Sposoby na odchudzanie

Mówi się, że ilu Polaków, tylu ekspertów piłkarskich. Podobnie jest z dietami i sposobami na odchudzanie – ilu podejmujących wyzwanie zrzucenia paru kilogramów, tyle teorii i sposobów, by dotrzeć do upragnionego celu. W tym artykule, zapewne wbrew Waszym przewidywaniom, nie będę przedstawiał swojej „dietetycznej prawdy objawionej”, ale przyjrzę się właśnie typowym podejściom biegaczy (i nie tylko) do odchudzania. Może wpisujecie się w jedną z poniższych grup?

Odchudzanie „na matematyka”

Byłeś ostatnio na stronie, gdzie można było obliczyć, jakie jest twoje zapotrzebowanie kaloryczne? Wiesz już, ile białka, tłuszczów i węglowodanów powinieneś jeść w ciągu dnia? Nawet masz już w domu wagę, która pozwoli ci dokładnie odmierzać wszystkie posiłki? To jest właśnie twoja grupa!

Teoretycznie wszystko się zgadza – żeby zacząć chudnąć, powinniśmy pobierać mniej energii niż jej spalamy. Deficyt, który w ten sposób powstaje, sprawia, że organizm jest zmuszony, by wykorzystywać energię, która tkwi w naszych tłuszczowych spiżarniach. Wszystko jednak rozbija się w czasie praktyki, bo trzymanie się takich obliczeń wcale nie jest łatwe. Po pierwsze, wspomniana waga – o ile w domu jesteś w stanie ważyć wszystkie posiłki, to co będzie, gdy odwiedzisz znajomych? Oczywistym przypadkiem trudności, które spotkają „matematyka” są także sytuacje, gdy musi pożywić się na mieście. Może się okazać, że będziemy przywiązani do swojego plecaka, gdzie przenosić będziemy wszystkie swoje posiłki w plastikowych puszkach. Poza tym, same kalkulatory nie są ze sobą zgodne i w zależności od tego, na jaką stronę trafimy, takie otrzymamy wyniki.

Odchudzanie „na naukowca”

Czytałeś już tamte badania, gdzie wskazuje się na związek spalania tłuszczu i zjeżdżania na ślizgawkach? Tak, wiem, że analizy oparto na wynikach myszy, ale to w końcu badania! Ostatnio dowiedziono, że l-karnityna to mit, w ogóle nie działa… Słyszałeś już gdzieś takie teksty? Jeżeli tak, to trafiłeś na kogoś, kto odchudzał się „na naukowca”.

To grupa, która łączy cechy „matematyków” i „trendsetterów”. Z jednej strony, potrzebują konkretnych analiz, na podstawie których dowiedzą się, co robić. Z drugiej, każda kolejna analiza sprawi, że cały ich plan legnie w gruzach i trzeba będzie zaczynać od nowa. Problemem w tym przypadku są same badania, które tak chętnie publikują gazety poświęcone zdrowiu. Często wykonywane są na niewielkich próbach, w dodatku nie zawsze ludzkich. Ich wyniki zależą od konkretnych czynników, a rozciągane są na wszystkie możliwe przypadki, a część z nich jest opłacana przez producentów, którym zależy na potwierdzeniu działania, np. konkretnego suplementu. Wszystkie z tych badań należy traktować z wielką rezerwą.

Reklama - koniecznie sprawdź!

Odchudzanie „na trendsettera”

Teraz jestem na „paleo”. Tak, jem jak jaskiniowiec, w końcu sto milionów lat temu wszyscy byli zdrowi. I co z tego, że nie jadłem mięsa? To była głupota, teraz wiem już lepiej! Jakie liczenie kalorii? To już przeżytek. Może jeszcze zaproponujesz mi „dietę Kwaśniewskiego”? Takie słowa usłyszysz od tych, którzy uważnie śledzą każdy ruch na rynku „mody dietetycznej”. W końcu nowe diety pojawiają się z niemal taką częstotliwością jak kolejne kolekcje znanych projektantów.

Co chwilę słyszymy o nowych, sensacyjnych rozwiązaniach odwiecznego problemu odchudzania. Wczoraj jedliśmy dużo białka, dzisiaj wyrzucamy z menu gluten, a za tydzień będziemy jedli wyłącznie kapustę. Najczęściej „trendy dietetyczne” wynikają z nadinterpretacji i przecenienia wagi badań, o których wspominałem powyżej. Wystarczy, że jeden „amerykański naukowiec” dowiedzie pozytywnego wpływu jedzenia mrówek na efekty odchudzania, a za chwilę uruchomi się cały przemysł, który rozdmucha sprawę i spróbuje na niej zbić pieniądze kosztem zdesperowanych ludzi. Jednak wielka kariera tych diet kończy się najczęściej tak szybko, jak się zaczęła.

Odchudzanie „na wiecznie trenującego”

Co? Jaka dieta? Stary, ja biegam tyle, że nie potrzebuję żadnej diety! Jakbym jadł więcej owoców i warzyw, to nie miałbym siły na mocne treningi. Potrzebuję tej pizzy po interwałach. Brzmi znajomo? Przyznam, że mnie chyba najbliżej do tej grupy, bo sam wiecznie próbuję usprawiedliwić swoje kuchenne grzeszki mocnymi treningami.

Ciężkie treningi wiążą się z dużym zapotrzebowaniem na energię. Nie nakarmimy się „endorfinami”, szczególnie, gdy bieg naprawdę nas wykończył. Dużo lepsza byłaby pizza lub czekolada. Problem jednak pojawia się, gdy przesadzamy z tymi „nagrodami” za ciężki trening i stają się one naszą codziennością. Nawet jeżeli nie przegniemy w ten sposób z liczbą kalorii, to sam fakt spożywania niskiej jakości jedzenia może się odbić na naszym zdrowiu i jakości treningów w przyszłości. Kuchenny grzech raz na jakiś czas? Nie ma sprawy, ale niech to rzeczywiście będzie wyjątek.

Odchudzanie „na głoda”

Biegam na czczo, podobno wtedy najszybciej zaczyna się spalać tłuszcz. Jadłeś po 20:00? Tak nie można! Żołądek nie zdąży tego strawić i szybko przytyjesz. Ja ostatni posiłek jem najpóźniej o 18:00, a potem już tylko woda. Zresztą wcześniej też tylko woda, bo wszystkie inne napoje są słodzone, a cukier to przecież biała śmierć. To często pierwsza faza, przez którą przechodzą odchudzający się. Wówczas mamy dużo samozaparcia i przez kilka dni trzymamy się swojego planu.

W przypadku odchudzania, jak i w wielu innych sytuacjach, powinniśmy zdać się na Arystotelesa i szukać „złotego środka”. Skrajna bieda jest równie zła, co obnoszenie się bogactwem, a w przypadku odchudzania – przesadzanie z jedzeniem jest równie złe, co spożywanie zbyt małych ilości jedzenia. Dlaczego? By ująć rzecz obrazowo, musimy sobie wyobrazić, że nasz organizm zawsze stara się dostosować do warunków, które mu zapewniamy. Jeżeli dużo ćwiczymy, stara się podnieść naszą wydolność, bo przyzwyczaja się do trudu kolejnych treningów. Gdy ustawicznie jemy zbyt mało, stara się spowolnić procesy spalania tłuszczu, bo przyzwyczaja się do niewielkich ilości jedzenia. W związku z tym, po krótkim okresie szybkiego chudnięcia, wpadniemy w stagnację.

Czy da się znaleźć wyjście idealne?

Z dużą dozą pewności napiszę, że nie. Nie sądzę, by dało się znaleźć jeden, uniwersalny sposób, dzięki któremu każdy poradziłby sobie z nadmiarem tłuszczu. W najlepszym przypadku wystarczy, że zaczniemy biegać i kilogramy same zaczną od nas odchodzić, w  najgorszym pozostanie nam sprawdzić kilka z powyższych opcji lub spróbować jeszcze innych.