Zwykli biegacze, niezwykli ludzie – Zbigniew Rosiński

0
13

Są ludzie, którzy swoją charyzmą potrafią poruszyć niebo i ziemię. Zmieszać je w jednolitą masę, przyprawić szczyptą adrenaliny i stworzyć spektakularne imprezy, które na samą myśl wywołują skrajne emocje. Strach, ekscytacja, motyle w brzuchu, podniecenie, ciary na całym ciele… te emocje są uzależniające! Świadczy o tym frekwencja uczestników, których z roku na rok przybywa coraz więcej. Co ważniejsze, organizator nie zabiega o popularność i reklamę dla swoich imprez. Najlepszą reklamą jest zadowolenie zawodników, którzy chętnie dzielą się wrażeniami. A jest co opowiadać! Przeżycia są niezapomniane.

Kto jest odpowiedzialny za to całe zamieszanie? Starszy chorąży sztabowy Zbigniew Rosiński. Były żołnierz Jednostki Wojskowej Komandosów, który swoją miłością do biegania zaraża po cichu, ale za to bardzo skutecznie. Rozbiegał armię tworząc Wojskowy Klub Biegowy META Lubliniec. Twórca wielu imprez biegowych odbywających się zarówno w kraju, jak i za granicą. Zdecydowanie można przedstawiać Pana Zbigniewa jako wzór i autorytet do naśladowania. Tacy ludzie to perły obecnych czasów. Praca jego została doceniona i został nagrodzony BUZDYGANEM, czyli prestiżową nagrodą przyznawaną „ludziom nietuzinkowym, promującym śmiałość myślenia, odwagę w prezentowaniu poglądów i kształtującym nowoczesny wizerunek wojska”. Wyjątkowość organizatora da się zauważyć na każdej jego imprezie. O tym, jak rozpoczęła się działalność WKB META i jakie są plany klubu na przyszłość opowiada Zbigniew Rosiński:

Skąd pomysł na stworzenie WKB META Lubliniec?

Jednostka Wojskowa Komandosów (JWK) wówczas nosząca nazwę 1 Pułku Specjalnego Komandosów (1 PSK) z racji swego przeznaczenia, skupia ludzi nietuzinkowych i aktywnych. Czy to z obowiązku, czy to z przyjemności, każdy dba o swoją kondycję fizyczną. Wielu uprawia sport na poziomie zaawansowanym. Część z nich wybrała biegi. I my tą grupą, jeżdżąc na zawody  – np. rokrocznie na Maraton Warszawski – postanowiliśmy nasze działania sformalizować. W 1995 roku doszło do spotkania zespołu inicjatywnego i powołania do życia klubu. Przeglądając listę klubów zauważyliśmy że najwięcej  jest „Startów”, a jakby nikt nie dążył do mety, co jest przecież głównym celem każdych zawodów.

Jak wyglądały początki istnienia klubu? Członkami byli tylko żołnierze czy również ludność cywilna?

Przez dwa lata byli to wyłącznie żołnierze. Zresztą pierwszy cywil, jaki do nas dołączył, szybko zamienił garnitur na mundur. Dowódca jednostki zauważył jego nieprzeciętne predyspozycje i zaproponował służbę w 1 PSK. Do dzisiaj służy i jest cenionym podwładnym. Kolejni cywile to były nasze dzieci ( w tym mój syn a obecny prezes) i żony. Dopiero jak zaczęliśmy organizować imprezy, dołączyli kolejni mieszkańcy Lublińca.

Na przestrzeni lat imprezy organizowane przez klub nabierały rozpędu i jeszcze większego rozmachu. Był jakiś przełomowy moment, który zadecydował o większym rozgłosie?

Bieg o Nóż Komandosa (BONK), już od pierwszej edycji zorganizowanej ad hoc zaskoczył frekwencją, a każdy kolejny był rekordowy. Nie bez znaczenia jest to, że zawody organizują komandosi.  Wiąże się to również z tym, że zarówno pamiątki, jak i trofea mają szczególny, powiedziałbym specjalny charakter. To również przyciąga uczestników. Ale wracając do pytania, to po organizacji drugiego Katorżnika zaczęła się prawdziwa „zadyma”.

Zorganizowano 251 imprez sportowych. Biegi te są dość specyficzne, niebanalne. Czym się Pan kierował wymyślając poszczególne zawody? Jakiego rodzaju są to biegi i w jakich warunkach pokonuje się dystanse?

Wśród tych imprez są też zawody narciarskie, MTB, psich zaprzęgów, biathlonowe czy triathlonowe. Ale stanowią one margines. Biorąc udział w zawodach, szybko doszliśmy do przekonania, żeby nie tylko brać, ale również dawać. Tak zrodził się BONK. Szybko zrobiliśmy w nim konkurencję w umundurowaniu, novum na ówczesne czasy.  Gdy po edycji, która wydawała nam się dosyć trudna, a którą wygrał Grzegorz Gajdus (tydzień później ustanowił rekord Polski w maratonie), podszedłem do grupy olimpijczyków i reprezentantów  z pytaniem, czy nie było za trudno, odpowiedzieli że ok, ale jeszcze ewentualnie błoto by się przydało. To było dla nas sygnałem, że możemy puścić wodze fantazji. Drugi impuls napłynął ze Szwajcarii, gdzie startowaliśmy w 100 km Military Patrol. Bieg był w umundurowaniu. Ówczesny dowódca namawiał nas na zrobienie równie trudnego biegu dla mundurowych w kraju. Tak zrodził się Maraton Komandosa (MK). Nie ma 100 km, ale za to należy go pokonywać z 10 kg plecakiem. Następny był Katorżnik. Podczas festynu sportowo-obronnego zrobiliśmy rozpoznanie puszczając 50 klubowiczów i znajomych w bagno. Wbrew obawom wszyscy wrócili z uśmiechem. Byliśmy też prekursorami takich pomysłów jak Bieg Noworoczny, Bieg Niepodległości przy pochodniach, zimowy maraton na raty czy równoległe  robienie biegów na misji. Udało się już na pierwszej zmianie w Iraku, ale najliczniejszy był w Kongo. Wielu organizatorów idzie w nasze ślady, co nas tylko cieszy.

Ilość kilometrów w nogach wszystkich uczestników również jest imponująca. 321 580 km! Po przeliczeniu wychodzi na to, że 8-krotnie obiegli kulę ziemską. Co Pan czuje patrząc na te liczby?

Jeszcze bardziej napawa dumą – używając nomenklatury wojskowej – kilka dywizji uczestników  (dokładnie 37 381osób – przyp. red.), co przekładając na podany przez Panią kilometraż może nie wyglądać imponująco, ale oprócz maratonów wliczone są w niego nawet biegi przedszkolaków, a one biegną tylko na 100 m. Zresztą najbardziej cieszy nas właśnie ogromna rzesza startujących dzieciaków, w ostatnim BONK-u było ich 996, co przeliczając na liczę mieszkańców Lublińca musi budzić szacunek.

Ze swojej pasji zrobił Pan epidemię i zaraził bieganiem całą masę ludzi. W bardzo wyjątkowym stylu. Za „rozbieganie” Sił Zbrojnych i promowanie zdrowego stylu życia oraz wartości patriotycznych w społeczeństwie otrzymał Pan prestiżową nagrodę – BUZDYGANA, którą przyznaje magazyn „Polska Zbrojna”. To wielki zaszczyt! I chyba kolejna motywacja, by dalej działać i biegać z ludźmi?

To ogromny zaszczyt znaleźć się w tak wąskim i zacnym gronie laureatów Buzdygana. Jako pasjonat, nie mam zamiaru się leczyć, mimo że mamy w Lublińcu szpital psychiatryczny.

Oprócz rozbiegania ludzi, przekonał ich Pan do wojska. Sprawił, że nabrali większego zaufania. To był cel zamierzony, czy raczej „efekt uboczny” działań?

Wojsko z natury jest zamknięte za bramami koszar, a po zniesieniu służby zasadniczej czy niefortunnym rozporządzeniu o zakazie poruszania się w umundurowaniu „po mieście”  (ostatnio zniesionym) praktycznie niewidoczne dla obywatela. Nasze zawody dają rzadką możliwość „dotknięcia” munduru. Dodatkowo jest to mundur specjalsa. Ponieważ uczestnicy docierają do nas z całej Polski, czasami są to zorganizowane grupy dzieci i młodzieży, staramy się im te „dotknięcie” umożliwić. Również dorośli mogą poznać pewne elementy  szkolenia czy selekcji wojsk specjalnych. Uczestnicząc w MK mogą sobie wyobrazić ostatni dzień selekcji, a w Ucieczce Zakładników podczas katorżnika zapoznać się ze szkoleniem SERE.

Obecnie, kto przeważa w statystykach uczestników imprez? Żołnierze i ich rodziny czy ludzie spoza środowiska wojskowego?

To zależy od charakteru zawodów. W Nożu i MK zdecydowanie wojsko, a za nim inne służby mundurowe. Ale już w Katorżniku i pomniejszych imprezach prym wiodą cywile z tym, że wojsko nadal stanowi najliczniejszą grupę zawodową.

Rodziny żołnierzy także wiele Panu zawdzięczają. Dzięki bieganiu mogą odreagować stresy, co przenosi się na spokój w domu. Na tym właśnie polega magia biegania. A czym dla Pana jest bieganie?

To wszystko prawda, ale często dla rodzin jest to również kultywowanie wspólnego zainteresowania rodziców i dzieci. I to w komplecie. Sam natomiast przeszedłem już okres walki o sekundy i podbijania licznika startów. Jestem na takim etapie, który nazywamy turystyką biegową. Wybieram ciekawe lub nowe imprezy oraz takie zawody, przy okazji których mogę spędzić w okolicy krótki urlop i poznać nowe miejsca. Unikam jednodniowych wyjazdów. Nawet przyjeżdżając do Warszawy, staramy się z żoną w przeddzień pójść do teatru. Dzięki temu prostemu bieganiu przez lata poznałem wiele pięknych miejsc i rzeszę cudownych ludzi w wielu krajach. A na co dzień, jak dla wszystkich, bieganie to dbałość o zdrowie i kondycję, dobre samopoczucie, czas na przemyślenia, ale czasami bywa ból i zmęczenie.

Biega Pan razem z uczestnikami zawodów?

W Nożu nigdy, w Katorżniku raz, w MK 6 razy dopóki był mało liczny. Czasami startuję w naszych pomniejszych imprezach. Jako organizatorowi trudno pogodzić przyjemność (czytaj start) z odpowiedzialnością za bieg. Tak jest z większością również moich kolegów.

Jak długo Pan biega? Ma Pan na koncie jakieś osobiste sukcesy biegowe?

Od 1979 roku, od programów Tomasza Hopfera i pierwszego Maratonu Pokoju. Najbardziej sobie cenię ukończenie wspólnie z synem Setki z Hakiem i 100 km Military Patrol obu imprez na 4. miejscu. Czyż może być coś piękniejszego dla rodzica niż umacnianie więzi z potomkiem w dodatku na tak trudnych biegach. Takie zadowolenie ze startów z dziećmi obserwuję teraz u młodszych kolegów. Miło wspominam – chociaż bardzo bolało –biegi 24-godz., Transjurę czy ubiegłoroczny B7S na dystansie 235 km.

Jakie cele wyznacza Pan na przyszłość dla WKB META?

Ważne jest utrzymanie stanu posiadania i osiągnięcie komfortu organizacyjnego, który mógłby zapewnić sponsor strategiczny. Jednak  pomimo corocznych sukcesów medialnych i organizacyjnych, nijak to się nie przekłada na sponsoring. Chciałbym również, żebyśmy oprócz amatorskiego biegania zaistnieli mocniej także na poziomie zawodowym. Opierając się jednak na swoich wychowankach, już teraz wiele chwały przynoszą nam starty Karoliny Pilarskiej i Marcina Błazińskiego.

Co sprawia Panu największą satysfakcję, działając jako Prezes Klubu?

Stworzenie z członków klubu wielkiej kochającej się rodziny i utrzymywanie w nim takiejże atmosfery.

Gdyby chciał Pan przekonać ludzi do udziału w biegach organizowanych przez WKB META, to co by Pan powiedział?

Jeżeli chcesz być skatowany, upodlony i zmieszany z błotem, na zawody wybierz Lubliniec. Te słowa to przewrotne hasło z Katorżnika, a tak naprawdę, to naszym największym kłopotem jest odmowa startu dla chętnych, ze względu na limity podyktowane pojemnością tras i to coraz bardziej dotyczy wszystkich naszych imprez.

Miejsca w tegorocznym Katorżniku faktycznie rozeszły się błyskawicznie. Po 5 minutach zapisy dla mężczyzn zostały zamknięte! To ogromny sukces dla organizatorów! I potwierdzenie, że klub robi naprawdę kawał dobrej roboty. Trzymam kciuki za kolejne inicjatywy i mam nadzieję, że do zobaczenia na jednym ze startów!