Korzystaj wygodnie z naszego serwisu dzięki najnowszej aplikacji mobilnej dostępnej na Twojego Iphone’a i I’Pada!

Zamknij

Niezwykła historia Niesamowitej Kobiety

Niezwykła historia Niesamowitej Kobiety

W dzisiejszych realiach sportu zawodowego, gdy na specjalistyczne treningi wysyła się już 6-letnie dzieci, a nastolatków poddaje się dużym obciążeniom i ostrej selekcji, ta historia wydaje się tak nierealna i odległa, jak inne galaktyki. Chrissie Wellington na zawodową karierę zdecydowała się w wieku 29 lat, co nie przeszkodziło jej 4-krotnie zostać Mistrzynią Świata na dystansie Ironman. Jeśli wydaje Wam się, że na realizację marzeń jest już za późno, koniecznie poznajcie historię dziewczyny z Norfolk.  

Skromne początki

Ileż to razy, przy okazji chociażby olimpijskich sukcesów, słyszymy z ust sportowców podziękowania dla pierwszych trenerów, szkoleniowców, którzy wypatrzyli talent gdzieś na boisku i nadali pierwsze szlify. Biografie większości gwiazd sportu aż pękają od szkolnych sukcesów, pucharów i tytułów.

W przypadku Chrissie Wellington było zupełnie inaczej. Należała co prawda do szkolnego klubu pływackiego, ale zupełnie się nie wyróżniała. Zdarzało się jej zwyciężać w zawodach, ale częściej to koleżanki były szybsze. W czasie, gdy utalentowani rówieśnicy spędzali wakacje na obozach treningowych, ona wiodła zupełnie zwyczajne życie angielskiej nastolatki.

Jedyne, co wyróżniało ją w tym czasie, to cechy niezwykle pożądane w sporcie – upór i uwielbienie rywalizacji, a także dążenie do perfekcji. Była niezwykle pilną uczennicą i miała najwyższe oceny, bo chciała być we wszystkim najlepsza. Poświęcała o wiele więcej czasu na naukę niż rówieśnicy, bo cieszyły ją tytuły prymuski. W każdym elemencie, nawet w drobnych sprawach chciała wygrywać – ta cecha wyróżnia wielu mistrzów aren, ale gdyby ktoś nastoletniej Chrissi powiedział, że zostanie Mistrzynią Świata, umarłaby ze śmiechu. Tym bardziej, że dążenie do perfekcji wyprowadziło ją na niezłe manowce. Zatroskana swoją figurą w nastoletnim wieku doprowadziła się do bulimii.

Początki przemiany

Na studiach dołączyła do drużyny pływackiej, ale raczej ze względów towarzyskich. Bardziej interesowała ją działalność na uczelni – pisała do gazety, reprezentowała studentów, a z ciężko trenującymi sportowcami łączyła ją tylko częściowa abstynencja. Choć później imprezowała na równi z rówieśnikami. Zawsze jednak wyróżniała ją chęć niesienia pomocy innym – corocznie w wakacje latała do Bostonu, gdzie uczyła pływać dzieciaki.

Po studiach miała zamiar zostać prawnikiem, ale zanim poszła do pełnowymiarowej pracy, postanowiła trochę pojeździć po świecie i wybrała się na dwa miesiące do Afryki – wyprawa przedłużyła się do dwóch lat, w trakcie których zaangażowała się w działalność charytatywną i pomagała ubogim. Włóczyła się też po Australii i Azji - tam uświadomiła sobie, że nie chce spędzić życia w kancelarii prawniczej – bardziej pociągała ja pomoc ubogim i zmienianie świata.  

Zmiany, zmiany, zmiany

Jeszcze podczas podróży postanowiła, że ukończy dodatkowy fakultet, by zdobyć nowe umiejętności i po skończonych studiach zaangażować się w pracę na rzecz akcji humanitarnych. W Anglii rzuciła się w wir obowiązków i znów wróciły demony rywalizacji oraz perfekcji – znów musiała być najlepsza na roku, uczyła się niezwykle pilnie i rywalizowała z innymi studentkami. Nie podobała jej się sylwetka, zaczęła biegać i zupełnie zaraziła się pasją. Biegała jak szalona przed i po zajęciach niestety przy okazji ograniczała do minimum posiłki i wpadła w anoreksję. Otarła się o szpital i dopiero, gdy rodzice zorientowali się, że sprawy idą w złym kierunku, zainterweniowali i pod koniec studiów udało jej się wrócić do w miarę normalnego odżywiania. Natomiast w kwestii pracoholizmu niewiele się zmieniło i dyplom odebrała z wyróżnieniem.

Kariera w ministerstwie

Po studiach kilka miesięcy spędziła pracując w organizacjach non profit, aż doczekała się posady w Ministerstwie Środowiska. W tym czasie na szczęście uzależnienie od ograniczania jedzenia zamieniła zupełnie w kolejne od biegania. Trenowała nawet w wigilię i Nowy Rok. Pracując w Londynie, postanowiła wystartować w maratonie. Nie miała żadnego doświadczenia, nie realizowała żadnego planu treningowego, po prostu wystartowała i wyprzedzała rywali, szczególną radość sprawiało jej wyprzedzanie mężczyzn. Na metę dotarła ku własnemu zaskoczeniu w czasie 3 godzin i 8 minut. Szok, po prostu szok.

W pracę angażowała się równie mocno jak w bieganie, szybko pokonywała kolejne szczeble. Zaczęła uczestniczyć w konferencjach na rzecz zrównoważonego rozwoju, reprezentowała Wielką Brytanię na Szczycie Ziemi. Wydawało się, że spełniły się jej marzenia, poznawała osobistości, mogła robić to, co sobie wcześniej zaplanowała.

Równolegle do kariery rozwijało się jej zamiłowanie do sportu. Postanowiła przebiec maraton poniżej 3 godzin i znalazła grupę biegaczy ćwiczących pod okiem trenera. Kupiła też rower, by dojeżdżać do pracy i na treningi.

Objawienie

W życiu Chrissie pewne rzeczy działy się w niesamowitej konfiguracji. Została wysłana na południowokoreańską wyspę Jeju, na forum pod patronatem ONZ dotyczące zrównoważonego rozwoju i zapobieganiu rosnącej biedzie. Siedząc w olśniewającym luksusem pięciogwiazdkowym hotelu i objadając się wykwintnym jedzeniem, stwierdziła, że to na pewno nie jest właściwa droga, by zapewnić ludziom dostęp do wody pitnej. Stwierdziła, że ma dość „takiej szopki” i postanowiła zaangażować się w pracę u podstaw.

Po powrocie odwiedziła przyjaciół w Birmingham, którzy należeli do klubu triathlonowego. Poszła z nimi na trening pływacki i dała się namówić na start w zawodach na dystansie olimpijskim. W debiucie zajęła czwarte miejsce, a w kolejnym starcie była trzecia. Poczuła, że ma talent do tego sportu, ale na razie na horyzoncie pojawiły się zupełnie inne wyzwania.

Nepal

Po przejrzeniu ofert pracy udało jej się znaleźć posadę w organizacji działającej na rzecz rozwoju nepalskiej wsi. Porzuciła więc obiecującą karierę w ministerstwie, wysoką pensję, luksusy i wybrała pracę w Azji, gdzie wynagrodzenie wynosiło 80 dolarów miesięcznie. Zabrała rower i wyruszyła do najwyżej położonego kraju świata.

Pracując z najuboższymi, nie zapomniała o triathlonie. Niestety o pływaniu nie było mowy, bo nie było basenów, bieganie było mocno utrudnione, szczególnie piraci drogowi w Katmandu ostudzili jej zapał. Na szczęście poznała na miejscu miłośników MTB i w wolnych chwilach przemierzała z nimi himalajskie ścieżki. Przeważnie przed pracą jeździła dwie godziny i robiła długie wyprawy w czasie weekendów. Chodziła też sporo po górach. W Nepalu zrozumiała, że najlepszym sposobem pomocy ubogim jest społeczne podejście postulowane przez Kamala Kara apelującego, by tak wpływać na ubogich, by z biedy potrafili wyjść sami. Podarki i pomoc charytatywna od ludzi z bogatego Zachodu nie są w stanie pomóc, a działają tylko doraźnie. Po 1,5 roku spędzonym w Nepalu stwierdziła, że jej misja dobiegła końca. Przed powrotem do domu wybierała się do znajomych w Nowej Zelandii, którzy brali ślub.

Zbieg okoliczności czy przypadek?

Do Nowej Zelandii oprócz cennych doświadczeń zabrała też rower. Została kilka dni u znajomych i poszła pobiegać. W trakcie treningu spotkała mężczyznę, który spytał ją, czy wybiera się na wyścig Coast to Coast. Okazało się, że był to słynny miejscowy ultrabiegacz Nathan Faavae, a wyścig składający się z etapu biegowego, kolarskiego i kajakowego miał odbyć się za kilka tygodni. Dała się namówić znajomym i wpisała się na listę startową, a w międzyczasie nauczyła się pływać kajakiem w stopniu podstawowym. Ku olbrzymiemu zaskoczeniu wszystkich, startując wśród zawodowców, zajęła drugie miejsce w jednym z najtrudniejszych wyścigów w tamtej części świata. Pomału zaczynało do niej docierać, że ma talent do sportów wytrzymałościowych .

Przed powrotem do Anglii odwiedziła jeszcze znajomą w Argentynie. Wybrały się wspólnie na wyprawę rowerowa po północy kraju. W jej trakcie pasażer przejeżdżającego jeepa spytał Chrissie czy trenuje przed duathlonem. Okazało się, że w okolicy sa rozgrywane zawody Green Cup Championships – duathlon składający się z biegu i etapu MTB. Czuła się onieśmielona wśród zawodowców, ale ku zaskoczeniu wszystkich okazała się najlepsza wśród kobiet.

Nowa droga  

Wracając do Anglii była pewna, że chce spróbować swoich sił w triathlonie. Zaraz po powrocie zapisała się na zawody. Pożyczyła rower, piankę i wyruszyła na start. W wodzie okazało się, że pianka jest za duża i Chrissie nie była w stanie ukończyć etapu pływackiego. Nie zraziła się początkowymi problemami i zapisała się na kolejne zawody, Triathlon Shropshire na dystansie olimpijskim. W trakcie etapu rowerowego objęła prowadzenie, którego nie oddała już do mety. Zaszokowała kibiców i specjalistów zwyciężając, a jedną z nagród za wygraną była przepustka na Mistrzostwa Świata Amatorów w Lozannie. Znajomy z klubu triathlonowego skontaktował ją z trenerem i po raz pierwszy zaczęła ćwiczyć według ściśle określonego planu treningowego.

Wyjeżdżając na Mistrzostwa postawiła sobie za cel miejsce w pierwszej dziesiątce w kategorii wiekowej 25 - 29. Wyścig poszedł jej znakomicie. Na mecie wiedziała, że jest dobrze zwyciężyła nie tylko w kategorii wiekowej, ale także wygrała całe zawody.

W wieku 29 lat stwierdziła, że nie widzi się w karierze urzędniczej i postanowiła zastać zawodową triathlonistką.      

Mistrzyni

Dalsza historia to typowa droga sportowca profi: krew, pot i łzy. Została zaproszona na tygodniowy okres próbny przez Bretta Suttona legendę w świecie triathlonu tworzącego team TBB. Potem obóz w Tajlandii, gdzie musiała przetrwać katorżnicze treningi. Marzyła o występie na Igrzyskach w Pekinie, ale trener podjął decyzję, że większe szansę ma na dłuższych dystansach. W 2007 roku przebojem weszła w świat Ironmana. W debiucie zwyciężyła na zawodach w Korei. Jedną z nagród był lot na Mistrzostwa Świata, legendarne zawody na Kona na Hawajach. I zgadnijcie, co się stało później? Tak, tak szokując cały triathlonowy świat, w tym samym roku Chrissie została Królową KONA. Najlepszą zawodniczką świata na dystansie IRONMAN. Tytuł ten obroniła dwukrotnie, a zwyciężyła także w 2011. Trzynastokrotnie stawała na starcie dystansu długiego i nigdy nie poniosła porażki. W Roth ustanowiła rekord świata: 8 godzin 18 minut i 13 sekund. Po przepłynięciu 3,8 km i przejechaniu 180 kilometrów na rowerze przebiegła maraton w 2’44’35 – to wręcz niewyobrażalne.

Motywacja dla innych

Po zakończeniu kariery zajęła się ponownie działalnością charytatywną i pomocą najbiedniejszym. Stała się jednocześnie źródłem motywacji dla wszystkich twierdzących, że na zmiany w życiu jest zdecydowanie za późno. Sama często powtarzała: „Nasze organizmy są zdolne do o wiele większych wyczynów, niż nam się wydaje”.

Podziwiana za osiągnięcia i wyniki zawsze twierdziła, że największy szacunek należy się amatorom docierającym do mety Ironmana podczas gdy zawodowcy mają na treningi całe dnie, amatorzy musza dzielić je z pracą i obowiązkami. Po każdych zakończonych zawodach stała na linii mety, dopingowała i wspierała wszystkich docierających do upragnionego celu . 

Szczerze przyznam, że postać Chrissie Wellington jest dla mnie źródłem olbrzymiej inspiracji i nie przestaje mnie zadziwiać. Na koniec chciałbym jeszcze zacytować to, co dla mnie najcenniejsze z jej myśli:

„Gdybym miała dać Ci jedna radę, zasugerowałabym, abyś postawił na prostotę.”

„Wada obsesji na punkcie cyferek polega na tym, że odziera nas z przyjemności związanej ze sportem. Znajomość własnego organizmu jest ważna, ale jeszcze ważniejsza jest zdolność czerpania radości z wiatru we włosach, do cieszenia się samą istotą uprawiania sportu.”      

Zamknij