaną zwrócone koszty uczestnictwa w biegu.

Trzymamy za słowo! I oby to się nigdy już nie powtórzyło.