New Balance Vazee Rush – test butów

Szybko zapomniałem, co dokładnie znaczyło „Vazee”, ale w głowie utkwiło mi jedno – nowe buty ze stajni New Balance miały być lekkie, dynamiczne i możliwie wszechstronne. W dodatku producent nie waha się polecać ich biegaczom cięższym (ważącym 80 i więcej kg), co daje mieszankę, której trudno sprostać, choć niebywale kusząco prezentuje się ona na papierze. Wobec tego, gdy tylko kurier przywiózł mi Vazee do domu, wziąłem je w obroty i to nie tylko biegowe, dzięki czemu dość szybko wyszło na jaw, jak obietnice New Balance mają się do rzeczywistości.

Następca NB890?

Na wstępie warto odtrąbić wielki powrót – po kilku modelach New Balance opartych na piance Fresh Foam, producent postawił na sprawdzone już wcześniej rozwiązanie, o którym możecie przeczytać tutaj i tutaj. REVlite pamiętam z doskonałych NB890v4, co prognozowało spełnienie obietnicy o lekkości, ale nie mówiło jeszcze wiele o poziomie amortyzacji Vazee. Do wspomnianego modelu nawiązuje także budowa cholewki w części przedniej, choć to zauważą głównie użytkownicy trzeciej, jeszcze starszej edycji 890. Jak się jednak okaże, na tym podobieństwa mogą się w zasadzie skończyć. Powtarzane na wielu stronach zdanie, że Vazee jest następcą 890 to po prostu slogan i nie powinno się go traktować bardzo poważnie.

Wszechstronność oddaje konstrukcja buta

Cholewka nie tylko pod kątem wyglądu, ale i konstrukcji daje wrażenie cofnięcia się w czasie. Zamiast zgrzewanych i całkowicie bezszwowo przytwierdzanych elementów wzmacniających, które proponuje nam obecnie większość producentów, w Vazee dostajemy solidne i obszerne wzmocnienia ze sztucznych materiałów. Nie będzie w tym jednak nic dziwnego, gdy weźmiemy pod uwagę jedną z obietnic New Balance – ten but ma sobie poradzić także podczas dynamicznych treningów na siłowni, a tam poruszamy się nie tylko do przodu, ale i na boki, pod różnymi kątami i potrzebujemy buta, który wytrzyma takie obciążenia.

NBVazee trzyma się przy tym 6-milimetrowego dropu, który znamy np. ze świetnie przyjętego Fresh Foam Zante. Pozwala to zachować nieco bardziej naturalną posturę niż w butach z dziesięcio czy dwunastomiliterowym spadkiem i ma swoje uzasadnienie także w przypadku ćwiczenia na siłowni (spójrzcie na obuwie dwuboistów).

Okładka obejrzana, bierzemy się za czytanie…

Spodziewałem się dopasowania z okolic Fresh Foam Zante, a tymczasem wzmocniona cholewka pozwala znacznie mocniej „docisnąć” buta do stopy. Odczucie to potęguje dość wąski czub. Dostajemy zatem model, w którym osoby o szerszych stopach mogą się czuć nieswojo i pierwsza przymiarka zapewne wystarczy, by odłożyli na bok Vazee. Dla mnie jednak nie był to duży problem – skoro ma być dynamicznie, to but nie może być klasycznym kapciem. Minę skwasił mi jednak wspomniany czub – zarówno New Balance, jak i inni producenci, przyzwyczaili mnie już do miękkiego wykończenia butów na przodzie i wzmocnienie czuba przez kilka pierwszych treningów dawało się nieprzyjemnie odczuć. A skoro miało być wszechstronnie, to czuby były równie denerwujące w zestawieniu z noskami pedałów rowerowych.

Nie ulega jednak wątpliwości jedno – jest lekko i można w tym bucie dynamicznie pobiegać. REVlite daje zupełnie inne czucie niż Fresh Foam i w wydaniu Vazee zdaje się wymagać od biegacza większej pracy. Nawet przy próbach biegania na piętę okazało się, że but jest co najwyżej średnioamortyzowany (czuć to także podczas zwykłego chodzenia w tym bucie). Biegaczom przykładającym wagę do odpowiedniej techniki Vazee da zatem odpowiednią ochronę od kamieni w parkach czy śmieci na chodnikach, nie zrzucając przy tym kwestii amortyzacji na żele, poduszki czy inne dziwy.

Wygoda w każdym tempie

Vazee trafiły w moje ręce w doskonałym momencie – pogoda w końcu się uspokoiła, co dało się odczuć podczas treningów. Bieganie w wysokim tempie nie było już tak męczące jak na wakacjach. Noga podawała, a nowe buty od NB doskonale się wówczas sprawowały. Począwszy od stumetrowych odcinków na maksymalnej prędkości po dłuższe powtórzenia po 3:40-3:50/km Vazee  sprawdzały się świetnie i nie ustępowały komfortem także przy spokojniejszych wybieganiach. Nie zauważyłem żadnych problemów na kostce, asfalcie i parkowych ścieżkach, ale przy opadach deszczu na tej pierwszej czuć było słabszą przyczepność. Lepiej niż modele oparte na piance Fresh Foam sprawowały się za to na lekkim błocie.

new-balance-vazee-rush-test-butow-01

Egzaminem z wygody był jednak dla Vazee wrocławski maraton. Prowadziłem na nim grupę na 4:15, więc czekało mnie kilka godzin w tempie 6:00/km, w którym właściwie nie zdarza mi się biegać. Do czuba już wcześniej się przyzwyczaiłem i bieg okazał się bardzo komfortowy. Podczas ponad czterogodzinnego, bardzo lekkiego wybiegania, ani przez chwilę nie czułem, by but chciał mi w jakikolwiek sposób dokuczyć. Okazuje się zatem, że Vazee jest już pod względem tempa wszechstronny, choć nie da się ukryć, że docenią to biegacze przygotowani do długiego biegu „na śródstopie”.

Wizyta w piwnicy

Mamy wrażenia z biegu, pora na siłownię – gdyż producent zapewnia, że i tam Vazee sprawdzą się świetnie. Wykonałem w nich zarówno treningi „statyczne”, oparte na ćwiczeniach trójbojowych, jak i dynamiczne, które mogły do pewnego stopnia przypominać coraz bardziej popularny crossfit. W tym przypadku trudno mi jednak napisać coś ponad to, że w butach ćwiczyło mi się wygodnie. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co (oprócz kwestii oczywistych z biznesowego punktu widzenia) miałoby wyróżniać buty crossfitowe, które wydają się połączeniem biegowego minimalizmu z wzmocnioną cholewką, a Vazee bardzo daleko do butów dla ciężarowców. W związku z tym można powiedzieć krótko – to but po prostu wygodny do ćwiczenia także na parkiecie czy macie, ale nie jest w żaden sposób specjalistycznie przygotowany do konkretnej dyscypliny siłowej. Trzyma stopę podczas różnej maści wyskoków i jest wystarczająco elastyczny, a przy tym po raz kolejny swoje zalety ukazuje nieduża amortyzacja, która w nadmiarze na siłowni mogłaby jedynie przeszkadzać.

Co zatem dostajemy, gdy kupujemy Vazee?

Dostajemy buta, który można by swobodnie ustawić na półce „treningowo-startowe” – dla biegaczy bardziej doświadczonych i biegających dobrze technicznie stanie się on stosunkowo wąską treningówką na co dzień i ja używałem go w tym kontekście, tak podczas szybkich, jak i spokojnych treningów. Z kolei dla pozostałej grupy Vazee może być ciekawym rozwiązaniem na starty, być może nawet na te określane jako „survival race”, czyli biegi z przeszkodami. Z punktu widzenia ćwiczenia na siłowni nie wyróżniają się specjalnie, choć ciężko się do czegokolwiek przyczepić. Wyglądają świetnie i po pierwszych negatywnych doświadczeniach z twardszym czubem, Vazee stał się w moich oczach naprawdę ciekawym modelem.

To but, w którym mogłem chodzić na co dzień, bo po prostu dobrze wygląda, dojeżdżać do pracy na rowerze i w razie czego od razu wyskoczyć na trening biegowy czy na siłownię. Jest zatem wszechstronnie – sprawdziło się.