My źli biegacze

0
10

Zwróciliście uwagę na to, jak często pewne wydarzenia, oceniane na początku pozytywnie, z czasem zaczyna się krytykować? To właściwie pewien cykl, który rozpoczyna fascynacja, potem następują pytania o odpowiedzialnych za dane zjawisko, a ostatecznie całkowita zmiana perspektywy i oskarżanie ich o najgorsze. Pewnie w teorii nie brzmi to zbyt jasno, więc od razu przejdę do przykładu, a będzie nim oczywiście bieganie i szeroko rozumiany zdrowy styl życia.

Moda na bycie „fit”

Zaczęło się od wspomnianej fascynacji. Pewnie pamiętacie jeszcze artykuły sprzed kilku lat, w których zachwycano się faktem, że Polacy w końcu zaczynają się ruszać. Wówczas nie mówiło się jeszcze tak dużo o bieganiu, ale oklaski czekały na każdego, kto porzucił tramwaj na rzecz roweru, zaopatrzył się w karnet na basen czy – a może przede wszystkim – zaczął chodzić na siłownię. Powoli rozpoczynała się także wielka moda na fitness i wszelkie jego wariacje, a ostatecznie do całej tej paczki dołączyło bieganie i triatlon.

Co się wówczas działo? Największe miejskie maratony każdego roku poprawiały rekordy frekwencji, co z radością odnotowywały media. Na rynku zaczęły pojawiać się książki i nagrania DVD, dzięki którym trenerki fitness stały się gwiazdami i celebrytkami. Zaczęło się od nazwisk zza oceanu, ale Polki nie pozostawały w tyle. Liczba siłowni rosła w zastraszającym tempie, a ich charakter zaczął się zmieniać – od klasycznych, osiedlowych mordowni, które doskonale wpisywały się w klimat lat 90., do wielkich kompleksów siłowni-fitness, które często oferowały także zabiegi SPA i masaże.

Cała Polska była zachwycona.

Są ludzie, jest kasa

W pewnym momencie, zgodnie z przedstawionym wcześniej modelem, zaczęły pojawiać się pytania o to, kto za tym wszystkim stoi. Kim są ci trenerzy, właściciele siłowni i sklepów sportowych, a przede wszystkim, ile oni na tym zarabiają? Jasne było, że moda na sportowy styl życia zaczyna zmieniać się w biznes i do środowiska, które tworzyli ludzie autentycznie połączeni pasją, przenikają ci, którym w głowie tylko dolary. Tych drugich przedstawiano oczywiście w złym świetle, jako mącicieli wspaniałego, oddolnego ruchu sportowców-amatorów.

Środowisko zostało więc podzielone na dwie grupy: ludzi autentycznie zainteresowanych amatorskim uprawianiem sportu i poprawą stanu swojego zdrowia oraz tych, którzy zaczęli to wykorzystywać, otwierając kolejne biznesy.

Do tego momentu sprawy nie przybrały jeszcze złego obrotu. Nie widzę nic gorszącego w patrzeniu na ręce tym, którzy robią kasę na sporcie. Do pewnego stopnia sami się o to prosili, gdy ceny karnetów na fitness i siłownie rosły z dnia na dzień, a rozliczanie się co miesiąc zastąpiły roczne abonamenty. O firmach produkujących sprzęt do ćwiczeń nie trzeba nawet wspominać, w końcu sami doskonale wiemy, ile kosztują ubrania i buty z najnowszych kolekcji wiodących producentów.

Wszyscy do jednego wora

Gdy jednak zaczęto pisać o tym więcej i częściej, rosła też liczba autorów stosujących rażące uogólnienia. Skoro mieli napisać tekst o tym, że sport to biznes, bo to temat na czasie i na pewno się sprzeda, to komu zależało na tym, by sięgnąć do sedna? Dość szybko przestano stosować wyżej wskazane rozróżnienie i wrzucono nas do jednego worka z tymi, którzy zamiast hantla mają w ręce portfel. Widać to doskonale na przykładzie najbardziej znanych trenerek fitness. W ich przypadku początkowa fascynacja dość szybko zmieniła się w pytania: a po co to robi? Ile na tym zarabia? Kto ją sponsoruje? Wówczas nie było już odwrotu – jakakolwiek odpowiedź by padła, wiadomo było, że to nie trenerka, ale bizneswoman i wszystkich nas robi w balona. Nabrało to kuriozalnych form, gdy zaczęto się doszukiwać konfliktów pomiędzy trenerkami, które podobno biją się o nasze pieniądze i szczerze się nienawidzą.

A co z biegaczami? Nie lepsi! To już nie są te same osoby, które w starych dresach truchtały wieczorem po osiedlowych uliczkach. Dzisiejszy biegacz to kolekcjoner maratonów i nadęty chwalipięta, który każdego zamęczy opowieściami o kolejnych treningach. Masz lekką nadwagę i do pracy dojeżdżasz firmowym autem? Tylko poczekaj, aż spotka cię przenikliwy wzrok firmowego supermana, który w strugach deszczu jechał do pracy wypasionym rowerem, bo za miesiąc startuje w kolejnym triatlonie. Media zupełnie przekręciły dotychczasowy podział na tych, którzy w końcu wzięli się za siebie i dbają o zdrowie oraz tych, którzy wciąż siedzą przed komputerem. Powstał nowy podział – Polacy wysportowani, którzy samym swoim jestestwem dyskryminują resztę rodaków.

Obecnie zdrowy styl życia nie jest już rozpatrywany jako droga do poprawy swojego samopoczucia, ale jako karta przetargowa w rozmowach o pracę. Chcesz dostać dobrą posadę? Musisz mieć na koncie przynajmniej maraton i stosować dietę paleo. Jeżeli masz oponkę i od czasu do czasu sięgniesz po pizzę – jesteś stracony.

Sukces przyciąga nie tylko przyjaciół, ale i wrogów

Jak się do tego wszystkiego odnieść? Na początku, gdy zacząłem zauważać tę zmianę postrzegania sportowców-amatorów, byłem oczywiście zły. Nie rozumiałem, dlaczego ludzi, którzy powinni stanowić wzór, zaczyna się odbierać jako zwykłych bufonów, zarozumialców, narcyzów. W końcu jednak doszedłem do tego, że to (niestety) dość często spotykana reakcja na cudzy sukces. Gdy zaczyna nam się powodzić, wokół pojawiają się nie tylko przyjaciele, ale i wrogowie, którzy zrobią wszystko, by zmieszać nas z błotem. Gdy sportowcy zostali wzięci na warsztat przez wielki biznes, ich także zaczęto utożsamiać wyłącznie z pieniędzmi. Gdy wśród nas pojawili się tacy, którzy trenują nie dla siebie, ale na popis, zrównano ich z całą resztą i śmiało odtrąbiono, że jedyne czym biegacz może się pochwalić to liczba odcisków i kilometrów na Endomondo.

Proponuję więc, byśmy przyjęli wspólną taktykę wobec tej sytuacji. Nasze zadanie będzie proste, bo jedyne, co musimy zrobić, to trwać w tym, co sprawia nam przyjemność.  Robić swoje, choćby inni patrzyli na nas krzywo, bo to my – dbając o własne zdrowie i samopoczucie – mamy w tym przypadku rację i nikt nam jej nie odbierze. Wychodźmy na kolejne treningi, nie bójmy się pokazać innym, ile radości przynosi nam sport i udowadniajmy na każdym kroku, że choć biznes odejdzie i moda się skończy, to my pozostaniemy sobą – pozostaniemy sportowcami.