Korzystaj wygodnie z naszego serwisu dzięki najnowszej aplikacji mobilnej dostępnej na Twojego Iphone’a i I’Pada!

Zamknij

IX Bieg Katorżnika i zwycięstwo wśród redaktorek

IX Bieg Katorżnika i zwycięstwo wśród redaktorek

IX Bieg Katorżnika – Katuje, upadla i miesza z błotem. To hasło przewodnie imprezy, jaka odbyła się w miejscowości Kokotek k. Lublińca. Co roku na starcie pojawiają się najodważniejsi, by zmierzyć się z dystansem, który do ostatniej chwili jest zagadką. To największa ekstremalna impreza w Polsce wzorowana na systemie szkoleń i selekcji jednostek komandosów.

Trasę o długości ok. 10 km wytycza się w bagnach i rowach melioracyjnych wokół jeziora Posmyk. O skali trudności wiele mówią czasy osiągane przez biegaczy. Zwycięzcy rzadko poruszają się z prędkością większą niż 10 minut na kilometr.

Te trudności, jak widać, nie zniechęcają. W pierwszej edycji w 2005 r. wystartowało 50 zawodników. Rok później – 105. W 2007 r. było ich ponad 450. W 2010 r. padł rekord, w „lublinieckiej dżungli” rywalizowało 1204 biegaczy.

- Nasz klub działa przy Jednostce Wojskowej Komandosów. Promujemy więc służbę w elitarnych jednostkach wojskowych – tłumaczy Zbigniew Rosiński, wiceprezes Wojskowego Klubu Biegacza „Meta” z Lublińca, jeden z pomysłodawców imprezy i uczestnik wszystkich edycji.

Żeby dostać się na listę, trzeba wykazać się niemałym refleksem. Szczególnie w kategorii mężczyzn, gdzie zapisy zakończyły się już po 5 godzinach. Nawet cena opłaty startowej, która należy do najwyższych w Polsce,  nie jest w stanie zniechęcić uczestników.

Co powoduje tak ogromną chęć wzięcia udziału w zawodach?

Teren – to po pierwsze. Po drugie – stopień trudności. Po trzecie – oprócz standardowych kategorii (kobiety/mężczyźni) były również kategorie drużynowe i co ciekawe: zawody w biegu tyłem na dystansie 1 mili (1609 m), które zainaugurowały całą weekendową imprezę. Każda z kategorii była wypuszczana w odstępach czasowych. Głównie ze względu na przepustowość trasy.

Po zawodach w biegu tyłem przyszedł czas na „Ucieczki Zakładników”. Ochotnicy zostali porwani i uwięzieni. „Ucieczka”, która trwała całą noc, oparta była na epizodach szkolenia wojsk specjalnych - uwięzieni byli poddani różnym próbom i sprawdzianom na wzór ćwiczeń SERE (ang.: Survival - przetrwanie, Evasion - unikanie, Resistance - opór w razie uwięzienia oraz Escape – ucieczka). Pierwsi „Skazańcy” docierali do mety dopiero w godzinach porannych.

Po tej konkurencji od rana zaplanowane były kolejne biegi w kategoriach:

  • 10:00 - Mikro Katorżnik (uczestniczą biegacze w wieku do 8 lat).
  • 10:20 - Mini Katorżnik (uczestniczą biegacze w wieku do 12 lat).
  • 10:40 - Mały Katorżnik (uczestniczą biegacze w wieku do 18 lat) oraz jednocześnie Bieg Babci i Dziadka (uczestniczą biegacze w wieku powyżej 65 lat).
  • 11:00 – Bieg Mężczyzn.
  • 11:30 – Bieg VIP i Dziennikarzy.
  • 12:00 – Bieg Kobiet.
  • 13:00 – Galernik Team.
  • 14:00 – Bieg Mężczyzn.
  • 15:00 – Bieg Mężczyzn.

Wśród 1026 biegaczy, którzy stanęli na starcie, spotkać można było prawdziwe VIP-y, m.in. prof. Romana Kuźniara, doradcę Prezydenta RP oraz generała Romana Polko, byłego oficera jednostki komandosów z Lublińca, dowódcę GROM-u i Krzysztofa Szymańskiego, dyrektora Gabinetu Szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Region Lublińca reprezentowali także byli dowódcy JWK, pułkownicy: Ryszard Pietras i Sławomir Durmowicz, dyrektorzy i członkowie zarządów firm: Lentex, Kospan, Fachowiec, Vasco oraz Nadleśnictwa. W rywalizacji drużynowej (Galernik Team) rywalizowały drużyny Kancelarii Prezydenta RP, Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Lasów Państwowych i Krajowego Rejestru Długów. Patronat nad całą imprezą objął Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

Wszystko brzmi bardzo atrakcyjnie. Ja, córka wojskowego, miałabym nie dać rady? Moja decyzja o zapisaniu się trwała kilka minut, po których już widniałam na liście startowej. Od tamtego czasu minęło może z jakieś pół roku… więc i temat był jakoś lekko zapomniany. Miałam w głowie ten start cały czas, jak i to, że muszę się wzmacniać siłowo. Ćwiczyłam systematycznie. Jednak nie zastanawiałam się nad tym głębiej. Do momentu, gdy okazało się, że godzina zero jest już tuż-tuż… no i zaczęła się panika. Zaczęłam przeglądać filmiki i galerie z poprzednich edycji i z każdą minutą ogarniało mnie coraz większe przerażenie. Choć mimo strachu, czułam też ogromną ekscytację i na samą myśl o starcie miałam motyle w brzuchu. Szukałam znajomych, którzy mieli ten bieg za sobą. Chciałam koniecznie dowiedzieć się, czy istnieje ewentualność utopienia się. W moim przypadku to dość istotny element, ponieważ mam lęk przed głębokością. Wszyscy zapewniali, że dam radę. Po czym, na dzień przed startem dowiaduję się, że poziom wody w jeziorze uległ zwiększeniu… Naprawdę miałam gacie pełne strachu. Chciałam się wycofać. Z drugiej strony tłumaczyłam sobie, że przecież tylu ludzi co roku startuje i wracają tam zadowoleni i głodni kolejnych wrażeń! A niech się dzieje, co chce… jadę!

Noc przed startem? Śniły mi się pająki i pijawki… były wszędzie! Moja kolejna fobia… Rano ze ściśniętym żołądkiem wyruszyłam w trasę. Zapakowałam do auta koleżankę, żeby czuć się bezpieczniej. Dotarłyśmy na miejsce i mój strach zaczął się rozrastać jeszcze bardziej. W głowie miałam myśli typu „Na cholerę tu przyjechałaś! Wycofaj się, jeszcze nie jest za późno!”. Na szczęście organizatorzy zatroszczyli się o logistykę na całym obiekcie. Bardzo sprawnie kierowali ruchem i pomagali odnaleźć się takim spanikowanym sierotkom jak ja ;) Naprawdę to było ważne. W całym tym stresie miałam jeden problem do ogarnięcia mniej. Bez problemu dotarłam do biura zawodów. Odebrałam pakiet, przebrałam się i ruszyłam w kierunku linii startu. W czym startuje się na takich zawodach? W ciuchach, które bez żalu będziemy mogli wyrzucić. Buty również należało ubrać stare. Dodatkowo obwiązałam je taśmą klejąca, by pod naporem błota nie opuściły moich nóg. Rękawiczki na dłonie i uśmiech na twarz. Choć z tym ostatnim elementem było u mnie gorzej.

Dochodziła godzina 11:30. Organizator prosi o ustawienie się na linii startu całej grupy Vip i Dziennikarzy. Idę… mimo że w głowie głos krzyczy „nie idź!” Start zaczynał się od skoku do jeziora. Weszłam na szybko więc do wody, by sprawdzić warunki. Słońce świeciło, temperatura wody orzeźwiająca. Dno dosyć śliskie i pełne glonów. Głębokość… póki dotykałam dna nogami wszystko było w porządku. Rozpoczęło się odliczanie. W głowie znów objawił się głos. A raczej już szyderczy okrzyk „gratulacje, żeby z lękiem przed głębokością i pająkami startować w katorżniku…” No cóż… ze słabościami trzeba walczyć! Walka się rozpoczęła.

Wskakujemy do wody i już po kilkunastu krokach czuję, że zaczynam tracić dno… dodatkowo nurt wody zniósł mnie na bok i zaplątałam się w glony. Na szczęście okazało się, że każda ekipa posiadała „opiekuna”, który jako ostatni zamykał grupę. Widząc, co się dzieje, złapał mnie i pomógł przedostać się przez głębszą część jeziora. Puściłam się go, gdy już miałam dno pod nogami. I tak sobie szliśmy razem umilając czas rozmową. Nawet nie wiedziałam, kiedy minęła pierwsza godzina przeprawy. Zostaliśmy grubo w tyle. Chciałam przyspieszyć, żeby choć troszkę nadgonić stracony czas. Mój opiekun jednak mnie przystopował: „Oszczędzaj siły, to dopiero początek”. Zwolniłam. W końcu wie lepiej, co mnie czeka. Chłonęłam wskazówki, jak gąbka wodę. „Nie łap się taśm, ani trzcin i szuwarów. One Ci nie pomogą”. No tak. Niektórzy się o tym przekonali zrywając taśmę i lądując razem z nią w wodzie ;) Po jakiejś 1,5 godzinie pogawędki wydostaliśmy się z jeziora, by wskoczyć do rzeki z rwącym nurtem.

Szliśmy pod prąd, ale źle nie było. Wody było po pas, więc bez dramatu. Szliśmy na luzie z uśmiechami na twarzy, żartując sobie z różnych tematów. W pewnym momencie zaczęłam się śmiać, że mam iście vipowski bieg z osobistą ochroną ;) Postraszyłam go nawet, że będzie skazany na mnie przez co najmniej 4-5h. Taki czas obstawiałam, pod warunkiem, że się nie utopię. To mi już nie groziło, a opiekun raczej z uśmiechem na twarzy przyjął wiadomość, że będzie na mnie skazany. Nigdzie mu się nie spieszyło. Co by się nie działo, miał być ostatni. W pewnym momencie zrobiło się małe zamieszanie. Zaczęły wyprzedzać nas dziewczyny z następnej ekipy, która wystartowała o 12:00. Tym samym dogoniliśmy ostatnie dziewczyny z mojej drużyny. Od opiekuna wiedziałam, że 2h trasy za nami. Wyszliśmy z wody na ląd. Nogi były dziwnie lekkie. Zaczęłam biec. Nie było możliwości rozpędzenia się, ale postanowiłam ponadrabiać czas. Pożegnałam się z opiekunem zostawiając go z innymi dziewczynami. Dopiero w trakcie biegu poczułam, że taśmy z butów poodklejały się i ocierały o pięty. Nie umiałam ich ściągnąć, więc zostawiłam je luzem na butach. Zaczęłam wyprzedzać dziewczyny z przodu, po czym znów wpadłam w szuwary… grząskie i muliste. Było ciężko. Momentami zapadałam się na głębokościach i w tym momencie pożałowałam, że oddaliłam się od opiekuna. Trudno, musiałam sobie radzić sama. Do momentu, aż dogoniłam kolejną grupkę dziewczyn. Podczas biegu panowała zasada, że każdy każdemu pomaga. To było wspaniałe. Niby rywalizowałyśmy ze sobą, ale tak naprawdę każda wyciągała rękę do pomocy. Wyszłyśmy znów na ląd i zaczęłam wyprzedzać przez las następne dziewczyny. Niektóre ścieżki były tak wąskie, że panowie nawet z wciągniętymi brzuchami mogli mieć kłopoty z przejściem. Wszędzie były przeszkody nie pozwalające na rozwinięcie prędkości. Mimo to starałam się biec. W miarę możliwości, które kończyły się wraz z kolejnym skokiem do wody. Szuwary, błotniste muły… tu bezpieczniej było podpiąć się do ekipy i trzymać się razem. Z reguły udawało mi się to. Ta, która szła pierwsza, miała najgorzej. Dzięki niej widziałyśmy, czego się spodziewać. Czy zapada się na głębokości, czy uderza o niewidoczną pod woda przeszkodę. Każda, która napotkała trudność, informowała o tym dziewczyny z tyłu. I tak co chwilę padały komendy „uwaga głęboko!” lub „uwaga konar!” Tych konarów pod wodą było mnóstwo. Uderzenie o nie było bolesne i wymuszało dodatkowe niecenzuralne okrzyki nie mające nic wspólnego ze słownikiem grzecznych dam. O ile w szuwarach było bezpieczniej, to w błocie już kompletnie nie było widać, w co wchodzimy. Coraz częściej pojawiały się grząskie wyjścia z błotnych rowów, by za chwile znów do nich wskoczyć. Błoto było czarne jak smoła. Nie wiedząc, jak jest głęboko, obrałam taktykę zjeżdżania na tyłku. Łapiąc się drzew i gałęzi siadałam przy brzegu i hop w dół po błocie do rowu. Dzięki temu nie było zaskoczenia. Oprócz niewidocznych pod błotem konarów, pni drzew czy dziur powodujących zapadanie się, do pokonania były także przeszkody „wysokie” znajdujące się nad powierzchnią błota. Będąc po pachy w mule, musiałyśmy przejść nad grubym konarem drzewa. Im dalej szłyśmy bagnami, tym było gorzej. Słońce prażyło. Niby woda i błoto chłodziły, ale było to bardzo złudne. Zdarzały się momenty, w których z ciepłej wody wpadałyśmy do lodowatej i odwrotnie. Niektórzy narzekali przez to na skurcze. Ja na szczęście nie miałam z tym kłopotów. Co jakiś czas na brzegach rowów stali ludzie z wodą i nas częstowali. Żartowałyśmy, że wody mamy pod dostatkiem, jednak ta pitna była ogromnym zbawieniem. Przy okazji podpytywałyśmy tych ludzi czy wiedzą, ile kilometrów za nami. Gdziekolwiek się nie zapytałyśmy, słyszałyśmy, że połowa za nami. W pewnym momencie zapytałam jednych, o co chodzi!? Jakąś godzinę temu też usłyszałyśmy, że połowa za nami! I wtedy sympatyczny pan wyjaśnił mi „bo my tu nie wiemy, ile jest tych kilometrów”.

Prawdę mówiąc to sama nie wiedziałam, jaki dystans w końcu wyznaczono. Ale nie ma się co zastanawiać. Biec trzeba dalej. O ile można to nazwać biegiem. Momentów biegu na całej trasie było tyle co nic. Reszta to mozolne przesuwanie się i przedzieranie na przód. Błoto robiło się coraz gorsze. Ucieszyłam się, kiedy zobaczyłam znów ląd. Zaczęłam znów biec i ku zdziwieniu dogoniłam ekipę z mojej drużyny. Ucieszyłam się i już na dłużej zostałam z nimi. Panowie odegrali w tym momencie kluczowa rolę. Błoto było tak ciężkie, że nie dało się w nim poruszać. Padło hasło „szybka reakcja! Nie zastanawiać się nad krokami”. Naprawdę trzeba było szybko kombinować. Im dłużej się stało w miejscu tym głębiej się zapadało w dół. Szukaliśmy ucieczki poboczem, ale to nic nie dało. Jeden drugiego asekurował i jakoś przebrnęliśmy ten etap. Wyszliśmy na ląd z nadzieją na dłuższą chwilę spokoju. Zaczęłam znów biec i… wpadłam w kolejne bagno. Panowie byli tuż za mną i ratowali z opresji. Było niebezpiecznie. Do tego kolejne przeszkody, które mimo że o nich już nie wspominam, to wciąż się pojawiały. Były na każdym kroku. Przeskakiwanie górą, podtapianie, uderzanie o konary – które było najboleśniejsze. Na starcie zauważyłam, że część osób miało ochraniacze na piszczelach. Teraz już wiem po co!  Nawet nie chciałam widzieć, w jakim stanie są moje nogi. W końcu wyszliśmy z bagna. Ciężkiego i dość męczącego. Mimo to wciąż miałam mnóstwo sił, by biec. Zamiast krwi, w żyłach płynęła adrenalina, która nie pozwoliła mi się poddać. Znowu ląd. Wyprzedzam kolejne osoby i wpadam w jezioro pełne kolejnych konarów, trzcin, glonów i innych paskudztw. Doganiam kolejną grupkę i trzymam się ich na wypadek głębokości. Niestety, pojawiają się coraz częściej i jestem zmuszona sobie radzić z pływaniem. No to płynę. W butach pełnych  mułu, które momentalnie ściągają mnie w dół. Sytuacja jednak wymusza więcej odwagi, więc nie odpuszczam. Poczułam pod nogami dno – znów jestem bezpieczna :) Przesuwamy się dość żwawo i kolejna przeszkoda. O cholera! Mam się wdrapać na pomost? To jeszcze jest do zrobienia, bo są belki do wspinania się. Po drugiej stronie pomostu, belek, żeby zejść do jeziora, nie było. Trzeba było skakać! Ludzie na pomoście obiecali, że nie jest głęboko. Skaczę! Mieli rację :) ucieszona przesuwam się dalej i zatrzymuje mnie kolejny konar. Przywaliłam nogą z takim impetem, że aż mi się słabo zrobiło. Chłopak, który był za mną, mocno się wystraszył. Pomógł mi ogarnąć sytuację i wyprowadził nad konarem. Idziemy i czuję, że znów tracę dno… $#!%$#~%$!$~%$!!!!!!!!!!! Znowu biorę się do pływania. Buty ponownie ściągają mnie na dno, ale płynę. Zapominam o bólu po uderzeniu i zasuwam. Staję na nogi i dopiero widzę, jak po piszczelach leje się krew. Cholera… biegnę dalej modląc się, żeby nie było już bagien. Pojawiły się szybciej niż myślałam, a w nich kolejne konary! Każde następne uderzenie przestało robić na mnie wrażenie. Krew się lała, a ja w bagnie po pachy. Pięknie! Trzeba się spieszyć, żeby wydostać się na ląd. Po drodze wyprzedzam kolejne panie. Już nie rejestruje czy są z mojej drużyny czy następnej. Po drodze mijam pana ratującego wodą. Powiedział, że to ostatnie 150 metrów błota. Ale za to jakie 150 metrów!  Myślałam, że to się nie skończy… grzęzłam, podtapiałam się, uderzałam o kolejne przeszkody… zaciskałam zęby z bólu i cisnęłam dalej! Nie ma, że boli! Udało się wyjść w końcu na ląd. Błoto zakleiło rany, więc nie widziałam, co się dzieje na nogach.

Biegłam coraz szybciej wykorzystując chwilę prostej trasy, która szybko dobiegła końca. Pojawiły się kolejne przeszkody. Wymagające, ale jednak do przejścia. Betonowe wloty, czołganie się w niskich tunelach, wyskakiwanie z okien opuszczonych koszarów… ktoś krzyknął, że za 5 minut meta. Przyspieszyłam na tyle, ile nogi pozwoliły. Rzeczywiście było słychać krzyki dobiegające z mety, ale nim do niej dotarłam musiałam przejść kolejne przeszkody. Czołganie się pod drutem kolczastym, bieg po oponach, drewnianych, kręcących się belkach, czołganie się pod mostkiem. Miałam dość! A tu znów skakanie przez oponę… i w końcu mogę biec. Prosto na metę. Spompowana docieram i na linii mety staję twarzą w twarz w ostatnią przeszkodą. Wielki drewniany konar, którego miałam ochotę skopać za te wszystkie bolesne uderzenia w piszczele! Przeskoczyłam konar i zakończyłam męki. Przetrwałam! Otrzymałam ogromną podkowę na szyję. Jest naprawdę ciężka! Nie wiedząc, gdzie mam się udać, pytam miłych panów, a oni mi mówią, żebym usiadła sobie na podium i poczekała, aż reszta dziewczyn przybiegnie.  No, ale po co na podium? Chcę iść się umyć! I słyszę „niech pani siada i czeka! Jest Pani pierwsza z drużyny dziennikarek, wygrała Pani!” Ale, że ja??!!!??? Zaczynam się  z nimi delikatnie przekomarzać i grzecznie proszę, żeby sobie nie robili jaj ze mnie. Przecież wystartowałam ostatnia… jakim cudem byłam nagle pierwsza!? Oni zaś, umierając ze śmiechu, proszą bym w końcu weszła na podium. Wchodzę niepewnie obserwując ich wszystkich i pytam innego Pana, dlaczego Ci panowie sobie ze mnie żartują. Przecież ja nie jestem pierwsza!  Okazało się, że jestem. A pan, który mnie w końcu przekonał to Dowódca Jednostki Wojskowej Komandosów, z rąk którego otrzymałam złoty order. Przekazanie orderu Komandosów ma swoją tradycję. Trzymając już go w ręku, dalej nie wierzyłam, że wygrałam. Jeszcze ze trzy razy zapytałam Pana pułkownika, czy na pewno sobie ze mnie nie żartują ;) Przysięgali, że nie żartują ;)

Pokonałam nie tylko dystans katorżnika, który w efekcie wyniósł 13 km. Pokonałam swoje słabości i pewnego rodzaju ułomności. Przezwyciężyłam strach i poznałam swoje kolejne „JA” – silniejsze i odważniejsze. A to wszystko w ciągu 4 godzin i 2 minut – bezcenny czas, którego nie zamieniłabym na nic innego :)

Zamknij