Nessi w walce o ciepło biegacza – garść testów

Przetestowałam cztery produkty tworzące niezbędnik jesienno-zimowego biegania w terenie: czapkę, komin oraz bieliznę termoaktywną – bluzę i getry.

Pojechałam w Tatry Wysokie, a kilka dni spędzonych w górach i warunki, jakie tam zastałam, dały wiele możliwości do wypróbowania tych produktów. Dodatkowo kontynuacja użytkowania po powrocie na niziny zamknęła sprawę, ale z pewnością nie zakończyła naszego wspólnego trenowania. Nie zawiodłam się, a wręcz utwierdziłam w przekonaniu, że rodzime produkty są naprawdę porządnej jakości.

Czapka termoaktywna z odblaskiem oraz komin – szalik termoaktywny

W górach temperatury spadają z każdym metrem. W Tatrach o około 0,5’C na 100m. Pogodzie do testów, oprócz chłodu, towarzyszył dodatkowo porywisty wiatr, który atakował wraz z marznącym deszczem. Na odsłoniętych szczytach i wysokości sięgającej do ok. 2200 m n.p.m. nie było opcji, aby ciało nie było osłonięte. Tutaj nie ma czasu na nieporozumienia.

- Wystartuj -

CZAPKA stała się moim ulubieńcem. Jako kobieta zwróciłam uwagę na kolor, jako biegaczka na użyteczność. Jaskrawa żółć jest bardzo bezpieczną barwą. Chociaż w środowiskach modowych to słowo określa raczej coś nierzucającego się w oczy, tu ma znaczenie zupełnie odwrotne. Bezpieczeństwo tożsame jest z widocznością z dużej odległości. W górach jest to bardzo pożądane, ponieważ w przypadku niebezpieczeństwa, poszkodowanego można szybciej zlokalizować i skrócić czas udzielenia mu niezbędnej pomocy. Dodatkowo czapka została wyposażona w odblaskowe motywy, co doskonale spełnia swoją funkcję również w mieście, szczególnie teraz, kiedy szybko zapada zmrok.

Nie wyobrażam sobie także, aby nie mieć przy sobie KOMINA. Jego uniwersalność jest największym dobrodziejstwem. Można potraktować go jak szalik; można  skręcić jeden koniec, wywinąć na drugą stronę i otrzymać czapkę; zrobić opaskę; nasuwając na dłonie otrzymać rękawiczkę. Ja jednak najczęściej korzystam z funkcji a’la kominiarka. Złożony zajmuje niewiele miejsca, można go zawsze mieć przy sobie.

Czapka oraz komin Nessi zostały wykonane w technologii Kol-Sport. Mają przede wszystkim chronić od wiatru i doskonale odprowadzać wilgoć. Materiał, z którego zostały stworzone od wewnętrznej strony jest miły, delikatnie „pledowy”, przez co utrzymuje ciepło. Od zewnętrznej strony w obu przypadkach posiada strukturę kratki, co według producenta odpowiada za spełnienie wyżej wymienionych kryteriów.

W górach zależało mi głównie na wiatroszczelności i izolacji od chłodu, na nizinach – gdy trenowałam szybsze wybiegania i ciało już po chwili było zgrzane, zależało mi na braku absorpcji wilgoci. Komin miał dodatkowo spełniać funkcje oddychalności oraz komfortu, gdy miałam zabezpieczone nim usta i nos. Mokry materiał przyklejony do twarzy nie należałby do przyjemności. Na szczęście Nessi zadbało o inteligentną przepuszczalność dzianiny.

Odzież sprawia wrażenie bardzo trwałej i porządnie wykonanej. Jedynym minusem czapki jest jej delikatne unoszenie się do góry, po naciągnięciu na luźne włosy. Choć nie odsłania uszu, to jednak zmienia swoje położenie. Natomiast komin mógłby posiadać trochę bardziej ścisłe krańce, tak aby po naciągnięciu na nos, nie zsuwał się z niego. Na marginesie – wykończenia są bardzo solidne.

Bielizna termoaktywna – bluza i getry

Bieganie to sport całoroczny. Brak świadomości istnienia odzieży technicznej, skutecznie odstrasza początkujących biegaczy. Zupełnie niepotrzebnie. Okres jesienno-zimowy nie jest żadną przeszkodą, aby kontynuować treningi na zewnątrz. Należy się jednak do tego odpowiednio przygotować.

Od kilku lat z sukcesem stosuję termiczne bluzy i getry. Zwane są bielizną, aczkolwiek nie jest to bielizna w standardowym rozumieniu. Stanowią pierwszą, najbliższą ciału warstwę ubrań, na którą następnie nakładamy spodnie, wiatrówki, kurtki. Sugerowany zakres temperatur od +10’C do nawet -25’C, z zaznaczeniem dobrego doboru odzieży wierzchniej. Należy także pamiętać o odpowiednim rozmiarze, ponieważ aby bluza i getry spełniały zadanie drugiej skóry, powinny przylegać do ciała.

Nessi podaje tabelę rozmiarów, gdzie w zależności od wzrostu, obwodu klatki, obwodu pod biustem i obwodu bioder segreguje wielkości. Z tym miałam chyba największy problem, aby dopasować swoje wymiary do tych podanych przez producenta i zmieścić się w granicach jednego rozmiaru. Na szczęście się udało.

Pot i wilgoć są naturalnym zjawiskiem towarzyszącym osobom trenującym. Nie mogą jednak powodować wychłodzenia, gdy na zewnątrz temperatura oscyluje bądź spada poniżej zera. Producent zastosował technologię Dual Thermo, która, jak podaje, dzięki istnieniu dwóch specjalistycznych warstw, odpowiada najpierw za odprowadzanie wilgoci od skóry, aby następnie rozproszyć ją na swojej powierzchni. Dzięki temu rozwiązaniu, pomimo intensywnej aktywności, nie odczuwałam zimna. Szybkoschnący materiał nie zatrzymujący wody powodował dodatkowo brak nieprzyjemnego zapachu.

Materiał zakwalifikowałabym do pośredniego między cienkim, a grubym. Jest miękki i elastyczny, dopasowuje się do ciała. Zarówno w trakcie biegu, jak i wędrowania czy wspinaczki odzież jest niewyczuwalna. Płaskie szwy, elastyczność i bezuciskowość zdecydowanie ułatwiają użytkowanie (chociaż stójka przy bluzie początkowo delikatnie mnie uwierała).

Przyglądając się bieliźnie, można zauważyć charakterystyczne strefy o różnej strukturze. Elementy te wspomagają właściwości termoaktywne odzieży. Rozciągliwe paski umieszczono w bluzie na łokciach, linii ręka-tors, bokach, a w getrach na kolanach i pośladkach. Zwiększają one odporność przed wychłodzeniem. Strefa przypominająca gęstą siatkę znalazła się natomiast w miejscach o intensywnej potliwości, aby szybciej odprowadzić wilgoć. W bluzie na ramionach, pod pachami, linii pod biustem, dolnej części boków i praktycznie na większej powierzchni pleców, a w getrach zajęła linię boków.

Miałam wiele okazji, aby móc przetestować produkty dla biegaczy polskiej firmy Nessi. Porządne wykonanie, komfort, wygoda, użyteczność, a przy tym równoważna półka z innymi markami znajdującymi się w sekcjach sklepowych opatrzonych nazwą running. Zaskoczenie? Dla mnie już nie.

Fot. Łukasz Widziszowski fotografia