Korzystaj wygodnie z naszego serwisu dzięki najnowszej aplikacji mobilnej dostępnej na Twojego Iphone’a i I’Pada!

Zamknij

Janusz Kusociński - prawdziwa polska historia

Janusz Kusociński - prawdziwa polska historia

Ktoś kto choć trochę interesuje się lekką atletyką, ten wie że Janusz Kusociński zdobył złoty medal na Igrzyskach Olimpijskich. Wyniki, rezultaty to zwykle znajdziemy w krótkich sylwetkach sportowców, dlatego spróbuje spojrzeć na osobę znakomitego biegacza w nieco inny sposób.

Przyznam się, że pierwszy raz zainteresowałem się losami Janusza Kusocińskiego w wieku lat 13, gdy wybierałem się do Szkoły Mistrzostwa Sportowego jego imienia mieszczącej się na warszawskich Bielanach przy ulicy Zuga 16. Mało kto może uczęszczać do budynku szkolnego, w którym przebywał i uczył sam patron. Na korytarzach stare zdjęcia, biegnącego i gimnastykującego się mistrza, akademie ku pamięci lekkoatlety, osoba Janusza Kusocińskiego towarzyszyła mi przez wszystkie szkolne lata.

Strzał startera, czyli początek przygody

Popularny „ Kusy” urodził się w Warszawie, lecz niedługo potem jego rodzina przeniosła się do Ołtarzewa nieopodal stolicy, gdzie Kusocińscy zaczęli zajmować się gospodarstwem ogrodniczym. Janusz uczęszczał do szkoły w Warszawie przy ul. Marszałkowskiej, dojeżdżając codziennie koleją. W swoich wspomnieniach przyznawał, że nauka nie była jego mocną stroną, wolał grać w palanta oraz piłkę nożną w Ogrodzie Saskim. Po ukończeniu pierwszego etapu edukacji rodzice zapisali przyszłego mistrza do szkoły ogrodniczej, aby dobrze przygotować go do zawodu. Chcieli bowiem aby, ich syn przejął gospodarstwo. Młody Kusociński wciąż grał jednak w piłkę, uczył się tańca, aby zaimponować dziewczynom, gdyż nie był mężczyzną urodziwym. Otrzymał jednak inny dar: niesamowicie silny charakter. Wielu lekkoatletów zaczynało swoją karierę sportową w piłkarskich klubach, podobnie było z Kusocińskim. Najpierw grał w miejscowej „ Ożarowiance” (klub zresztą istnieje do dziś) potem przeniósł się do RKS „Sarmata”, gdzie po pewnym czasie pokłócił się z kierownictwem i przestał przychodzić na mecze( i całe szczęście). W klubie była również sekcja lekkoatletyczna i podczas jednych zawodów zabrakło zawodnika na 800 metrów, więc poproszono Kusocińskiego, który siedział na trybunach. Pierwszy bieg, pierwsze zwycięstwo. Zdziwionego zwycięstwem Janusza zabrano na zawody Związku Robotniczych Stowarzyszeń Sportowych w biegu na przełaj. Kusociński nie miał bladego pojęcia o bieganiu długich dystansów, postanowił biec za znanym wówczas zawodnikiem „Polonii” Szablińskim. Ten uciekł „ Kusemu” na 20 metrów, lecz młody, zadziorny biegacz niesiony ambicją dogonił rywala zwyciężając na dystansie 3,5 km . Później przez 2 tygodnie Kusociński ledwo chodził, tak bolały go łydki, jednak poznał smak zwycięstwa, od tej pory wiedział co chce robić w życiu. Bieganie stało się jego życiową pasją.

Rodzice nie byli zadowoleni, nie chcieli żeby ich syn trenował, lecz „Kusy” zawsze stawiał na swoim. W latach 20-tych sport w Polsce dopiero się tworzył, brakowało szkoleniowców, zaplecza. Sytuacja zaczęła zmieniać się w drugiej połowie dekady, Kusociński miał ogromne szczęście trafiając do nowo utworzonej grupy lekkoatletycznej Klumberga, Estońskiego mistrza wieloboju. Ambitny biegacz chciał zakwalifikować się do Igrzysk Olimpijskich w Amsterdamie, jednak nie wypełnił minimum kwalifikacyjnego. Trener widząc starania „Kusego” przed wyjazdem pozostawił mu instrukcje i kazał pilnie trenować. Zawodnik wziął to sobie głęboko do serca. Nie cierpiał ćwiczeń gimnastycznych, lecz codziennie wykonywał je przez przeszło godzinę, ufał trenerowi, wiedział że jego mięśnie tego potrzebują. Po południu chodził biegać na Agrykolę. Codziennie około 3,5 kilometra. Należy dodać, że w roku olimpijskim 1928 zmienił barwy klubowe, przeniósł się do „ Warszawianki” gdyż „ Sarmata” nie chciała zatrudnić masażysty. Aż dziw minęło 80 lat i nic się nie zmieniło, ale powróćmy do opowieści o „ Kusym”. W lato Janusz zaczął biegać 2 razy dziennie, przed południem od 5  do 10 kilometrów biegu przełajowego, potem zaś na stadionie pracował nad szybkością. Codziennie rano chodził również z kosiarzami na łąki. Sądził, że praca kosą dobrze wpłynie na jego mięśnie. Pracował bardzo szybko i bez wytchnienia dlatego, kosiarze nie darzyli go sympatią, taki miał charakter musiał być najlepszy.

Po powrocie z Amsterdamu Aleksander Klumberg był ciekawy czy młody biegacz zrealizował plan treningowy. Zaplanował sprawdzian na 5 kilometrów, zabronił jednak Kusocińskiemu biegać ze stoperem aby kontrolować tempo. Po biegu „Kusy” był niepocieszony gdyż trener powiedział że osiągnął 16 min i 20 sekund. Klumberg skłamał, ponieważ nie chciał aby biegacz poczuł się zbyt pewnie. W rzeczywistości było poniżej 16 minut, Estończyk wiedział, że rośnie mu przyszły mistrz. Szczęśliwy w duchu, postawił biegaczom skrzynkę oranżady, którą uwielbiał „Kusy” chociaż ponoć słyną ze swojego skąpstwa. Od tego momentu Janusz Kusociński zaczął ustanawiać pierwsze rekordy Polski. Sezon 1928 był bardzo pomyślny dla biegacza, lecz pod koniec sezonu, nabawił się kontuzji kolana na skutek zbyt częstych startów. Niestety problemy zdrowotne będą dręczyły „Kusego” przez większość sportowej kariery.

Szczyt formy

Przejdźmy jednak do kluczowych momentów jego kariery. Mimo kryzysu gospodarczego władze ofiarowały „Kusemu” mieszkanie w Łazienkach Królewskich, gdzie biegacz mógł w spokoju pracować jako ogrodnik i trenować na parkowych alejkach. Niektóre źródła podają, że nawierzchnia nie odpowiadała lekkoatlecie, inne donoszą, że miała ulżyć w treningach, jedno jest pewne długodystansowcy się nie oszczędzali. Kto dziś wyobraża sobie starty 800 m i 5000 m ,a następnego  dnia 1500 m i 10000 m? Tak wówczas biegano, nie zważając na ból    i  zmęczenie. Odnowa biologiczna dopiero się tworzyła, stosowano masaże i okłady borowinowe, jednak w niewystarczającym stopniu do wysiłku, który towarzyszył tak częstym startom oraz treningom. Wzorem i największym rywalem Kusocińskiego Fin Nurmi. Prowadzili korespondencyjny pojedynek, Polak był wschodzącą gwiazdą, Fin doświadczonym nie osiągalnym dotąd mistrzem. Biegacze spotkali się 3 razy i 3 razy zwyciężał Nurmi choć pojedynki były niezwykle zacięte, raz nawet osiągnęli identyczny rezultat, lecz taśmę przerwał Fin. Polak był skromny, skryty, trochę w cieniu, świadczą o tym jego słowa (tu cytat) „Legenda niezwyciężonego odebrała mi po prostu władzę w nogach”. Jednak w 1932 roku „ Kusy” udowodnił, że będzie liczył się na Igrzyskach w Los Angeles. Nurmi poprawił rekord świata na 3000 metrów biegnąc w doborowej stawce. Długodystansowcy wiedzą, że łatwiej uzyskać dobry wynik gdy nie biegnie się samemu. Miesiąc później na zawodach w belgijskiej Antwerpii Kusociński biegł sam …i zabrał rekord Nurmiemu, pobiegł 8,18,8. Finowie musieli uważać na mocnego Polaka, jednak zgryźliwie mówili że ma szansę na 4 miejsce i będzie to dla niego wielki sukces. Marzeniem Kusocińskiego było pokonanie na IO zwłaszcza Nurmiego, niestety Finowi odebrano uprawnienia amatorskie tuż przed olimpijskim startem, wielki mistrz nie mógł pożegnać się z publicznością na bieżni, niewątpliwie został skrzywdzony, wróćmy jednak do naszego biegacza.

Jest takie przysłowie „Umarł król niech żyje król”, tak się stało „Kusy” objął przysłowiowy tron pokonując koalicję fińską na 10 km . Na tamte czasy było to wydarzenie epokowe, Finowie byli potęgą tak jak dzisiaj Kenia czy Etiopia, nikt inny nie zdobywał medali na długich dystansach. Jak większość zapewne wie był to ostatni bieg młodego wciąż zawodnika na Igrzyskach Olimpijskich. Na myśl przychodzi mi kolejne przysłowie „ nieszczęścia chodzą parami” najpierw dyskwalifikacja Nurmiego, potem poranione stopy „ Kusego”. Co do przyczyny również napotkałem na rozbieżności otóż przyczyną były najprawdopodobniej nowe, zbyt ciasne pantofle lub odbite stopy na kamieniu znajdującym się na bieżni. Kusociński urósł na faworyta na 5000 metrów, czy zwyciężyłby z Lehtinenem, tego nigdy się nie dowiemy. Jedno jest pewne „ Kusy” był prawdziwym mistrzem, którego dzisiaj ze świecą szukać, skromny, szczęśliwy że mógł rozsławić swój kraj, oto jego depesza do Przeglądu Sportowego „ Jestem szczęśliwy ze zwycięstwa. Przesyłam do kraju za pośrednictwem „Przeglądu Sportowego” pozdrowienia i przyrzeczenia dalszej pracy dla dobra naszego sportu.”

Po igrzyskach Janusz Kusociński startował bardzo często i wygrywał dosłownie wszystko. Finowie bali się z nim startować, Lehtinen  również wzbraniał się twierdząc, że Polak złamał zasady amatorskie. Jednak było to plotką, owszem amerykański bogacz zaproponował Januszowi aż 50 tys. dolarów (na tamte czasy była to olbrzymia fortuna) w zamian za 10 biegów przeciwko Nurmiemu. Nasz mistrz odrzucił jednak kuszącą propozycję i do startu doszło. Lehtinen przegrał z kretesem schodząc z bieżni po kilku okrążeniach.

Gdy statek z olimpijczykami dobił do polskiego brzegu, tłumy wiwatowały, wręcz nie dało się wysiąść. Wszyscy czekali na Kusocińskiego, lecz ten ze zruszenia nie mógł wyjść, płakał a że był osobą dosyć wstydliwą nie chciał aby widziano go w tym stanie. Poczekał aż tłum przejdzie wraz z resztą reprezentacji uczestniczącej w defiladzie, dopiero wówczas opuścił statek. Jadąc pociągiem ludzie również nie dawali mu spokoju, czemu się dziwić był to 1932 rok, pierwsze polskie spektakularne sukcesy, rodacy byli wdzięczni, uradowani. Na Dworcu Głównym w Warszawie, potrzeba było eskorty policji aby sportowiec mógł dotrzeć do podstawionego specjalnie autobusu, na ulice wyszli chyba wszyscy mieszkańcy stolicy. Dziś nie można sobie tego wyobrazić, na zawodach lekkoatletycznych pustki na trybunach, nikt nie docenia heroicznego wysiłku sportowców. Dom „Kusego został obsypany i przystrojony kwiatami, ciągle mu gratulowano, przysyłano setki zaproszeń na starty. Sława bardziej zmęczyła mistrza niż rywale podczas zawodów. Jeździł po Europie startując i wygrywając, a kibicie chcieli wciąż więcej i więcej. Jak gdzieś odmawiał wściekali się, każdy chciał oglądać złotego medalistę igrzysk. Za ten wysiłek Janusz Kusociński zapłacił bardzo wysoką cenę.

Przeklęte kontuzje

Pierwsze poważne problemy z kontuzjami zaczęły się zimą 1933 roku, obrzęk lewego kolana spowodował niemal dwu miesięczną przerwę w treningach. Potem trenował w kartkę, trochę chorował, nawet planował zająć się sportami motorowymi gdyż kupił używane bugatti, które oddał mechanikom do renowacji. Kusy  rozpoczął sezon bez wiary w swoje możliwości. Wbrew swej naturze, zniknęła gdzieś zawziętość i ambicja. Stopniowo jednak poprawiał rezultaty i gdy już wydało się, że wszystko będzie dobrze kontuzje zaatakowały ze zdwojoną siłą. „Przegląd Sportowy” ogłosił zbiórkę pieniędzy na leczenie gdyż państwo nie chciało pomóc. Ludzie okazali się życzliwi i „Kusy” wyjechał do Wiednia, gdzie pracowali wybitni fachowcy od medycyny sportowej. Powrócił na bieżnie dopiero wiosną 1934 roku, po prawie rocznej przerwie. Nieoczekiwanie powrócił do świetnej formy, mimo iż rekord na 3000 metrów odebrał mu niespodziewanie Duńczyk Nielsen, z którym Kusy przegrał dosłownie o włos. Wcześniej zabrakło mu 0,8 sek. do pobicia rekordu świata Nurmiego na 2 mile. Po takich perypetiach zdrowotnych wyniki napawały optymizmem. Na Mistrzostwach Europy nie odniósł zwycięstwa, gdyż popełnił błędy taktyczne. Okazją do rehabilitacji były zawody międzynarodowe w Sztokholmie gdzie „ Kusemu” udało się pokonać Nielsena na 3000 metrów. Chciał również zwyciężyć w Polsce, bowiem do Warszawy przyjechał jego wielki rywal Lauri Lehtinen. Na stadion „Legii” przyszły niezliczone tłumy aby obejrzeć pojedynek na 5000 metrów. Niestety nikt prócz najbliższego otoczenia nie wiedział, że Polak startuje z towarzyszącym mu potwornym bólem kolana, zaczął kuleć, zaciskając zęby z cierpienia ukończył bieg, nie zszedł z bieżni, nie poddał się. Trybuny płakały, mistrz również, w szatni panowało milczenie, wszyscy myśleli że to już definitywny koniec. Janusz Kusociński miał przez długi czas wielkie trudności z chodzeniem. Jeździł z jednego uzdrowiska do drugiego, wyjazd na Sycylię przyniósł chwilową poprawę. Jednak wszystko na próżno. Kusociński postawił na edukacje, został wolnym słuchaczem Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego, gdyż nie posiadał egzaminu dojrzałości. Noga przestała mu dokuczać jednak biegać nie mógł. Zdecydował się na operację, którą przeszedł 9 marca 1936 roku. Lekarze usunęli Kusocińskiemu łękotkę oraz kaletkę maziową, kilka miesięcy później niemieccy lekarze orzekli, że jest szansa, aby Polak wrócił do sportu. Na Igrzyska Olimpijskie pojechał, lecz w roli komentatora „ Przeglądu Sportowego” (sam bowiem uważał się za dziennikarza) oraz jako doradca techniczny ekipy. Dopingował wschodzącą gwiazdę biegów długich Józefa Nojego, który na 5 km uplasował się na 5 pozycji odbierając Kusocińskiemu rekord kraju.

Ostatnie metry

"Kusy"powrócił 24 lipca 1938 roku biegnąc wraz z Nojim na 5000 metrów, przegrał lecz z bardzo dobrym rezultatem. Był bardzo szczęśliwy, ponieważ nic go nie bolało, znów mógł biegać, zaczął przygotowania do kolejnego, jak się później okazało ostatniego w życiu sezonu. Kusociński chciał wziąć rewanż na rywalu, świetną okazją był bieg przełajowy organizowany przez warszawskiego „Orła” w marcu 1939 roku. Mimo iż mistrz przepracował całą zimę przegrał o pół metra z reprezentacyjnym kolegą. Wiedział, że forma idzie w górę bo już niecały miesiąc później zwyciężył z przewagą na kolejnym biegu przełajowym. Jego klubowy, dawny rywal z którym łagodnie mówiąc, Janusz nie utrzymywał ciepłych stosunków Stanisław Pietkiewicz podkreślił w wypowiedzi, że technika biegu mistrza olimpijskiego jest lepsza niż przed laty. Rokowania były znakomite a wyniki jeszcze lepsze.

Kusociński w czerwcu pojechał do Helsinek, gdzie 1940 roku miały się odbyć igrzyska. W biegu na 5 tys. metrów miał przeciwko sobie wszystkich najlepszych Finów. Przegrał o włos z jednym z nich bijąc rekord Polski, który ostatecznie wyśrubował w Sztokholmie(14:24,2).Zbliżamy się nieuchronnie do końca pięknej, pełnej dramatu i szczęścia historii najlepszego polskiego długodystansowca. Janusz Kusociński mimo kategorii D jaką otrzymał, ponieważ przeszedł w sumie 2 operacje na kolano, bohatersko walczył w obronie Warszawy. Za co został odznaczony Krzyżem Walecznych. Podczas okupacji działał w konspiracji pod pseudonimem „Prawdzic”. Dodatkowo pracował jako kelner w gospodzie „Pod Kogutem” znanej również Gospodą Sportowców, gdyż zatrudniło się tam wielu znanych ludzi sportowego świata. 26 marca 1940 roku „Kusy” został aresztowany przez Gestapo. Przetrzymywany i katowany na Alei Szucha, nie wydał nikogo. Krążyły plotki, iż Niemcy chcieli aby opowiedział się po ich stronie, oraz zaczął trenować ich ekipę biegaczy, to jednak jedynie przypuszczenia. Janusz Kusociński był osobą bardzo znaną w przedwojennej Polsce, a hitlerowcy pozbywali się wszystkich symboli narodowych. 21 czerwca przywieziono go skatowanego pod Pawiak skąd ciężarówki z innymi więźniami jechały do Puszczy Kampinoskiej. Tego samego dnia Janusz Kusociński został zamordowany i pochowany w miejscowości Palmiry, obok niego leżą jego koledzy olimpijczyk Tomasz Stankiewicz oraz biegacz „Warszawianki” Feliks Żuber. Rozstrzelano ich w tej samej egzekucji…

Tadeusz Kubiak
Pamięci Janusza Kusocińskiego

PAMIĘTAJ – PALMIRY

W sosnowym lesie – tu dobiegał do mety
Tu go dopadła, wyprzedziła śmierć,
Nie ta śnieżysta, z dziecinnych jasełek
co otrzepuje się z świerków, z jodełek,
z gwiazd nocą jasną ...
Ta naznaczona, napiętnowana
czarnymi krzyżami swastyk.
Stąd już nie pobiegł ku słońcu, przestrzeni
Tu nikt nie myślał o wieńcach laurowych
gałęziach palmy, gałązkach oliwek.
Koroną z cierni wieńczyły tu głowy
hordy wrzaskliwe.

cytowane fragmenty pochodzą z : „Współczesne życiorysy Polaków – Janusz Kusociński” autorstwa Lesława Bartelskiego

Zamknij