Korzystaj wygodnie z naszego serwisu dzięki najnowszej aplikacji mobilnej dostępnej na Twojego Iphone’a i I’Pada!

Zamknij

Kenijczycy

Kenijczycy

Kenijczycy słyną z zawrotnych prędkości. To takie strusie pędziwiatry tyle, że w ludzkiej postaci. Potrafią pokonać dystans maratonu w czasie 2 godzin z hakiem. Jak oni to robią? Większość z nas zadaje sobie to pytanie. Patrząc na nich, widzimy chudziutkie postacie bez grama tłuszczu. Same mięśnie i kości. Są tak drobni, że można by się pokusić o stwierdzenie, że to wiatr ich rozpędza, a oni fruną z nim aż na metę. To byłoby piękne i myślę, że wszyscy korzystalibyśmy z takich możliwości – gdyby tylko się dało ;) Ale niestety, tak to nie działa. Co w takim razie mają w sobie Kenijczycy, że potrafią osiągać taką prędkość? Na jakichkolwiek zawodach się pojawią, podium jest ich. Część osób może ta sytuacja denerwować, ponieważ, jako bezkonkurencyjni zawodnicy, odbierają możliwość wygranej naszym rodakom. Z drugiej strony ich obecność na starcie przyciąga tłumy. Są pewnego rodzaju atrakcją. Każdy chce się z nimi zmierzyć i na własne oczy zobaczyć, jak biegają. Powstały już na ich temat książki i filmy dokumentalne, a mimo to wciąż nie przestają nas zadziwiać. Są i żarty na ich temat, że od małego wszędzie biegają, uciekają przed lwami i żeby przetrwać muszą być szybcy. W końcu Afryka… miejsce, gdzie wygrywa najsilniejszy, najsprytniejszy i najszybszy. Najsłabszy wypada z gry - prawo dżungli.

Mówi się, że w każdej plotce jest ziarnko prawdy. Postanowiłam sprawdzić to osobiście. Pojechać do nich i poobserwować, jak trenują, co jedzą i dlaczego. Niestety nie do samej Kenii, która bardzo mnie kusi. To prawdziwa mekka biegaczy i z pewnością ją odwiedzę, ale póki co, udało mi się dotrzeć do grupy biegaczy, która obecnie przebywa w Polsce. Dlaczego właśnie tu?  Są oficjalnie zarejestrowani jako Unipes Team Wałbrzych. Mają swojego menagera, który ściąga ich do siebie i pomaga organizować starty w imprezach. Ale… no właśnie, jak to wygląda od środka? Czy każdy Kenijczyk może przylecieć i biegać? Niestety, tak jak u nas, tak i u nich, nie wszyscy mają predyspozycje do szybkiego biegania. W ich przypadku do bardzo szybkiego. Bo faktycznie biegają tam wszyscy. Od najmłodszych lat. Tak jak w tych żartach, tak i w rzeczywistości… od małego wszędzie biegali. Nogi to był i jest ich jedyny transport. Na samochody mogą sobie pozwolić tylko najbogatsi, co jest rzadkością. Dlaczego w takim razie nie wszyscy potrafią osiągnąć idealne wyniki, skoro tyle biegają? Ponieważ ważny jest trening. Konkretny i dopasowany pod daną osobę. Samo bieganie dla biegania, jako forma ruchu nie daje sukcesu. Niestety panuje tam taka mentalność, że jeśli ktoś osiąga sukces, to każdy kto pobiegnie właśnie za taką osobą – również osiągnie sukces. A to nie tak. Każdy ma inne tempo, inny czas regeneracji, inny stopnień wytrenowania, bądź zwyczajnie mówiąc – wybiegania. I tak biegają za tym najmocniejszym zawodnikiem, licząc, że im też się kiedyś uda wybić. Bieganie to dla nich szansa na lepsze życie. Dlatego są zdeterminowani. Nie poddają się nawet na moment. Mają jeden wspólny cel. Chcą się wykazać i zostać zauważonym.

Jakie czynniki decydują o zaproszeniu do drużyny?

Kiedy menager pojawia się w Kenii, chce poznać wszystkich potencjalnych kandydatów na biegaczy. Przeprowadza testy, na podstawie których ocenia, kto jakie ma tempo i wytrzymałość. Muszą pokonać 5 okrążeń stadionu. Zaczynając od tempa spokojniejszego, kończąc na maksymalnym. Najważniejszy jest finisz. Od tego zależy wynik testu. Zdarza się, że w testach bierze udział około 60 osób. Z tego 15 przejdzie testy. Nie mają jednak gwarancji, że już się dostali do drużyny! Część z nich nie potrafi powtórzyć wyniku. Udało im się raz, bo mieli dobry dzień i chęć. Nie oznacza to, że są tacy szybcy za każdym razem. Dlatego z tej piętnastki tak naprawdę zostaje garstka biegaczy. W nich można inwestować, bo jest szansa, że będą wygrywać na zawodach. Nie ma jednak pewności, że wybór był trafny. Dla menagera jest to ryzyko. Zaprasza wybranych biegaczy. Opłaca transport, zapewnia opiekę, noclegi i ogólne warunki utrzymania. A co jeśli któryś z nich się nie sprawdzi? Jeśli taki zawodnik nie staje na podium, to nie zarabia. Nie ma nagrody i jest strata. Ich bieganie różni się od naszego właśnie tym, że my biegamy dla przyjemności i pasji. Kenijczycy traktują to jako szansę na zarobek. A konkurencja rośnie. Takich zawodników jest coraz więcej. Stąd ryzyko przegranej. Żeby wygrać, muszą naprawdę ciężko trenować. To praca, dzięki której za wygraną będą mogli wrócić do domu i żyć lepiej niż dotychczas.

Jak wygląda ich trening?

Grupa biegaczy zbiera się na stadionie. W większości przypadków są to treningi bez trenera. Jak wcześniej wspomniałam, biegną wszyscy razem. Za najlepszym. On wyznacza tempo. Przykładowo, robią 15 okrążeń wokół stadionu w tempie 2:30/km. Nikt nie odpuszcza. Nieważne, że jest ciężko. Mając motywację i nadzieję na wyrwanie się z biedy, są w stanie wytrzymać wiele. Tak naprawdę ciężko określić typ treningu, jaki wykonują. Mike – Kenijczyk, którego poznałam i który właśnie mnie zaprosił, opowiadał, że w Kenii biega dwa razy dziennie. W sumie na dzień wychodzi mu 35 km. I tak przez 6 dni w tygodniu. Przy czym w weekend obowiązkowo najdłuższe wybieganie. Wtedy cała grupa biegaczy wyrusza w teren, by pokonać jednorazowo odcinek 35-38 kilometrów. Jego menager potwierdza, że mogłoby być to możliwe. Najdłuższe wybiegania robią w każdy weekend. W tygodniu przeplatają luźne wybiegania z tzw. tempówkami. Nie mają tam jednak nikogo, kto mógłby to wszystko kontrolować. Wiedzą, że muszą być najlepsi i nie mogą się poddawać. Trening w Kenii jest najważniejszym ze względu na warunki zarówno klimatyczne, jak i terytorialne. Trenując tam są w stanie przygotować organizm na każde warunki. Teren wysokogórski i wysokie temperatury pomagają zbudować odpowiednią wytrzymałość. Podłoże, po którym biegają, jest sypkie i miękkie. Chroni to przed urazami i kontuzjami. Dzięki temu mogą biegać cały czas bez szkody dla organizmu.

Kiedy już uda im dostać się do drużyny, są najszczęśliwsi pod słońcem. Pakują się i przylatują. Grupa, którą poznałam, zatrzymuje się w Wałbrzychu. Jak wygląda ich dzień w Polsce?

Wstają rano, już w okolicach godziny 6. Biegają przez 1,5 godziny – na czczo - luźne wybieganie. Wracają i dopiero jedzą śniadanie, po czym idą spać. Po południu czas na obiad i odpoczynek, by wieczorem znów ruszyć na trening. Tym razem krótszy. Mający na celu podtrzymanie organizmu na wyższych obrotach, ale bez zbędnego wykańczania się. Coś jak lekkie roztrenowanie przed snem. Nim jednak zasną, po takim treningu czas na porządną kolację. Muszą się najeść, by mieć paliwo na poranny trening. I tak codziennie. Trening w Polsce jest dla nich tylko podtrzymaniem formy, którą wypracowali w Kenii. Muszą oszczędzać energię, by w weekend, kiedy wyjeżdżają na zawody, dać z siebie wszystko. Muszą odpowiednio rozkładać siły, by wygrać na największej ilości startów. Tu już przypada rola menagerowi, by ułożyć wyjazdy tak, aby byli wstanie wbiec na podium. Nie sztuką jest wystawić zawodnika na wszelkie dostępne imprezy biegowe i niech wygrywa. Musi umiejętnie kalkulować, gdzie mu się opłaca biec, ile straci sił i ile mu ich zostanie, by wiedzieć, kiedy zaplanować kolejny bieg.

Niestety u nas Kenijczycy zmuszeni są biegać po drogach asfaltowych, chodnikach, a nawet po bruku. Odbija się to negatywnie na ich stawach i dochodzi do urazów, co też musi być wkalkulowane w plan startów. Mimo że są tak wytrenowani, wytrzymali i zdeterminowani – wciąż są tylko ludźmi. Nawet najlepsze baterie potrzebują czasu, by naładować się energią. Nie są w stanie biec cały czas, tak samo efektywnie. Od menagera z Wałbrzycha dowiedziałam się, że wiza sportowa, którą dostają Kenijczycy, pozwala przebywać im w Polsce tylko 90 dni w ciągu roku. Po pierwsze: nie są w stanie biegać przez tyle czasu na najwyższych obrotach. Po drugie: mimo że sezon w pełni, to jednak najlepszym okresem dla maratończyków jest wiosna i jesień. Dlatego czas pobytu rozdzielają i przyjeżdżają tu 2 razy do roku na okres 1,5 miesiąca. Jeden wyjeżdża, drugi przyjeżdża i tak się wymieniają. Każdy ma wtedy szansę się wykazać, nie robiąc sobie przy tym konkurencji. To też jest ważny aspekt. Menager ściąga powiedzmy grupę 3 osobową w jednym czasie. 2 mężczyzn i 1 kobietę. Musi ich tak porozstawiać na zawodach, żeby nie tworzyli sami dla siebie konkurencji. To, że na linii startu pojawi się inny Kenijczyk, jest oczywiście wpisane w ryzyko. W Polsce jest więcej takich drużyn, jak ta z Wałbrzycha. Wtedy jest walka. Ale po co robić rywalizację wewnątrz drużyny? Dlatego rozsądny menager wystawi na jednych zawodach kobietę i mężczyznę, którzy nie stanowią dla siebie zagrożenia. Każdy z nich wygrywa w swojej kategorii. Trzeci Kenijczyk pauzuje i szykuje się do startu choćby na następny dzień. Tym razem sam. W całym kraju mamy bardzo szeroki wybór imprez biegowych i da się to wszystko rozplanować. Choć zdarza się, że przebywając w Polsce, wyjeżdżają na zawody za granicę. Jeżdżą wszędzie, gdzie jest szansa na wysoką wygraną. Po czym wracają do domu i są w stanie pomóc wyżywić wielodzietną rodzinę, zapewnić jej godne życie i co najważniejsze – dać szerszy uśmiech na twarzy, który aż bije szczerością i bezinteresownością.

Zostaje ostatnie pytanie, które wszystkich nurtuje. Na czym polega ich dieta?

Jest bardzo prosta i przede wszystkim NATURALNA! W Kenii ludzie sami wszystko hodują. Ich jedzenie jest wolne od chemii, wszelkich pestycydów, spulchniaczy czy konserwantów. Mleko ma smak mleka. Konkretne, tłuste, prosto od krowy. Warzywa, owoce takie, jak je natura stworzyła. Mięso? Te z kury podobno czuć jeszcze pierzem. Wydaje się mało smaczne… ale za to w pełni wartościowe. W związku z tym zawodnicy nie potrzebują dodatkowej suplementacji odżywczej. Wszystkie witaminy, minerały czy pierwiastki dostarczają do organizmu wraz z pożywieniem. Kiedy zapytałam, co dokładnie jedzą, zaczęli wymieniać warzywa strączkowe, mleko, kaszę manną, ryż, mięso, kukurydzę. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak różnica między ich jedzeniem, a naszym jest naprawdę ogromna. I tu pojawia się lekki kłopot. Kenijczycy przylatując do Polski, nie zabiorą ze sobą jedzenia na cały pobyt. Muszą jeść to, co oferują nasze sklepy. Starają się dobierać najlepsze składniki. Mimo to nie są w stanie zapewnić sobie pełnego odżywienia poprzez samo jedzenie. Są zmuszeni na dodatkową suplementację, by wyrównać w choć minimalnym stopniu poziom homeostazy organizmu. Są to raczej kompleksowe dawki witamin, niż specjalistyczne odżywki. Jednak jest to już dla nich ingerencja z zewnątrz.

Kończąc opowieści na temat jedzenia i sposobu trenowania, zaczęliśmy przygotowania do wspólnego treningu. Szczerze mówiąc był to chyba najważniejszy dla mnie element całego pobytu. Być u nich i nie zorganizować wspólnego biegania, to tak, jakbym miała iść do wesołego miasteczka i nie skorzystać z żadnej karuzeli ;) Ruszyliśmy więc w drogę. Trochę się bałam czy dam radę biec z nimi. Nie jestem biegaczką z najwyższego stopnia podium. Moje obawy okazały się niesłuszne. Pozwolili mi narzucić swoje tempo. Było spokojne. Tylko dlaczego oni są za mną? Początkowo myślałam, że sobie ze mnie żartują i zwyczajnie idą zamiast biec. Ale odwracam się do nich i widzę, że biegną. Przyspieszyliśmy. Raz się żyje, jakoś chyba dam radę… no i tak sobie truchtamy dyskutując przy okazji o tym, jak im się podoba w Polsce. Mówią, że bardzo się podoba. Zarówno kraj, jak i ludzie. To miłe. Co jakiś czas pytali mnie czy daję radę i czy tempo nie jest za mocne. Nie było, ale chyba chciałam, żeby było mocniejsze. Przed nami potężny podbieg. Zaczęliśmy się ścigać pod tą górkę. Dawałam z siebie wszystko. Nie chciałam pokazać, że się męczę. Osiągnęłam chyba największą prędkość, jaką umiałam. Nogi nie nadążały przebierać, a płuca zbuntowały się i już więcej nie chciały biec. Myślałam, że wyzionę ducha! Patrzę na Kenijczyków…a oni z uśmiechami przyglądają mi się, czy przypadkiem za chwilę nie upadnę. Ani trochę się nie zmęczyli. Nawet nie rozwinęli konkretnej prędkości przy mnie. Mając nadzieję, że może tylko mi się wydaje, zapytałam ich czy zmęczyli się choć troszkę. Odpowiedzieli, że.. nic, a nic :) Ale za to pochwalili mnie, że jestem silną kobietą i walczyłam do końca. Z ich ust to bardzo duży komplement. Ucieszyłam się i zapomniałam o zmęczeniu. Po wszystkim wróciliśmy do ich mieszkania, by chwilę odpocząć i się odświeżyć. Przy okazji menager uraczył nas obszerną galerią zdjęć z pobytu w Kenii. Opowiadając przy tym kolejną historię, nie zauważyliśmy, że dwóch Kenijczyków uciekło do kuchni. Dopiero po chwili, gdy w mieszkaniu rozniósł się zapach smażonego tłuszczu, zorientowaliśmy się, że coś tam knują. Długo nie musieliśmy czekać na efekty. Na stole pojawił się kenijski izotonik – herbata parzona na mleku. Biegacze piją to przez cały czas. Było dobre, ale jak dla mnie, za słodkie. W tym momencie menager wyjaśnił nam, że Kenijczycy pochłaniają naprawdę spore ilości cukru. Tygodniowo na jedna osobę idzie aż kilogramowe opakowanie. Osobiście lubię słodkości, ale takiej ilości chyba bym nie przejadła. Za chwilę w pokoju pojawiła się Kenijka z dzbanuszkiem ciepłej wody i garnkiem. Zarówno ja, jak i przyjaciel, z którym przyjechałam, nie mieliśmy pojęcia, po co ten garnuszek. Dopiero menager nam wytłumaczył, że to zwyczaj mycia rąk przed posiłkiem. Nie nad zlewem czy umywalką tylko nad garnkiem z małego dzbanuszka. Grzecznie umyliśmy rączki i czekaliśmy na ciąg dalszy. W tym momencie do pokoju wchodzi Mike z talerzami pełnymi jedzenia. Przygotowali specjalnie dla nas dwa przysmaki, które stosują po ciężkich treningach. Pierwszy to Chapati – przypominało to nasze ciasto na naleśniki. W rzeczywistości były to placki z pszennego ciasta. Te były bardzo słodkie i mocno nasiąknięte tłuszczem. Ale bardzo pyszne. Drugi specjał to był chleb smażony z jajkiem. Forma tostów i jajko sadzone w środku. Tyle, że wszystko było wykonane tak precyzyjnie, że nie było czuć ani grama tłuszczu. Chleb, choć widać, że przyrumieniony, to nie chrupiący. Leciutkie, pożywne i bardzo smaczne jedzenie. Prostota posiłków tak nas zaskoczyła, że nie mogliśmy się nachwalić.

Tak naprawdę wszystko robiło na nas ogromne wrażenie. Atmosfera podczas całego pobytu była tak sympatyczna, że chciałoby się tam zostać dłużej. Niestety czas gonił, a i też nie chcieliśmy nadużywać gościnności. A to trzeba Kenijczykom przyznać. Są bardzo mili, otwarci i do wszystkiego są bardzo przyjaźnie nastawieni. Tego moglibyśmy się od nich nauczyć. Życia z uśmiechem na twarzy, pomimo biedy i problemów, które ich przytłaczają.

Zamknij