„I jak tu nie biegać” Beata Sadowska – rozmowa na temat książki

Niedawno wziąłem do ręki nową książkę Beaty Sadowskiej pod jednoznacznym tytułem „I jak tu nie biegać?”. Muszę przyznać, że już od samego początku zrobiła na mnie dobre wrażenie. Lekka pozytywna okładka, do tego zaokrąglone rogi – bardzo ciekawe rozwiązania stylistyczne! Aż sama zaprasza do otworzenia i czytania. Zresztą po pierwszych kilkudziesięciu stronach jestem bardzo wciągnięty. Bardzo czytelna czcionka, dużo ilustracji i jednocześnie tekst pisany z iskrą prawdziwego pasjonata!

Jak było u Ciebie po pierwszych stronach lektury?

Gosia Nowak: Hej! Jestem tak zalatana, że nie mam na nic czasu. Jest 6:00, właśnie wstałam na poranny trening, bo potem biegnę do pracy… ale ładna dziś pogoda, piękny dzień się zapowiada. Ale ok. Wygospodarowałam ten moment, bo w końcu dyskusja z Tobą to przyjemność, a o bieganiu w szczególności. Jem chleb z dżemem wiśniowym, popijam kawą i z jedną skarpetką na stopie – czytam.

(…) Za mało jeszcze tych stron, ale książka napisana lekko, tak płynie. Do porannej, przedbiegowej kawy idealna. Jest tam wzmianka o pewnej długiej prostej, nielubianej przez maratończyków – właśnie na nią wychodzę. Fajne uczucie! Nie wiedziałam, że pani Beata trenowała lekkoatletykę. Kilka razy spotkałam ją na trasie i kojarzę z miłości do biegów. Ok, lecę. Będę czytała dalej w metrze.

Oj mało czasu, miłego dnia!

- Wystartuj -

Grzegorz: No cześć! Ja przebrnąłem już przez mniej więcej jedną trzecią książki. Łatwo się czyta. Dużo biegowej inspiracji i pasji, która aż wylewa się na każdej stronie. Myślę, że dla początkującego biegacza pozycja jest rewelacyjna – pokazująca bieganie jako sposób na niemalże… wszystko! I tutaj chodzi mi zarówno o kwestie poruszane przez Sadowską, jak i jej trenera Kubę Wiśniewskiego, który pisze mądre rzeczy. Z drugiej strony przez te pierwsze sto stron cały czas mam wrażenie, że trochę brakuje zróżnicowania. Do tego zdjęcia nie zawsze są dobrze dobrane do aktualnie opisywanej historii albo przygody…

Gosia: Mnie zostało w głowie hasło najstarszego maratończyka świata Tornada w turbanie – „Zen jest dla wszystkich, ale nie dla każdego”, co w książce znalazło odniesienie do biegaczy. Każdy ma wybór i każdy może bieganie dopasować pod siebie i pod swoje potrzeby. To jest bardzo ciekawe i to mnie osobiście w bieganiu bardzo fascynuje. Czekam na więcej takich chwil refleksji w tej książce, ale na razie czytam o psie… Hmm…

Muszę chyba określić, z jakim nastawieniem podchodzę do tej książki. Czy traktuję ją jako luźny, hobbystyczny pamiętnik biegającej kobiety, czy raczej mam zamiar szukać w niej porad i wskazówek. Na razie badam, poznaję i staram się w niej odnaleźć.

Gosia: (…) Dzień dobry! Jutro zawody, więc dziś wolne od biegania, ale o dziwo rytuał poranny podobny jak wczoraj. Książka, kawa i śpiew ptaków i rześkie powietrze.

…Czytam. Kolejna ciekawa refleksja „Korzystaj z tego, co masz, albo z tego, co możesz tanio zdobyć. I działaj. To nie sprzęt ma znaczenie, ale jak najlepsza gra na sprzęcie, który już masz. Muzyka jest w Twoich palcach”. Lubię takie wstawki, które zmuszają do własnej analizy i odniesień.

Zastanawiam się, jaki był zamysł tej książki i jaka była myśl przewodnia jej powstawania. Z jednej strony pamiętnik – ok, z drugiej strony wywiad z trenerem przekazującym swoją wiedzę i doświadczenie, a zapewne pojawiający się tu w roli eksperta chroniącego i sprawującego pieczę nad poprawnością udzielanych rad – ok. Z trzeciej strony miks powyższego, bo rady udzielane przez samą autorkę, a które mam wrażenie wstawiane są trochę niepotrzebnie, jakby odstają od luźnej i swobodnej opowieści.

Opcja wspomnieniowa najbardziej mi się podoba. Opisy maratonów z całego świata, bycie na starcie, trasie, mecie razem z p. Beatą, przeżywanie wzlotów, upadków, radości i walki. Te chwile zdecydowanie bardziej przybliżają mnie i budzą sympatię niż wstawki o tym „jak zacząć biegać”.

Ciekawa jestem czy też odnosisz takie wrażenie?

Gosia: (…) Jadę metrem. Czytam dalej. Wciągnęło mnie! Właśnie dlatego, że przenoszę się w znajomy, ale i obcy świat. Tokio, NY, Wenecja – wszędzie biegają, wszyscy biegają, chcę z nimi! Wysiądę z metra i będę biegła obok hehe! Poderwało mnie, chcę doświadczyć uczucia, gdy na dzień po maratonie medal na mojej szyi jest symbolem jedności z innymi finiszerami…

Grzegorz Więcław: Wiesz co, przebrnąłem przez prawie całą książkę i muszę przyznać, że mam mieszane uczucia. Z jednej strony jest dużo w tej książce dobrej energii i inspiracji biegowych… a z drugiej, między nami, bardziej doświadczony biegacz nie wyniesie z niej nic nowego ani konkretnego. Fakt – lekko się czyta, bo jest mnóstwo zdjęć, a litery są wydrukowane w przystępnej dla oka czcionce. Jednak zastanawiam się, ile jest w tej książce prawdziwej treści? Jeśliby tak ścisnąć tę książkę jak cytrynę i wydusić to, co najważniejsze, to szczerze, chyba niewiele by z tego zostało, hm? Dialog z Kubą Wiśniewskim na początku wydawał mi się ciekawym zabiegiem, ale przede wszystkim dla początkujących. Potem mnie trochę nudził i mało spójnie spinał poszczególne części książki. Natomiast dużo „motywacyjnego szumu” wokół tematu biegowego może przede wszystkim rozkręcić tych, którzy dopiero zaczynając przygodę z bieganiem oraz … kobiety! To mi się chyba u pani Beaty najbardziej podoba. Jej kobieca perspektywa na bieganie. Myślę, że w bardzo przystępny sposób łamie stereotypy. Książka Sadowskiej może okazać się trafnym prezentem dla Waszej drugiej połówki, która kontempluje rozpoczęcie przygody z bieganiem albo właśnie ją rozpoczęła.

Uważam, że książkę należy traktować bardziej jako pamiętnik osoby z pasją, która opowiada o swojej przygodzie z bieganiem i ma tych doświadczeń już mnóstwo. Wstawki trenerskie traktowałbym jako bonus, choć nie zawsze konieczny. Jeszcze z ciekawszych zabiegów zauważyłem, że w każdym prawym rogu książki tuż przy numerze strony jest figurynka biegaczki. Kartkując strony w szybkim tempie figurynka zaczyna nam biegać niczym na filmie animowanym z lat 20., to naprawdę fajne!

Jeszcze z pozytywów odnośnie samej książki. Bardzo podoba mi się w postawie Sadowskiej  to, że przyznaje się do swoich błędów (na przykład nie uzupełniała treningów biegowych o stabilizacyjne) i skłonności (na przykład aptekarska dokładność czy planowanie), to pozwala się z nią łatwiej utożsamić, zrozumieć że jest biegaczką jak każdy inny na trasie. Mimo tego, że jest dość znaną twarzą, jeździ po świecie i pewnie niczego jej nie brakuje, to ani razu nie pomyślałem o niej, że się wywyższa, chodzi z nosem do góry. To też fajne było.

Gosia: Dawno nie rozmawialiśmy, a widzisz – ja już finiszuję. Pewnie jesteś w grupie osób, które łykają książki za jednym razem, no u mnie sytuacja jest zgoła inna. Popijam je stopniowo i zagryzam nimi dzień – taki rarytasik. Może lekko wymuszony obowiązkami, ale i taka forma posiłku jest dozwolona. Niemniej zmobilizowałeś mnie i ta dam – ku mecie zmierzałam i tu trafiłam. Jest to na pewno i zasługa lekkiej treści, bo zgadzam się z Tobą – książkę p. Beaty czyta się niezwykle płynnie.

Będę jednak powracała do mojego pierwszego wrażenia,  bo pod koniec okazuje się, że ono było słuszne. Moim zdaniem autorka postanowiła napisać książkę o swojej pasji, zbytnio nie mając na nią planu, ale za to wychodząc z założenia, że skoro można o bieganiu mówić w nieskończoność, to na pewno da się i to opisać. Może kilka punktów głównych dało zarys treści, ale reszta to jakby łapanie chwil, które w danym momencie zwizualizowały się w głowie, albo które utrwalone zostały na zdjęciach. Tutaj jednak i one nie są zbyt wylewne, bo aż korci, aby p. Beata sypnęła większą ich ilością. Dużo życia, lata startów, a może po prostu brak galerii? Szkoda, bo ta część na pewno przykułaby i zainteresowała mnie jeszcze bardziej. Zresztą, jak już wspomniałam, te fragmenty najbardziej mnie wciągnęły i mam niedosyt. Z chęcią posłuchałabym więcej o tym, jak wygląda bieganie w innych częściach świata, jakie są rytuały, jakie różnice, mentalność ludzi, organizacja, warunki, itd. Więcej, szerzej. Weszłoby się w ten klimat i biegło nim razem z autorką. Naprawdę czuję chęć spotkania się z p. Beatą i porozmawiania przy kawie o tych wszystkich maratonach. Teraz bowiem oceniam książkę jak niepełne, odrębne rozdziały, które tworzyły się przypadkowo, w przypływie chwili, bo trzeba było je napisać. Te rodzące się ze wspomnień płyną naturalnie, szybko, są pełne emocji, a te które idą ciężej – chyba powstały z pytania „I co tu jeszcze dopisać”.

Wstawki trenera na początku ciekawe – potem chyba zbędne. Podzielam tu Twoje zdanie w zupełności. Brak spójności w pomyśle na książkę. Wspomnienia opisane nie po łepkach, a bardziej esencjonalnie chwytałyby mocniej i przytrzymały na dłużej niż takie skakanie po myślach.

… ostatnio pisałam Ci, że książka wzbudziła we mnie chęć biegania ‘tu i teraz – w metrze”. Od tamtej chwili książka towarzyszyła mi w wolnych chwilach, a nawet przed i po zawodach w ten weekend – Bieg dookoła ZOO w Warszawie, to idealny moment, aby przejść przez kolejne rozdziały. Podobało mi się odczucie, że czytam o jednej z nas. Jako kobieta o kobiecie, biegaczka o biegaczce. Lubi się autorkę, czuje do niej sympatię i odnoszę wrażenie pełnego zrozumienia i więzi w klimatach okołobiegowych. Na starcie dzisiejszych zawodów stanęło sporo kobiet i gdyby zebrać je wszystkie i gdyby porozmawiać ze sobą otwarcie – pewnie każda mogłaby dopisać swój własny rozdział do „I jak tu nie biegać” i co więcej, wszystkie czułybyśmy podobnie. To jest w bieganiu fajne – biegacze rozumieją się bez słów. Uwielbiam ten rodzaj niewerbalnego porozumienia.

Jaki fragment jeszcze utkwił mi w głowie – kolejna refleksja „prawdziwa pasja jest jak cudowna kochanka, kochanek – wybrana sercem, a nie z rozsądku czy wyrachowania”. Szkoda, że zapamiętałam cytaty cytowane przez panią Beatę, a nie jej autorskie słowa. 

i-jak-tu-nie-biegac-beata-sadowska-rozmowa-na-temat-ksiazki-1