Korzystaj wygodnie z naszego serwisu dzięki najnowszej aplikacji mobilnej dostępnej na Twojego Iphone’a i I’Pada!

Zamknij

Zwykli biegacze, niezwykli ludzie - Marcin Żuk

Zwykli biegacze, niezwykli ludzie - Marcin Żuk

4 Deserts to cykl ultramaratonów, których trasa przebiega przez cztery pustynie świata: Sahara, Gobi, Atacama i Antarktyda. Każda z tych pustyń jest inna, zarówno pod względem podłoża, jak i temperatury powietrza. Skrajne warunki atmosferyczne i dystans, jaki jest do pokonania budzą ogromny szacunek. Każdy z etapów liczy 250 km, co łącznie daje nam 1000 km. Szaleństwo? Do tej pory, dystans ten pokonało 28 osób na całym świecie. Do czołówki tej dołączyć chce czterech Polaków: Andrzej Gondek, Daniel Lewczuk, Marek Wikiera i Marcin Żuk. Panowie założyli, że pokonają ten dystans w ciągu roku, co pozwoli im wejść do elitarnego klubu – 4Deserts Grand Slam. Tym samym udowadniają, że nie ma rzeczy niemożliwych. Wystarczą chęci i odpowiednie podejście.  Za sobą mają już pierwszy etap na pustyni w Jordanii. O szczegółach i wrażeniach opowiada Marcin Żuk:

Skąd pomysł, by wystartować taką grupą w 4Deserts?

Jest nas faktycznie czwórka, ale działaliśmy dwójkami. Nie znaliśmy się wszyscy od samego początku. Ja działałem z Danielem, a Marek z Andrzejem. 

Sam pomysł udziału wyszedł od Daniela. W 2009 roku jego kolega, Kanadyjczyk, ukończył jeden z pustynnych ultramaratonów. Zaczął namawiać Daniela, by również podjął przedsięwzięcie. Ciągle jednak brakowało czasu na realizację planu. Kiedy podjął decyzję, zaczął mi o tym opowiadać, a tym samym namawiać do startu. Z tą różnicą, że nie planowaliśmy udziału w jednym z etapów, ale we wszystkich czterech.

Czyli decyzja była raczej spontaniczna?

Sama decyzja tak. Postanowiliśmy, że biegniemy, bo… właściwie dlaczego nie? Przygotowania jednak już nie były spontaniczne. Biegaliśmy już wcześniej maratony, triatlony, ale wciąż jesteśmy amatorami. Temat jednak należało potraktować profesjonalnie. Mieliśmy pełną świadomość, że tego typu wysiłek łatwy nie jest. Dwudziestu lat też już nie mamy. Zaczęliśmy gromadzić różne informacje, poszerzać wiedzę, spotykać się z fachowcami, którzy mają na koncie podobne doświadczenia i mogą nam pomóc. Dotarliśmy do takich osób i rozmowy z nimi dały nam pogląd na to, co nas czeka. W momencie, kiedy zapisaliśmy się na wyścig, zauważyliśmy, że na liście jest jeszcze dwóch innych Polaków. Nawiązaliśmy z nimi kontakt i uznaliśmy, że skoro mamy tyle czasu spędzić razem na pustyni, to warto połączyć siły. Z racji różnych miejsc zamieszkania, trenowaliśmy osobno, ale startowaliśmy razem, jako drużyna. Tak powstał projekt 4 Polaków, 4 pustynie, 1 cel.

Jak wyglądały przygotowania, biorąc pod uwagę skrajne warunki atmosferyczne, jakie panują na pustyniach?

Te warunki, tak naprawdę, wcale nie są takie skrajne. Sahara owszem, kojarzy się z piekielnym upałem, morzem piasku. Antarktyda zaś z wielkim mrozem i podłożem skutym lodem. Patrząc na pory roku, w jakich odbywają się poszczególne etapy, nie przeceniałbym tych warunków. Obecnie mamy zimę. Sahara zatem nie jest w tym momencie nad wyraz upalna. O tej porze panują tam wiosenne temperatury. 30 stopni w południe jest jeszcze normą do wytrzymania. Na nadmiar piasku też nie narzekaliśmy. Szczerze mówiąc było go niewiele. Podłoże było bardzo urozmaicone. W większości bezdroża i kamienie, jak i spora ilość podbiegów (najniższy punkt to 370 m n.p.m., a najwyższy to 1456 m n.p.m.). Antarktyda również mogłaby się wydawać trudna do pokonania. Skrajne temperatury, lód… oblodzone podłoże akurat jest plusem, bo przynajmniej jest stabilnie i płasko. Temperatury także będą znośne, ponieważ start będzie odbywał się latem. Nie będzie więc -40 stopni, tylko -10. Tak, jak podczas naszej zimy. Mówiąc prościej… to nie temperatury są tu głównym ekstremum, lecz dźwigany ciężar, psychiczny wysiłek i ukształtowanie terenu. Owszem pogoda mogłaby nas zaskoczyć, choćby w postaci wiatru. Ale to nie jest kłopot. To zwyczajna niedogodność.

Ważniejsze w treningach było wybieganie, ponieważ tych kilometrów do pokonania troszkę jest. Jeszcze ważniejszy jest trening siłowy. Solidne wzmacnianie pleców, barków, ramion. Korpus wbrew pozorom odgrywa tu istotną rolę. Podczas całego dystansu niesiemy plecak, a w nim żywność i potrzebny sprzęt. To duże obciążenie. Ponadto podłoże robi swoje i faktycznie w trakcie wyprawy najbardziej bolały mnie plecy.   

Za wami pierwszy etap wyścigu. Wyciągacie jakieś wnioski na kolejne starty? Jakieś poprawki w przygotowaniach będą potrzebne?

To, co zrobiliśmy w ramach treningu, okazało się być skuteczne. Jedyne co należy poprawić to wyposażenie bagażu. Musi być zdecydowanie mniejszy. Z upływem każdego kilometra, bagaż robi się coraz cięższy. Wtedy każdy gram odczuwa się jak kilogram. To z kolei przekłada się na prędkość i zmęczenie. Pod tym względem chciałbym się teraz lepiej przygotować. Na pewno musimy zwrócić uwagę na dietę i suplementację. Taka wyprawa to tygodniowy wysiłek. Nasza dieta musi być zatem bardzo skrupulatnie zaplanowana i bogata we wszystkie wartości odżywcze. Np. torebeczka pożywienia ważąca 150 g, która jest zalewana gorącą wodą i taki posiłek dostarcza nam 800 kalorii.

A skąd na pustyni ciepła woda?

Wody na pustyni nie brakuje, jest jej wszędzie pełno. Zapewniona jest przez organizatorów i dostępna na starcie, mecie, punktach kontrolnych. Jest także woda ciepła, do takich właśnie posiłków w proszku. Można też napić się herbaty, kawy, gorącej czekolady z proszku. Osobiście nie wyobrażam sobie dnia bez ciepłej herbaty i mam możliwość jej wypicia. Dzięki niej czuję się lepiej. Tak więc woda jest głównie do konsumpcji i rozpuszczania posiłków.

Były momenty zwątpienia na trasie?

Nie chciałbym tu wypowiadać się za chłopaków, ale sam osobiście takich momentów nie miałem. To nie jest śmiertelny wysiłek, w takim sensie, że zagrożenie puka i zagląda nam w oczy. Naturalnie, że zmęczenie się pojawia. Kryzys jako taki również. Choćby typowe ściany, jak w maratonach. Jednak mając obrany cel, mobilizację, takie momenty przechodzi się łatwiej.

Kibicuje Wam mnóstwo osób. Taki doping to wspaniała mobilizacja i dawka energii. Jak bardzo pomaga świadomość, że gdzieś tam w wielu zakątkach Polski i pewnie nie tylko, ludzie modlą się o siły dla Was?

Taki doping dodaje nam skrzydeł. Świadomość, że tysiące osób trzyma za nas kciuki pomaga zwłaszcza w tych kryzysowych sytuacjach. Z drugiej strony ten doping właśnie trzyma nas na trasie i nie pozwala się poddać. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której biegniemy i mając świadomość, że tylu ludzi śledzi nasze kroki, nagle schodzimy z trasy, bo nie daliśmy rady. Obciach!

Jakieś zabawne sytuacje w trakcie biegu?

Pewnie! Zabawne sytuacje zdarzają się cały czas. Np. jak ktoś nagle wyciąga z plecaka książkę… pomijam, że idzie i jednocześnie ją czyta. Ale ta książka też waży! Każdy  ogranicza ciężar plecaka do minimum, a tu ktoś dźwiga dodatkowy balast.

Zdarzały się także sytuacje, że ktoś wyciąga szczotkę do włosów, lusterko i poprawia fryzurę. Chciałoby się powiedzieć, że nieważne jakie warunki, wygląd musi być poprawny.

Wasz bieg nie miał być zwykłym biegiem na zaliczenie kilometrów, ale i biegiem charytatywnym. Dla kogo biegliście? Jaki był cel?

Pierwszy start był bez celu charytatywnego. Założyliśmy, że najpierw pokażemy, że damy radę pokonać dystans. Sprawa się nagłośni i wtedy będziemy myśleć nad projektem charytatywnym. Mogę zatem już powiedzieć, że kolejne trzy etapy będą pomocą dla potrzebujących dzieci. Nie jestem w stanie jednak powiedzieć więcej szczegółów. Z pewnością ukażą się one w odpowiednim czasie.

Po zaliczeniu wszystkich czterech pustyń staniecie się członkami elitarnego klubu – 4Deserts Grand Slam. Do tej pory udało się uczynić to 28 osobom na świecie. Na obecną chwilę nie ma w tej grupie ani jednego Polaka. Celowo dodaję, że na obecną chwilę, bo być może już niedługo to się zmieni. To będzie historyczny moment. Czujecie presję z tego powodu?

Absolutnie nie ma żadnej presji. Zapisaliśmy się, wypełniamy cel… robimy to, co lubimy. A to, że będziemy pierwszymi Polakami? Fajnie! Być może po nas zapiszą się kolejni, którzy będą chcieli podjąć wyzwanie. Ale to my już na zawsze zostaniemy tymi pierwszymi. No chyba, że ktoś zajmie podium, bądź lepsze miejsce od naszych. Wtedy będzie o tym kimś głośniej. To jednak nie zmieni faktu, że wciąż my będziemy pierwsi. Nikt tego nie przebije. Tak naprawdę, każdy mógł wcześniej się zgłosić i to zrobić. Jest mnóstwo zawodowców i amatorów zdolnych do takiego wysiłku. Z jakiegoś powodu nie podjęli się takiego wyczynu i to daje szansę takim ludziom, jak my.

Ile czasu trwa regeneracja po takim jednym biegu?

Ciężko powiedzieć. Minęło kilkanaście dni od wyścigu i regeneracja jest w toku. Prawda jest taka, że nie ma czasu na leżenie do góry brzuchem i odpoczywanie. Jak już wspomniałem, nie jesteśmy zawodowcami, lecz amatorami. Każdy z nas prowadzi normalne życie, ma pracę, do której należy wrócić, rodzinę, obowiązki. Można więc powiedzieć, że zakończyliśmy pierwszy etap wyścigu, po czym wróciliśmy do codzienności. Faktem jest, że po tylu dniach takiego wysiłku zwyczajnie nie chce się biec, mimo że organizm mógłby podjąć się jeszcze jakiegoś zadania. Ale po co? Przez 7 dni byliśmy w ciągłym marszu. Przesyt jest naturalny i osobiście planuję powrócić do systematycznych treningów dopiero za jakieś dwa tygodnie.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Jak już uda się osiągnąć jakiś cel, często podnosimy poprzeczkę do góry. Są już jakieś kolejne szalone pomysły na start po ukończeniu tej pustynnej serii?

Jako że biegam w grupie Spartan, na pewno chciałbym zaliczyć Spartathlon, czyli ultramaraton biegnący z Aten do Sparty (246km). W końcu to kolebka maratonów, od której wszystko się zaczęło. Z kolei wyścig typu Badwater w Dolinie Śmierci już mnie nie interesują. Nie chcę się tak katować. Tak samo jak nie kręci mnie bieganie po kilka razy w tym samym miejscu tylko po to, by urwać kilka minut dla osobistego rekordu. Wolałbym wystartować gdzieś, gdzie połączę przyjemne z pożytecznym. Pozwiedzam, napatrzę się na przyrodę i piękne widoki, a do tego przyjemnie się zmęczę. Może się zdarzyć, że będziemy podróżować po świecie i odwiedzać się nawzajem z ludźmi, których poznaliśmy podczas 4Deserts. To też byłoby ciekawym doświadczeniem.

Kolejny etap to chińska pustynia Gobi. Start planowany jest na 1-7 czerwca. Doping jest dla chłopaków ważny, więc nie bójmy się i piszmy do nich! Wspierajmy i trzymajmy kciuki. Bo to, co robią, jest niesamowite! A energia, jaka z nich emanuje, to po części Wasza energia, którą im przesyłacie.

Postępy w przygotowaniach, jak i sam start można obserwować na stronie www.4deserts.pl lub na Facebook’u: www.facebook.com/4desertspolska. Na tych samych stronach ukażą się również informacje dotyczące pomocy charytatywnej, do której każdy z was będzie mógł się przyłączyć.

Pozostało życzyć Wam powodzenia! Trzymamy kciuki!

Zamknij