Jak biegają w Londynie?

0
18

Biegają dosłownie wszędzie, o każdej porze dnia, ale też i w nocy! Wychodząc do pracy, zakładają sportowe ciuchy, a robocze ubrania wciskają do plecaków. Powolni, ociężali, melancholijni i flegmatyczni? Na pewno nie podczas joggingu! Biegają na przekór metryce. Pewnie zastanawiacie się, skąd pochodzi ten sportowy obrazek. Nie mamy zamiaru trzymać Was dłużej w niepewności! I spieszymy donieść, że to właśnie w Wielkiej Brytanii, a dokładnie w Londynie dzieją się takie biegowe cuda! Przy popularnym Big Benie, w Greenwich, w City i ekskluzywnej  Belgravii, na Tower Bridge też! Hyde Park dla nich, to tak jak dla nas warszawskie Złote Tarasy. Z taką różnicą, że my tłumnie kupujemy i konsumujemy, a oni po prostu biegają! Jak? Specjalnie dla Was specjalny raport o londyńskim bieganiu!

Dobry start w Londynie

Bieganie jest dla mnie pożytecznym ćwiczeniem, a jednocześnie pożyteczną metaforą. Biegając dzień po dniu, biorąc udział w kolejnych wyścigach, stawiam sobie poprzeczkę coraz wyżej, a żeby ją przeskoczyć, muszę nad sobą pracować sam siebie ulepszyć… – Haruki Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu, Wydawnictwo Muza 2010.

I wydaje się, że z takiego właśnie założenia wychodzi wielu angielskich biegaczy, którzy czerpią ogromną radość z joggingu. Truchtają, bo obce im jest poczucie wstydu, bo chcą być piękni i wolni!

Przygotowując ten artykuł, szukając inspiracji i możliwych źródeł informacji, postanowiłem przefiltrować kontakty w telefonie i odświeżyć znajomości, które z różnych powodów pogrzebał czas. A że ten jest na wagę złota, nie zwlekałem i umówiłem się ze znajomą, która właśnie w Londynie rozpoczęła swoją biegową przygodę. Zdradzę Wam od razu, że Ola może dziś pochwalić się wieloma medalami zdobytymi na przeróżnych zawodach. Ma też na swoim koncie udział w kilku popularnych maratonach. Początki odkrywania tej wielkiej pasji, jaką jest dla niej bez wątpienia bieganie, nie były jednak takie łatwe i przyjemne…

Pamiętasz, zaraz po maturze wyjechałam do Londynu. Zupełnie nie miałam pomysłu na siebie, nie wiedziałam, co chcę dalej zrobić ze swoim życiem. Pewna byłam tylko tego, że nie chcę iść na studia. Marzyła mi się Anglia i po prostu uciekłam… W Londynie znalazłam pracę, oczywiście fizyczną i mało ambitną, ale dosyć dobrze płatną. Doskwierała mi jednak samotność. Odczuwałam dziwną pustkę, z którą w żaden sposób nie umiałam sobie poradzić.

Aż pewnego dnia zmęczona po pracy postanowiłam wyjść na krótki spacer. I wtedy zobaczyłam coś, co mnie zaczęło ożywiać, coś, co było kolorowe i w dodatku stale się zmieniało, przemieszczało. To był świat biegaczy, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia…

Rozmawiam z wieloma biegaczami i można powiedzieć, że łączy ich ta sama droga, która wiedzie od samotności i pustki do wielkiej pasji oraz zaangażowania. Bo bieganie to nie tylko sport, to przecież też podróż w głąb siebie, która odsłania nasze prawdziwe potrzeby i pragnienia. I taka też była droga Oli…

Na początku ta miłość do biegania była tylko platoniczna – nieśmiała, cicha, zlękniona… Codziennie po pracy wychodziłam do parku, siadałam na ławce (miałam ze sobą fachową literaturę przeznaczoną oczywiście dla amatorów joggingu) i obserwowałam tych wysportowanych i barwnych Londyńczyków, którzy nieustannie przebiegali przed moimi oczami. Nazywałam ich kolorowymi ptakami. Zresztą nie tylko w parku ich spotykałam. Już jak wracałam z pracy, omijali mnie na przystanku autobusowym. Przebiegali nawet przez jedno z centrów handlowych, gdy robiłam zakupy. Byli i są dosłownie wszędzie. Nie przejmują się tym, że pada, niestraszny jest im ziąb i porywisty wiatr. Bez względu na wiek i porę roku, oni muszą po prostu biegać, bo tak wygląda ich życie…

U nas, mimo (o)biegowej opinii, że ten sport jest cudowny i  wyznacza nowy styl życia, wciąż brakuje nam motywacji, ale co najistotniejsze: samoakceptacji i większego dystansu do tego, co robimy, a przecież bez tego tak trudno prawdziwie pokochać to bieganie…

Myślisz, że czułabym się komfortowo i swobodnie, zakładając szorty i biegając np. po warszawskiej starówce? Oczywiście, że nie! Spotkało mnie wielkie szczęście, bo swój niekończący się romans z bieganiem rozpoczęłam w Londynie, a jest to bez wątpienia miasto, które uczy miłości przede wszystkim do siebie samego. Tam nikt nie zwraca uwagi na to, jak zareagują i „co powiedzą inni  ludzie”. Tam jest zupełnie inna kultura biegowa, inna mentalność, która stawia przede wszystkim człowieka na pierwszym miejscu, który nie wstydzi się biegać, który nie wstydzi się pokonywać własne słabości, który może swobodnie i bez żadnych przeszkód mierzyć się ze sobą… Polakom tego niestety jeszcze brakuje…

Myślicie, że faktycznie tak jest? Pamiętacie swój pierwszy bieg? Jak wyglądał? Też wstydziliście się wyjść na ulicę? Też czuliście się karykaturalnie, biegnąć wśród ludzi, którzy np. wyszli z autobusu? Czy to faktycznie nasz narodowy kompleks?

Psychologowie przyznają, że ten „pierwszy raz” niezależnie od tego, czy zaczynamy swoją przygodę z bieganiem, czy też z innym sportem, zawsze będzie wiązał się z pewnego rodzaju stresem, lękiem, poczuciem dyskomfortu, zakłopotania, ale i wyobcowania. Dzieje się tak, bo wkraczamy w świat, który dotąd był nam nieznany. Często boimy się, że po prostu nie podołamy, nie przeskoczymy poprzeczki, którą sami sobie postawiliśmy. A łatwiej jest mierzyć się z własnymi słabościami, gdy wokół są ludzie, którzy mają dokładnie te same problemy. I tak jest właśnie z tym bieganiem w Londynie. Początkujący biegacz może liczyć na większe wsparcie, na prawdziwy doping, na wspólną walkę z przeszkodami i kompleksami, które przecież ma każdy z nas.

Od Oli dowiedziałem się, że Londyńczycy są bardzo zdyscyplinowani, jeśli chodzi o podejście do biegania. Dla nich nie ma złej pogody, może być tylko nieodpowiednia odzież. Zwracają więc uwagę na to, w czym biegają, bo od tego przecież zależy, jakie uda im się osiągnąć rezultaty. Ubranie ma być przede wszystkim wygodne, nie musi być efektowne i modne. Są bardzo zdeterminowani, uparcie dążą do celu, dlatego nie przeszkadzają im korki w centrum, gdy pokonują trasę swojego biegu. Niestrudzenie z plecaczkami przedzierają się przez tłumy w okolicach Tower, mkną przez zatłoczone Farringdon i London Eye, by dostać się do Hyde Park Corner. Patrząc na tych biegaczy, których cechuje olbrzymie samozaparcie, ma się wrażenie, że i sama Królowa Elżbieta truchta w okolicach swojej posiadłości.

Musiało minąć trochę czasu, zanim odważyłam się zrobić swój pierwszy krok biegowy. Tak naprawdę pomógł mi kolega z pracy – Matt, który jest rodowitym Londyńczykiem, no i oczywiście zapalonym biegaczem. Pewnego dnia wypalił, tłumacząc na polski coś takiego: „Ol  (tak się do mnie zwracał), tyle gadasz o tym bieganiu, a nic z tym nie robisz, dlaczego? Dzisiaj po pracy zabieram Cię na Oxford Street. Tam kupimy Ci dobre ciuchy i jakieś fajne buty, żebyś miała w czym biegać. Niedługo masz urodziny, więc nie martw się o pieniądze, będzie to prezent ode mnie.” I jeśli pamięć mnie nie myli, to właśnie w Bond Street kupiliśmy wszystkie potrzebne rzeczy. Muszę Ci powiedzieć, że w ogóle w Anglii bardzo popularne są sklepy z markową odzieżą i akcesoriami sportowymi i wcale nie jest tak drogo jak w Polsce, oczywiście biorąc pod uwagę tamtejsze zarobki. Może zakupy w tych sklepach nie kosztują tak dużo, bo po pierwsze: jest większy wybór, łatwiejszy dostęp, a po drugie: w Londynie powszechne stają się takie zakupy, bo tam wychodzi się z założenia, że nawet początkujący biegacz powinien być wyposażony w profesjonalną odzież. U nas nie przywiązuje się do tego aż takiej wagi (kupujemy w tanich dyskontach albo z promocji w Decathlonie), chociaż zaczyna się to wyraźnie zmieniać i bardzo dobrze!

Profesjonalna odzież jednak nie wystarczy, jeśli brakuje motywacji do treningu. Ola bardzo chciała zacząć biegać, jednak miała w sobie barierę, której nie potrafiła sama pokonać. Wspomina, że czuła się dziwnie i karykaturalnie, gdy założyła sportowe ciuchy i wyszła z Mattem do Regent’s Parku, by rozpocząć swój pierwszy biegowy trening.

Pamiętam, że miałam wiele obaw, ale dzięki obecności Matta poczułam się pewniej. To on mi właśnie uzmysłowił, że powinnam być dumna z tego, że biegnę. Byłam na początku mocno skonsternowana. Miałam wrażenie, że wszyscy się na mnie patrzą. Gdybym zaczynała w Polsce, bez Matta, pewnie poddałabym się szybko i wróciła do domu. W Londynie jednak było inaczej. Kumpel przekonał mnie, że inni mogą mnie tylko podziwiać, doceniać samozaparcie. ”Ty ich możesz tylko i wyłącznie zawstydzić! Nie myśl teraz o tym, że inni są lepsi, to takie Wasze – polskie. Uwierz, że to Ty odnosisz zwycięstwo, bo masz na sobie buty biegowe, bo w końcu odważyłaś się i dajesz z siebie wszystko! Nie można odkładać życia, nie można żyć tylko i wyłącznie samymi obietnicami, trzeba je w końcu wdrożyć w życie! I tobie się udało!” I chociaż dyszałam, sapałam, traciłam oddech i  miałam wrażenie, że podczas tego heroicznego wysiłku zgubiłam gdzieś płuca, to utwierdziłam się w przekonaniu, że chcę podjąć to wyzwanie, że chcę walczyć, bo sukces zależy tylko i wyłącznie ode mnie! Pętla miała chyba ok. 5 kilometrów. Pamiętam, że park był ciekawie położony. Na pewno było jeziorko, jakiś mostek, delikatnie wzniesienie. A co ciekawe Regent’s Park zamknięty był dla rowerzystów. Ale nic dziwnego, bo moglibyśmy się pozabijać.

Londyński maraton życia

Ola w Londynie mieszkała ponad dwa lata, w tym czasie udało się jej mocno rozwinąć biegowe skrzydła. Trenowała pod czujnym okiem najlepszego przyjaciela – Matta i dzięki determinacji i samozaparciu pobiegła nawet w kilku sportowych imprezach (m.in. Race For Life – bieg na 5 km). Odkryła w sobie wielką pasję i zaczęła marzyć o maratonie….

Była wniebowzięta, gdy w marcu zeszłego roku odebrała telefon od Matta i usłyszała: Szykuj się powoli, w kwietniu będziemy kibicować na London Marathon! Zapraszam Cię!

Był organizowany po raz 34. i oczywiście zgromadził tysiące zapaleńców z całego świata. Ten maraton to już  prawdziwa tradycja, ale przede wszystkim potężna dawka emocji. Trasa maratonu ciągnie się wzdłuż Tamizy, a miłośnicy biegania mają okazję podziwiać największe i najbardziej popularne atrakcje turystyczne takie jak London Eye, Tower Bridge czy budynek parlamentu. Warto podkreślić, ze co roku w biegu startuje wielu Polaków. Bez wątpienia są to bardzo popularne zawody, dlatego ciężko jest się na nie dostać. Bywa, że czeka się w długiej kolejce nawet 4 lata.

Co roku jednak przybywa tych, którym marzy się londyński maraton. Proces rekrutacji jest jednak bardzo skomplikowany. Owszem, do Londynu można się dostać za kilkadziesiąt euro, ale co potem? Okazuje się, ze sposobów jest kilka.

Chcesz wystartować w największej imprezie biegowej na Wyspach? Zawsze możesz wybrać udział w losowaniu. Zapisujesz się na bieg, wpłacasz określoną opłatę manipulacyjną i dzięki temu masz szansę na wylosowanie numeru startowego. Niestety, musisz wiedzieć, że nie jesteś sam, oprócz Ciebie 100 tysięcy innych biegaczy, a zaledwie kilkanaście procent biletów do rozlosowania.

Jest duże prawdopodobieństwo, że ta metoda nie zapewni Ci wymarzonego miejsca startowego. Nie wszystko jednak stracone. Wytrwale trenujesz? Bijesz swoje rekordy życiowe? Udało Ci się osiągnąć wyśmienity wynik na atestowanej trasie? Nie zwlekaj i prześlij organizatorom swoje zgłoszenie. Weź jednak pod uwagę to, że tylko kilka procent aplikacji zostaje wyłonionych. Możesz też zgłosić się do biura podróży, które pośredniczy w sprzedaży biletów. Koszt jest jednak ogromny.

Wydaje Ci się, że wszystkie pomysły się już wyczerpały? Nic podobnego! Okazuje się, że zgłoszenie się do fundacji może zapewnić start w wymarzonym maratonie! O co tak naprawdę chodzi?

Zapisujesz się do wybranej przez Ciebie akcji charytatywnej, dla której gromadzisz swoje oszczędności, w zamian za to masz spore szanse na otrzymanie numeru startowego. Okazuje się, że tego rodzaju akcje zapewniają najwięcej wejściówek na maraton! Musisz więc uzbierać jak najwięcej pieniędzy dla wybranej fundacji (warto w zbiórkę zaangażować też rodzinę i znajomych). Musicie wiedzieć, że co roku Londyn ogarnia szał pozyskiwania funduszy. Tak samo jest w przypadku największego maratonu na świecie – The ING New York City Maraton. W ten sam sposób przyznaje się numery startowe. Jeśli więc marzą Ci się tego rodzaju biegowe uczty i spektakularne imprezy, koniecznie zajrzyj na strony internetowe organizacji, które patronują tym przedsięwzięciom. Warto wiedzieć, że maraton w Londynie ma nowego sponsora – firmę Virgin, która bardzo mocno wspiera akcje charytatywne, angażując się w tego typu inicjatywy. Wystarczy wejść na stronę: www.uk.virginmoneygiving.com.

Kiedy wystartowali, pomyślałam sobie: „też chcę!”, jednak szybko doszłam do wniosku, że kibicowanie w Londynie jest niesamowite, po prostu fantastyczne! Emocje sięgają zenitu, to prawdziwa euforia, szczególnie gdy widzi się pędzącą elitę. Ja w takim tempie nie pokonałabym chyba stu metrów! A oni pędzą, niczym błyskawice, aż do samej mety! Panuje niesamowita mobilizacja, chodzi przecież o to, żeby wypatrywać „swoich”, by podać im wodę i tuż za zakrętem zaaplikować energetyczny żel. I nieustannie słyszałam: „Dasz radę, jesteś najlepszy, lecisz po życiówkę, musi się udać, kto, jak nie Ty?!” Tam doping jest niesamowity, po prostu rewelacyjny! Marzę o tym, żeby w Polsce kibicowano podobnie, ale to chyba nierealne? Mam jednak wielką nadzieję, że w końcu przestaniemy się wstydzić!

Dobrze wiecie, że u nas w Polsce jakoś źle kojarzy się wołanie po imieniu i oklaski. A przecież to motywuje zawodników do pokonania 42 km i 195 m, pokrzepia, sprawia, że czują się ważni, nie tylko dla nas, ale i dla samych siebie.

Maraton londyński dobiega końca i pod Pałacem Buckingham biegacze po prostu odrywają się od ziemi. Zmęczenie miesza się ze wzruszeniem, spięte mięśnie, dziwny grymas na twarzy, ale przede wszystkim wielka radość, szczęście, bo wygrana walka ze swoimi słabościami przynosi najpiękniejszą na świecie satysfakcję.

Przynajmniej po to wysilam się każdego dnia, by podnieść wymagania względem siebie… Chodzi o to, czy byłem lepszy niż wczoraj. W biegach długodystansowych jedynym przeciwnikiem, jakiego ma się do pokonania, jesteśmy my sami i to, jacy byliśmy wczoraj – Haruki Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu, Wydawnictwo Muza 2010.

Garść ciekawostek…

  • Czy wiecie, że pierwszy maraton w Londynie odbył się 29 marca 1981 roku? Wówczas 6 255 biegaczy przekroczyło linię startu!
  • Czy wiecie, że pomysłodawcami tej wielkiej imprezy biegowej byli olimpijczyk i dziennikarz  – Chris Brasher i popularny angielski atleta – J. Disley?
  • Czy wiecie, że dzięki londyńskiemu maratonowi zebrano do tej pory aż 500 milionów funtów na cele charytatywne?
  • Czy wiecie, że 13 kwietnia 2014 roku odbył się już 34. London Marathon i biegło w nim ok. 40 tys. osób, wśród których nie zabrakło Polaków? Była to impreza rekordowa, wszak dopisali sportowcy, którzy mogą pochwalić się najlepszymi wynikami w historii biegów (m.in. mistrz świata i mistrz olimpijski, Ugandyjczyk Stephen Kiprotich czy Etiopczyk Tsegaye Kebede – zwycięzca prestiżowej serii World Marathon Majors).
  • Czy wiecie, że na tegorocznym londyńskim maratonie zadebiutował dwukrotny mistrz świata i złoty medalista olimpijski – Mo Farah? Musicie wiedzieć, że Brytyjczyk w ostatnich latach odniósł wiele spektakularnych zwycięstw na długich dystansach (5000 i 10 000 metrów) i jednocześnie poprawił rekord Europy na 1500 metrów.
  • Czy wiecie, że London Marathon 2014 wygrał rekordzista świata, Kenijczyk Wilson Kipsang, osiągając czas 02:04:29? Wśród kobiet triumfowała natomiast jego rodaczka Edna Kiplagat, która pokonała dystans maratonu w czasie 02:20:20.
  • Czy wiecie, że podczas londyńskiego maratonu obowiązuje zasada, że jako pierwsze wypuszczane są osoby na wózkach inwalidzkich, a 5 minut po nich paraolimpijczycy, a dopiero po nich odbywa się masowy start z Greenwich Park?
  • Czy wiecie, że podczas maratonu o zdrowie biegaczy dbają lekarze z St. John Ambulance? To dzięki nim uczestnicy mogą liczyć na wazelinę, która przydaje się na otarcia (uwaga, średnie zużycie to 50 kg!), a także na olejek łagodzący skutki oparzenia słonecznego (200 butelek) i wodę.
  • Czy wiecie, że na tegorocznym maratonie pojawił się również napastnik Liverpoolu i gracz drużyny narodowej Anglii Michael Owen, a także aktorka Natalie Dormer, która widzom znana jest z popularnego serialu Gra o tron? Okazuje się, że dołączył do nich także sławny kucharz Michel Roux. Nie zabrakło też medalisty olimpijskiego w skokach do wody – Toma Daleya.
  • Czy wiecie, że Claire Squires, amatorska biegaczka zemdlała na chwilę przed zakończeniem wyścigu i zmarła, mimo że ratowali ją lekarze? Kobieta biegła, bo chciała wesprzeć wybraną organizację dobroczynną.
  • Czy wiecie, że najstarsi biegacze London Marathon to Kenneth Jones i Jeffrey Gordon? Obaj mają po 78 lat!
  • Czy wiecie, że Londyn to jedyne miasto na świecie, które trzykrotnie organizowało Letnie Igrzyska Olimpijskie (w 1908, 1948 i 2012 roku)?
  • Czy wiecie, że Henryk Szost – polski lekkoatleta, który upodobał sobie biegi długodystansowe, uczestniczył w biegu maratońskim w Londynie  podczas Olimpiady 2012? Osiągnął czas 02:12:28 i zajął 9. miejsce!
  • Czy wiecie, że lekkoatletyka na Letnich Igrzyskach Olimpijskich 2012 w Londynie była największą dyscypliną? Bieg maratoński oraz zawody w chodzie sportowym rozegrane zostały w centrum miasta w rejonie Katedry św. Pawła, Pałacu Buckingham oraz wzdłuż Tamizy.
  • Czy wiecie, że Jamajczyk – Usain Bolt dwukrotnie stanął na podium podczas londyńskiej olimpiady w 2012 roku? Zdobył dwa złote medale: w biegu na 100 i 200 metrów!
  • Czy wiecie, że większość biegowych imprez na terenie Londynu, jak i całej Anglii wiąże się z opłatą wpisową rzędu od 5 do 25 funtów? Oczywiście trzeba pamiętać o tym, że zawody organizowane na większą skalę jeszcze bardziej przyczynią się do zubożenia naszych portfeli. Na tego rodzaju przedsięwzięcia trzeba bowiem przeznaczyć od 20 do nawet 45 funtów (Reading Half Marathon, maraton w Edynburgu, Bupa London Run czy Royal Parks Half Marathon).
  • Czy wiecie, że gwarantowany start w tegorocznym London Marathon można było sobie zapewnić wpłacając ok. 2000 tys. funtów na rzecz wybranej organizacji charytatywnej?
  • Czy wiecie, że na metach większości zawodów biegowych rozgrywanych na terenie Wielkiej Brytanii na biegaczy czekają medale – niezależnie od osiągniętego wyniku, a także słodkie upominki i koszulki?
  • Czy wiecie, że już od kilku lat w Londynie odbywa się jedno z najbardziej kolorowych i oryginalnych wydarzeń biegowych? Mowa o The Color Run – najweselsza impreza biegowa w mieście! A słyszeliście o zawodach w biegu do tyłu? One również odbywają się w brytyjskiej stolicy!
  • Czy wiecie, że Race For Life to jedna z największych imprez charytatywnych w Anglii? Jest to pięciokilometrowy bieg pod hasłem You’ reinvited, w którym uczestniczą tylko panie. Kobiety zbierają pieniądze na walkę z rakiem! (więcej informacji znajdziecie na www.raceforlife.org).
  • Czy wiecie, że Run For All to niesamowita impreza biegowa, której inicjatorem stała się fundacja Jane Tomlinson, byłej atletki – amatorki, zmarłej na raka w 2007 roku? (www.runforall.co.uk)
  • Czy wiecie, że co roku w Staveley w Cumbrii odbywa się Garbun Trail Race, 17-kilometrowy bieg, który zapewnia najpiękniejszą scenerię! Trasa zawodów ciągnie się bowiem przez sielskie pagórki, zielone łąki i malownicze wioski. Najlepsze są jednak nagrody. Na mecie rozpoczyna się szalona impreza z pysznym jedzeniem i rozmaitymi atrakcjami dla najmłodszych biegaczy. Chcecie więcej informacji? Wystukujcie adres www.lakelandtrails.org.

Z mojego punktu widzenia można powiedzieć, że bieganie w Londynie zbawienne jest dla tych, którzy potrzebują zmian w życiu, szukają pasji i inspiracji. Ten angielski świat biegaczy na pewno zmotywuje, zdopinguje i pokrzepi wszystkich tych, którzy jeszcze mają wątpliwości, że bieganie to wspaniała forma spędzania czasu wolnego i aktywność, która hartuje i rozwija. To właśnie w brytyjskiej stolicy można spełnić swoje marzenie o pełnym emocji i wzruszeń maratonie. To tam na wielkich imprezach biegowych można walczyć ze swoimi słabościami, mierzyć się ze sobą i z całym światem. Nie można zakończyć opowieści o londyńskim bieganiu bez wspomnienia o tym, że angielscy miłośnicy joggingu pokazują nam zupełnie inne podejście do tego sportu. Są wyzwoleni, nieskrępowani, obce jest im poczucie wstydu. Czemu tak się dzieje? Bo na Wyspach to truchtanie jest takie naturalne, codzienne, powszechne i normalne, a w Polsce to jeszcze swego rodzaju nowość… Nieprawdaż?