Korzystaj wygodnie z naszego serwisu dzięki najnowszej aplikacji mobilnej dostępnej na Twojego Iphone’a i I’Pada!

Zamknij

Przychodzi biegacz do fizjoterapeuty

Przychodzi biegacz do fizjoterapeuty

Przychodzi baba do lekarza, konkretnie do ortopedy. Mówi: Panie doktorze boli mnie kolano.

Doktor pyta: co się stało, od kiedy boli? No i baba zaczyna: bo ja panie doktorze biegam, trochę dużo. Więcej niż rekreacyjnie, ale jednak wciąż po amatorsku. Startuję na różnych dystansach. Podczas ostatniego górskiego crossu zaczęłam odczuwać ból w kolanie. Dokładniej po zewnętrznej stronie. Ból odczuwalny jest tylko w trakcie treningu i krótko po nim. Uniemożliwia bieg, ale po jednym dniu odpoczynku przechodzi i dalej próbuję biegać. Zawsze z tym samym skutkiem. Lekarz pomacał nóżkę, zrobił USG i stwierdził wyraźne przeciążenie wiązadeł. Przepisał serię zabiegów, na które czeka się miesiącami i zalecił zmianę sportu na szachy, bierki… Zrozpaczona baba pyta czy nic naprawdę nie da się zrobić, jakoś uratować kolano? Lekarz wytłumaczył więc, że wiązadło jest tak mocno naruszone, że przy większym wysiłku może dojść do całkowitego zerwania.

Załamana baba grzecznie dziękuje, mimo że złość aż z niej kipi i najchętniej poszłaby się wybiegać, żeby sobie ulżyć… Tak bardzo pokochała bieganie, że nie wyobraża sobie bez niego życia… Poszła do innego lekarza – chirurga. Tu przynajmniej lekarz starał się ją rozumieć, że pasja, cele… ale generalnie nie mógł nic zrobić, jak tylko potwierdzić diagnozę. Złość baby urosła do rangi niewyobrażalnej. Postanowiła być bardziej uparta i wytrwała i szukała innej pomocy. Gdzieś w zwyczajnych codziennych rozmowach znajomy znajomego polecił jeszcze innego znajomego, który jest fizjoterapeutą. No to baba dzwoni, umawia się i przychodzi. Po wizycie wychodzi z uśmiechem na twarzy i nadzieją, że będzie dobrze. Jak to możliwe? Okazuje się, że diabeł tkwi w szczegółach. O te szczegóły zapytałam Pawła Tomalika – fizjoterapeutę z gabinetu Revit, który uratował już niejedno „kolano biegacza”. Zapytałam Pawła, jak to jest, że każdy specjalista inaczej podchodzi do problemu, mimo że jest on jeden niezmienny. Lekarze stopują, fizjoterapeuci dają nadzieję. O co tu chodzi?

P.T.: Świat medycyny jest bardzo złożony. Żeby pacjent został wyleczony, musi trafić w ręce osoby, która posiada wiedzę i umiejętności, które mu pomogą. Z tej przyczyny powstały różne zawody medyczne, które z kolei zostały podzielone na specjalności. Jeżeli pacjent jest kierowany do ortopedy, jego zadaniem jest postawienie diagnozy, czyli stwierdzenie, co dolega pacjentowi. Zazwyczaj potrzeba do tego wywiadu (rozmowy z pacjentem), badania obrazowego (RTG, RM, USG i inne) oraz badania ręcznego, lub za pomocą jakiegoś przyrządu. Jeżeli ortopeda stwierdza, że tkanki wymagają użycia jakiegoś leku, przepisuje go. Jeśli stwierdzi, że potrzebne jest zastosowanie jakiegoś przyrządu, unieruchomienia, zleci jego zakup. Jeżeli dolegliwość pacjenta wymaga leczenia rehabilitacyjnego, pacjent dostaje skierowanie na rehabilitacje. Jeżeli jednak z badania wychodzi, że tkanki mogą być uszkodzone w poważny sposób, to pacjent wymaga konsultacji z lekarzem chirurgiem. Jego zadaniem jest zakwalifikować do operacji (lub zabiegu) lub potwierdzić, że nie ma takiej potrzeby. Niezależnie od tego czy pacjent zostanie zoperowany, czy skierowany do innego leczenia, to duża część pacjentów potrzebuje jakiejś określonej formy rehabilitacji. Moim zdaniem większość pacjentów powinien obsługiwać i konsultować ZESPÓŁ specjalistów.

A.J.: Czyli tak naprawdę nie unikniemy tułaczki po gabinetach?

P.T.: Nie, może skończyć się na diagnozie jednej osoby. Zbyt łatwo wtedy o sytuacje, w której dolegliwość o łagodnych objawach zostaje zlekceważona i okazuje się potem czymś poważnym. Może wystąpić też sytuacja odwrotna, kiedy objawy są duże i niepokojące, a przyczyna jest niegroźna. Mimo to pacjent może być potraktowany niepotrzebnym zabiegiem lub operacją chirurgiczną i ponosi ryzyko potencjalnych powikłań takiego postępowania. Odpowiadając na Twoje pytanie: lekarze, często nie z ich winy, są obciążeni większą ilością pacjentów niż powinni, co nie zapewnia warunków skupienia. Z tej samej przyczyny, nieraz ciężko o błyskawiczną konsultacje z innymi specjalistami. Fizjoterapeuta też powinien w ten sposób konsultować się z lekarzami, lub przynajmniej dostać od nich wytyczne leczenia. Potem następuje próba leczenia i bardzo szybko okazuję się czy dolegliwości pacjenta zaczynają się cofać, czy trzeba poszukać pomocy kogoś innego.

Nie każdy lekarz lub fizjoterapeuta ma umiejętności, żeby leczyć każdą dolegliwość. Leczenia podejmie się zazwyczaj ten, kto spotkał się z określonym przypadkiem i ma pomysł na leczenie.

A.J.: To by miało sens. Ale rodzajów kontuzji mamy sporo i skąd mamy wiedzieć, który lekarz jest w stanie nam pomóc? Lepiej chyba w takim razie szukać z polecenia osób, które zostały wyleczone. Będzie najrozsądniej. Ale nurtuje mnie jedna rzecz. Skoro jest nas aż tylu pacjentów, z tyloma kontuzjami… skąd to się bierze? Co robimy nie tak, że wpędzamy się tak często w urazy?

P.T.: Oczywiście w pierwszej kolejności należy podzielić urazy, bo nie wszystkie są wynikiem zaniedbania treningowego. Na przykład urazy mechaniczne, takie jak skręcenia, zwichnięcia, złamania, naderwania i zerwania mięśni - są to urazy powstałe głównie w wyniku nieostrożności, używania złego obuwia lub po prostu przy pokonywaniu trudnego terenu w złych warunkach pogodowych. Są to dosyć powszechne sprawy, z którymi spotyka się każdy sportowiec i postępowanie jest zazwyczaj podobne: unieruchomienie, jeśli istnieje konieczność to operacja, lub zabieg, jeśli nie – wstępne wygojenie, pozbycie się obrzęku lub krwiaka, rehabilitacja, wzmacnianie uszkodzonych tkanek, stabilizacja danego rejonu ciała i stopniowy powrót do sportu. W łagodniejszych przypadkach można sobie poradzić bez rehabilitacji, chociaż to zazwyczaj wydłuża powrót do sportu i powoduje, że możemy mieć szybko podobny uraz (np. w przypadku skręcenia kostki , gdzie często błędnie jedynym proponowanym leczeniem jest unieruchomienie, a potem czekanie, aż przestanie boleć, często dochodzi do nawykowego skręcania przy byle „okazji” i może stanowić duży problem przy dochodzeniu do maksymalnej formy zawodnika. Wtedy mówimy, że staw jest niestabilny i został pominięty etap treningu stabilizacji uszkodzonego stawu). To, co stanowi największy problem biegacza, ale i każdego innego sportowca, to to co nazywamy bólem z „przeciążenia”, czyli bez urazu. Po prostu  w którymś momencie nie możemy biec dalej, albo w ogóle trenować, bo np. po kilku kilometrach biegu zaczyna nas coś boleć. Większość sportowców powie wtedy, że „przeciążyła” nogę, albo gdzieś źle ją postawiła. Wstępne badania nie wykażą nic, czyli pacjent jest zdrowy i nie wymaga leczenia. To, co czuje, nazwie pewnie po swojemu: „nerwoból”, „przeciążenie”, „lekkie” zwichnięcie lub „naciągnięcie”.

A.J.: I tu jest chyba całe sedno problemu. Może lekarz odesłał przysłowiową babę, bo nic nie widział przy badaniu, mimo że ta uważa, że ją boli…

P.T.: Prawda jest taka, że najczęściej są to dolegliwości biorące się z bardzo subtelnych zmian w tak zwanej „statyce miednicy” czyli niesymetrycznej pracy naszej miednicy, złej pracy stopy, która przenosi więcej obciążenia na pozostałe stawy niż powinna, lub pogorszenia biomechaniki działania kręgosłupa, co ma wpływ na jakość wysyłanych przez niego sygnałów nerwowych do odległych części naszego ciała. Istnieje też inna forma przenoszenia informacji w naszym ciele, polegająca na zmianie napięć w układzie powięziowym. Większość ludzi o tym nie wie, ale układ ten integruje całe ciało, ale może powodować też, że dysfunkcja barku może wywołać ból w pięcie. Są to dosyć skomplikowane sprawy, ale istnieje sposób na zbadanie i wyleczenie takich dolegliwości, jak m.in. przy pomocy terapii manualnej.

A.J.: Brzmi bardzo skomplikowanie. Ten mechanizm można porównać do gry w domino. Jeden klocek/element odpowiada za kolejny i pociąga za sobą całą resztę. Nasz organizm poprzez ból sygnalizuje nam, że coś jest nie tak. Jak zatem poprawić jego funkcjonowanie? Na czym polega tego typu terapia?

P.T.: Leczenie można ująć w następującym schemacie: Przy pierwszym spotkaniu pacjent określa na tyle ile potrafi jego problem, oraz ustalamy test kontrolny, czyli czynność, która wywołuje objaw (ból, uczucie niestabilności i inne), jeżeli ból pojawia się w jakimś zakresie danego ruchu, mierzymy w jakim. Badamy bolesne miejsce i określamy typ urazu. W zależności od tego, jaka to tkanka i miejsce - stosujemy kilka najbardziej odpowiednich technik mobilizacji, wzmacniania, lub rozluźniania danego miejsca. Później poddajemy je różnego rodzaju ćwiczeniom, mającym na celu stopniowy powrót do poprzedniej formy, opracowywanej partii ciała. Na koniec opracowujemy kilka ćwiczeń autoterapii, czyli ćwiczeń domowych, bo spotkanie z fizjoterapeutą to zazwyczaj ok. 45 minut do godziny, resztę pracy pacjent musi wykonać sam. Na koniec często oklejamy pacjenta przy pomocy taśm Kinesiotaping, żeby utrwalić efekty terapii oraz zabezpieczyć uraz. Kiedy spotkamy się następnym razem, sprawdzimy test kontrolny, żeby upewnić się, że mamy postępy i dolegliwości są mniejsze. Terapię dostosowujemy zawsze do obecnego stanu urazu. I w ten sposób próbujemy zapewnić sportowcowi jak najszybszy, satysfakcjonujący powrót do ukochanej dyscypliny.

A.J.: Bardzo obiecujące. Jak długo trwa taka terapia?

P.T.: Nie da się tego określić w czasie. Każdy przypadek jest inny. Każdy organizm inaczej reaguje. Czasem kończy się na 1, 2 spotkaniach, ale w bardziej skomplikowanych przypadkach musimy mieć świadomość, że sesji terapii może być o wiele więcej i trzeba się uzbroić w cierpliwość. Im dłużej pacjent zapracowywał sobie na swój obecny stan zdrowia, tym większej może wymagać pomocy.

A.J.: No tak, a my niecierpliwi przebieramy nogami, żeby w końcu ruszyć w trasę, zamiast poczekać… i stąd krótka droga do przedłużenia kontuzji! Na koniec jeszcze mam pytanie. Może uda się rozwiać wątpliwości na temat rozciągania. Jedni uważają, że to niepotrzebne, a jeszcze inni, że to obowiązek. Jak do tego podejść? Jak to wygląda od strony fizjoterapii?

P.T.: Teorie na ten temat są różne. Praktycznym rozwiązaniem tego pytania zawsze jest obserwacja własnego ciała. Są sportowcy, którzy jeśli nie zrobią godzinnej rozgrzewki, nie będą czuli się na siłach, żeby wziąć udział w zawodach. Są tacy, którzy nie rozgrzewają się prawie wcale i osiągają najlepsze wyniki. Z mojego doświadczenia wynika, że nie tyle rozciąganie jest ważne, co ogólne rozgrzanie całego ciała, podniesienie tętna, żeby nie zaczynać wysiłku „na zimno”, bo wtedy ani nasze ciało, ani nasz umysł nie są gotowe i odczuwają pewnego rodzaju szok, będąc zmuszone do nagłej ciężkiej pracy. Co do samego rozciągania, to jest to dobry sposób na regenerację i poprawę jakości działania przeciążonych mięśni po wysiłku, więc na pewno jest przydatne. Z perspektywy pracy fizjoterapeuty wygląda to tak: jeśli trafia do nas pacjent z bólem, bardzo często okazuje się, że częściową winę za pochodzenie bólu ponosi zbyt wydłużona lub zbyt skrócona grupa mięśni, co powoduje na przykład określoną wadę postawy i skłonność do zbyt dużego obciążania niektórych stawów. Wtedy zalecamy pacjentowi, które partie ciała rozciągać, a które wzmacniać. Bardzo często obserwujemy osoby, które lubią rozciągać jakąś określoną partię ciała, która już i tak jest w zbyt dużym stopniu rozciągnięta. Powinny wiedzieć, do jakiego stopnia takie rozciągnięcie w ogóle ma sens. Każde ciało jest inne i nie każdemu przydaje się taki sam tryb treningowy jak większości osób. Jeżeli nie robimy postępów, doświadczamy urazów i bólu, trzeba pamiętać, że zawsze jest jakaś konkretna tego przyczyna.

A.J.: Czyli tak, jak w życiu. Każdy z nas jest inny i ma inne potrzeby. Do wszystkiego trzeba podchodzić indywidualnie. Może po tych słowach nie jeden kontuzjowany, który stracił nadzieję, odzyska ją i przekona się, że wszystko da się zrobić. Trzeba tylko podejść do tego na spokojnie i oddać się w dobre ręce.

Ślicznie dziękuję za ciekawą rozmowę, a w razie kłopotów – zapraszam do gabinetów fizjoterapeutów.

Rozmowa przeprowadzona z Pawłem Tomalikiem z gabinetu Revit – Rehabilitacja Paweł Tomalik.

Zamknij