Bieganie to nie tylko moda. Dlaczego tak naprawdę biegamy?

Biegowe szaleństwo trwa w najlepsze! Według badań tylko jogging w tak szybkim tempie zyskuje wielu nowych miłośników. Czy to już nowa świecka religia? A może moda, która kiedyś przeminie? Dlaczego tak naprawdę pokochaliśmy bieganie? Bo to aktywność fizyczna, która sprawia, że możemy zadbać o swoje zdrowie? W czym tak właściwie tkwi fenomen tego sportu? W tej biegowej euforii nawet nie zastanawiamy się, skąd się to wszystko wzięło. Pewne jest, że oszaleliśmy na punkcie biegania, które zaczęło wyznaczać nowy styl życia…

Ostatnio rozmawiałem z koleżanką, która rozemocjonowana opowiadała mi o półmaratonie, w którym uczestniczyła. Podkreślała, że na początku czuła się dość dziwnie, bo miała na sobie zwykłą koszulkę i równie amatorskie spodenki. A wokół większość biegaczy ubrana była w specjalne ciuchy. Profesjonalni od stóp do głów!

Bieganie dla przyjemności, a może z przymusu?

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, dlaczego tak szybko ulegamy presji dbania o własne ciało? Nierzadko przeradza się to w swego rodzaju obsesję. Wielu specjalistów wypowiadając się w tym kontekście, wspomina o kwestiach związanych z kulturą gender, podkreślając również istotną rolę mediów. Nie bez znaczenia jest również wpływ rynku na praktyki i metody kształtowania ciała.

Często słyszymy: „biegam, bo lubię, bo to mnie relaksuje, odpręża, jest przyjemne, a co najważniejsze – zdrowe!”. Jednak pewnie wielu z Was przyzna, że wracając po pracy do domu, nie myśli o bieganiu, a o odpoczynku na kanapie przed telewizorem. I w tej konkretnej sytuacji ten gloryfikowany jogging wcale nie kojarzy się już z czymś tak bardzo przyjemnym.

Wystarczy spojrzeć na statystyki GUS-u, które pokazują, że dla większości z nas sport to po prostu czysta przyjemność. Ale czy naprawdę tak jest? Oczywiście aktywność fizyczna z natury jest formą relaksu związaną ze spędzaniem wolnego czasu. Jednak często słyszymy: staram się biegać, staram się ćwiczyć, staram się dbać o swoją kondycję. Z czego to wynika?

To z pewnością udowadnia, jak współczesna kultura ewoluuje i przeobraża to, co do tej pory kojarzone było z przyjemnością w swego rodzaju powinność. Trudno bowiem nie uznać biegania za pewien rodzaj lekarstwa czy terapii, gdy słyszymy rozmaite porady ekspertów, którzy podkreślają, że tego rodzaju aktywność fizyczna stanowi receptę na poprawę zdrowia.

Jak wiadomo jednak, nie wszystkie leki muszą być smaczne, a różnego rodzaju zabiegi zdrowotne przyjemne… Wyraźnie więc uprawianie tego sportu jest nieustannie uwikłane w pewnego rodzaju sprzeczność. Z jednej strony przecież wiemy, że przydaje nam się dużo samodyscypliny, z drugiej zaś strony chcemy sobie ten przykry obowiązek jakoś zrekompensować, osłodzić. Takie zachowania można nazwać „wykalkulowanym hedonizmem”. A więc bieganie to kalkulacja przyjemności? Zgadzacie się z tym?

Bieganie daje tylko pozorne wrażenie wolności?

Niektórzy twierdzą, ze bieganie to takie balansowanie. Jogging zapewnia bowiem dyscyplinę, ale jednocześnie gwarantuje poczucie niezależności, upragnionej wolności. Bieganie to taka aktywność fizyczna, którą możemy uprawiać sami: wystarczy przecież wyjść z domu i niczym nieskrępowanym po prostu biec.

Związane jest to oczywiście z jednym ze sztandarowych sposobów na promocję biegania. Wystarczy przeanalizować artykuły na temat joggingu, które manifestują stwierdzenie: „możesz tak naprawdę biegać wszędzie”, to wszystko zależy od Ciebie, weź życie w swoje ręce, zmień je, poczuj się wolny, silny, zmotywuj się do działania, a zwyciężysz! Z drugiej jednak strony wyraźnie formuje się kolejny paradoks: wokół joggingu tworzy się swego rodzaju loża ekspercka, wszystkie wskazówki, porady, trenerzy personalni, cały biznes, który kręci się dzięki bieganiu. To przecież tak naprawdę czysty marketing, który zaczyna przeradzać się w niebezpieczną presję. Nie macie takiego wrażenia?

Ludzie mają poczucie, że trzeba biegać, bo to jest trendy, bo to jest fajne, takie lajfstajlowe i modne. Co ciekawe, często jest tak, że świadomość tego rodzaju presji zaczyna objawiać się wtedy, gdy mamy okazję z nią walczyć, przeciwstawiać się jej.

Pamiętacie taką akcję na facebooku „Nie biegam”? Zanim okazało się, ze twórcom tej kampanii chodzi o dobry środek na biegunkę, fanpage na facebooku znalazł rzeszę fanów. O czym to świadczy?

Z pewnością wiąże się to z manifestacją swojej niechęci do tego sportu. Mamy świadomość jednak, że jest to pewien kulturowy wymóg, przed którym niejednokrotnie chcielibyśmy uciec. Wielu socjologów i filozofów przyznaje, że we współczesnym supermarkecie kultury, w prześladującym nas konsumpcjonizmie wykorzystuje się motyw biegania do celów marketingowych.

„Wszystko może być w Twoich rękach!” „Jesteś Panem swojego życia, dąż więc do doskonałości!” „Tylko ciężka praca i wysiłek mogą zapewnić Ci sukces w przyszłości!” I tak nierzadko promuje się bieganie, manifestując hasła, które związane są przecież z pewną wizją życia.

Bieganie nie dla każdego?

Media zachęcają nas do ciągłego przekraczania siebie, bo przecież zgodnie z panującą ideologią, sukces zależy tylko i wyłącznie od nas, od naszego wysiłku i ciężkiej pracy. Kampanie, które mają na celu wypromowanie biegania zapewniają, że to sport praktycznie dla każdego, że może biegać i młody, i stary, ale czy na pewno? Wystarczy, że będziesz systematyczny. I właśnie ludzie w taki sposób podążają w nadziei, że osiągną swoje biegowe cele. Nie liczą się z kosztami. Mowa tutaj o chociażby kontuzjach, a także utracie zdrowia.

Tyle się mówi, że bieganie to kult zdrowia, ale przecież lekarze bardzo często podkreślają, że nie każdy biegać powinien. A przynajmniej nie może z tym przesadzać. Można jednak zaobserwować, że ludzie biją rekordy za wszelką cenę, wzajemnie się motywują i napędzają.

Indywidualność i marketing biegania

Co ciekawe, bieganie nie jest kolektywną formą spędzania wolnego czasu, bo przecież musimy pracować tylko na siebie, na swój własny sukces. Coraz mniej osób uprawia sporty drużynowe, a bieganie doskonale wpisuje się w kulturę indywidualizmu, która coraz zachłanniej wkrada się do naszego życia.

Oczywiście biegamy sami też ze względu na brak czasu. Łatwiej jest nam przecież wyjść rano i pobiegać pół godziny, aniżeli spotkać się z kolegami i zagrać w piłkę nożną. Bo to strata czasu? Kiedy patrzycie na biegaczy, którzy mkną po naszych ulicach i chodnikach, to bardzo rzadko można spotkać osoby, które biegają w grupie. Najczęściej truchta się samemu, ewentualnie z rytmiczną muzyką w słuchawkach.

W Internecie jednak próbuje się odwrócić ten trend. Podejmowane są różnego rodzaju działania mające na celu zorganizowanie wokół biegania jakiejś społeczności. Generuje się np. proste apele, dzięki którym biegacze pozdrawiają się na ulicy. Ma to nie tylko wymiar społecznościowy, ale chodzi też o to, by odróżniać się od innych. W ten sposób wyodrębnić swoją tożsamość, wyróżnić się na tle tych, którzy nie biegają. A Wy machacie sobie podczas biegania?

To zjawisko można było zaobserwować w Stanach Zjednoczonych, w latach 60. i 70. Wtedy właśnie tworzyła się tam specyficzna kultura biegania: najpierw było ono zindywidualizowane, a dopiero później zaczęły powstawać społeczności biegaczy. W Polsce przecież też mamy tego rodzaju inicjatywy. Często oddolnie organizuje się bieg bądź inicjatywy, takie jak np. „She runs the night”. Wtedy można coś zrobić razem, chodzi przecież o rozrywkę, o taką namiastkę wspólnotowego doświadczenia. Tego rodzaju działania pokazują, że tęsknimy za kolektywnym spędzaniem czasu wolnego, za solidarnością, wspomnianą wspólnotowością. Paradoks polega na tym, że coraz częściej musimy za to zapłacić. I zamiast spotkać się z kolegami i pograć w piłkę, wolimy zapłacić za uczestnictwo w skomercjalizowanym biegu. To związane jest ze swego rodzaju „lajfstajlem”, w którym nierzadko nadrzędną rolę odgrywają gadżety, a bieganie zostaje zepchnięte na dalszy plan.

Na początku wspomniałem o koleżance, która uczestniczyła w półmaratonie i na początku czuła się bardzo niepewnie. W trakcie wyścigu okazało się jednak, że ona tych biegaczy w profesjonalnych ciuchach wyprzedza. To zjawisko nie jest odosobnione, wszak nierzadko na pierwszy plan wypychany jest motyw codziennej stylizacji, autokreacji i autoekspresji. Nie dziwi więc fakt, że tak chętnie wrzucamy do mediów społecznoścowych swoje biegowe wyniki. To prosty komunikat: „patrzcie, tyle przebiegłem, muszę więc być fajny, muszę się podobać!”

Chcemy się tym bieganiem pochwalić, a facebook przecież najbardziej służy temu rodzajowi promocji. Mamy potrzebę porównywania się z innymi, ale to specyficzny rodzaj rywalizacji, zupełnie inny niż w wyczynowym sporcie. Chodzi nam raczej o to, żeby wysłać konkretny komunikat: „zamierzam pracować nad sobą, jest coraz lepiej!” i o takie wzajemne motywowanie, napędzanie się.

W ten sposób pokazujemy, jak bardzo jesteśmy w stanie się zdyscyplinować, też dzięki specjalnym aplikacjom do liczenia czasu, kilometrów i kalorii, które sprawiają, że możemy kontrolować to swoje bieganie. Współczesna kultura pokazuje, że stosując takie rozwiązania, dążymy do wprowadzenia porządku i ładu w każdej niemal sferze życia.

To biegowe szaleństwo, które ogarnęło teraz Polskę, przypomina boom wokół tego sportu, który miał miejsce w latach siedemdziesiątych. Wtedy to uznano jogging za jakąś fanaberię klasy wyższej.

Nie jest to jednak fanaberia, bo w Polsce biega 7,4 proc., choć z pewnością ta liczba niedługo się zmieni, wszak miłośników biegania przybywa w bardzo szybkim tempie. Jeszcze jakiś czas temu jogging nie był tak popularny. Panowało przekonanie, że jest to sport elitarny, przeznaczony dla klas wyższych, które biegały dla czystej przyjemności, stroniąc od np. siłowni, gdzie jest duszno, bo tłum ludzi pracuje nad lepszą sylwetką.

Dziś bieganie nie jest już sportem alternatywnym, staje się coraz bardziej masowe i jednocześnie komercyjne. Moda każe nam zainwestować w odpowiedni strój, jednak coraz częściej można go znaleźć również w dyskoncie.

Myślicie, że faktycznie wystarczy kupić buty za 200 zł, żeby zacząć biegać? Nie do podważenia jest fakt, że ten sport trudno zaliczyć do tych elitarnych, wszak dużo droższy jest golf, tenis czy choćby yachting.

Wielkim kłamstwem jest jednak to, że bieganie niewiele kosztuje. Oczywiście nie trzeba kupować karnetu ani drogiego sprzętu, ale trzeba mieć przecież sporo wolnego czasu, który również jest cennym zasobem. Żeby biegać, trzeba mieć dużo energii i siły, a gdy wykonuje się pracę fizyczną, to tym bardziej nie jest lekko… A co ma zrobić matka, która chce pobiegać? Ma zostawić małe dziecko bez opieki w domu? Jeśli chce cieszyć się z uprawiania joggingu, musi pomyśleć o opłaceniu niani… Nie każdy więc może sobie pozwolić na uprawianie tego pozornie taniego sportu.

A co sprawia, że jogging tak chętnie jest wykorzystywany przez machinę marketingową? Specjaliści twierdzą, że dzieje się tak, bo ten sport ma wiele znaczeń: nieodzownie kojarzony jest z dbaniem o zdrowie, z manifestowaniem postawy proekologicznej, z potrzebą wolności, niezależności i czerpania przyjemności na świeżym powietrzu. To wszystko świetnie się sprzedaje i dociera do różnych grup.

Bieganie to też praca nad ciałem. Współczesna kultura głosi, że ciało jest plastyczne, dlatego trzeba je w odpowiedni sposób kształtować, to swego rodzaju materialny symbol naszej tożsamości. Socjologowie podkreślają jednak, że praca nad sylwetką to nie tylko sposób na autokreację, ale także mocny środek do celu.

Jeśli dbamy o swoje ciało, to jednocześnie sprawujemy kontrolę nad swoim życiem, jesteśmy kreatywni, pełni energii, zdyscyplinowani i jednocześnie atrakcyjni dla kultury korporacyjnej. To pewnie dlatego dostajemy od naszych przełożonych karty Multisport. Kryje się za tym pewna sugestia, jak wizerunek ważny jest w tej pracy. Niezależnie od tego, jaką wykonujemy pracę, to bycie „fit” jest bardzo istotne.

A jak odreagować stres po takiej pracy? Oczywiście lekarstwo jest jedno: bieganie! A endorfiny, które nasz organizm uwolni podczas aktywności fizycznej z pewnością pozwolą nam na oderwanie się od szarej rzeczywistości!