Bieżnia, czyli o wykorzystaniu technologii w treningu biegacza

Mówi się, że prawdziwy biegacz nie narzeka na warunki treningowe. Nie straszna mu pogoda, a już tym bardziej jej brak. Po co więc wydawać pieniądze na bieżnię mechaniczną, skoro można iść pobiegać na wolnym powietrzu? Dla wielu biegaczy bieżnia jest złem koniecznym, a dla innych wybawieniem. Zdania są podzielone. To tak, jakbym zapytała czy lepsze są brunetki, czy blondynki? Ten sprzęt albo się kocha, albo nienawidzi. Co ma w sobie takiego, że budzi tak skrajne emocje? W większości przypadków decyduje o tym nasze osobiste podejście. Kwestia gustu? Być może. Jednak, by móc coś ocenić, należy to wcześniej przetestować. Jak wszędzie, tak i w tym przypadku znajdzie się mnóstwo wad i zalet. Ideały przecież nie istnieją.

Pogoda

Pierwszy aspekt, jaki przychodzi mi do głowy to właśnie pogoda. Biegacze to twarde charaktery i wiele się słyszy, że dla nas właściwie nigdy nie ma złej pogody. Wszystko jest kwestią odpowiedniego ubioru i nastawienia. Śnieżna zima to idealne warunki, by trenować siłę biegową. Balans na miękkiej, śniegowej powierzchni powoduje, że musimy pracować nad stabilizacją i równowagą, co w efekcie wzmacnia nasze stawy i mięśnie. Do tego krajobraz bijący bielą po oczach… piękne widoki! Co jednak, gdy mróz wciąż podwyższa nam poprzeczkę, a naszym trasom bliżej do lodowiska niż biegowej ścieżki? Kiedy śnieżyce utrudniają widoczność albo roztapiający się śnieg tworzy breję, która bardziej irytuje, niż zachęca do biegania? Nie wszystkie skrajne warunki atmosferyczne jesteśmy w stanie znieść i wolimy przeczekać ten czas w fitness klubie.

Podczas gdy na dworze straszy siarczysty mróz, możemy cieszyć się bieganiem w komfortowych warunkach, nie narażając przy tym zdrowia na szwank. Przede wszystkim bezpieczne są nasze drogi oddechowe. Nie wdychamy mroźnego powietrza, a i organizm się nie wychładza. Nie musimy dbać o odpowiedni ubiór, jakim jest odzież termoaktywna.

Co więcej, zima jako pora roku, która szybko otula nas ciemnością, nie daje możliwości swobodnego biegania, nawet gdy pogoda dopisuje. Nie wszystkie ulice są dokładnie oświetlone, a chodniki czy asfalt swą równością nie grzeszą. W takiej sytuacji łatwo o potknięcie i uraz, który może nas na jakiś czas wykluczyć z treningów. Bieżnia oszczędza nam tych problemów.

A co latem?

Wtedy sprzęt również ratuje nas z opresji. Kochamy słońce, ale jak jest go za dużo zaczynamy narzekać. Żar lejący się z nieba osłabia naszą kondycję i trening staje się niekończącym się koszmarem. Do tego dochodzi odwodnienie, ponieważ organizm w trakcie wysiłku dodatkowo walczy z chłodzeniem przegrzanego organizmu. W walce przed tropikalnymi temperaturami jest jedna rada. Wyjść na trening zanim słońce otworzy oczy i zacznie przeciągać swoje rozgrzane promyczki. Nie ma nic piękniejszego, niż bieg o świcie, kiedy wszyscy jeszcze śpią i tylko w polu myszy buszują. Na trawie rosa, a w powietrzu czuć jeszcze oddech nocy. Taki trening to najczulsza pobudka, która daje mnóstwo energii na resztę dnia. Niestety nie wszyscy mają na tyle mobilizacji, by zerwać się tak wcześnie z łóżka. Zostaje zatem późny wieczór, przy czym asfalt, który w ciągu dnia rozgrzewany był do czerwoności, nie daje nam ulgi od upału. Cóż… są zwolnennicy biegania wieczornego, choć i poranne cieszy się podobną popularnością.

I proszę bardzo. Bieżnia ponownie uśmiecha się na ratunek.  Wchodzimy na siłownię, odpalamy klimę i swobodnie sobie pędzimy. Obok pulpitu stawiamy wodę, którą uzupełniamy systematycznie nie martwiąc się o dźwigany nadbagaż. Gorzej, jeśli przygotowujemy się do konkretnych zawodów w danym czasie. Wtedy warto się pomęczyć, by przystosować organizm do warunków panujących za oknem.

Komfort psychiczny

Nie wiem czy komfort psychiczny to odpowiednie określenie. Może lepiej użyć… możliwość ewakuacji. Dlaczego? Bieżnia ma to do siebie, że nie ogranicza nas przestrzennie. Wchodzimy na sprzęt, ustawiamy czas lub dystans i biegniemy. Zawsze jednak możemy trening skończyć wcześniej, bo… powiedzmy, że już nam się nie chce. Tak wiem, to plama na honorze biegacza! Ale takie sytuacje się pojawiają. Przyznajcie się sami przed sobą, ile razy chcieliście zejść z trasy, bo zwyczajnie zabrakło motywacji i silnej woli? Na pewno nie raz i nie dwa. Na bieżni wystarczy włączyć przycisk „stop” i nasze męki się kończą. W terenie natomiast tak łatwo nam nie wyjdzie rezygnacja. W zależności na jaką odległość wybiegamy, tyle samo czeka nas kilometrów w stronę powrotną. Chyba że potrafimy się teleportować.

Jak już jesteśmy przy przestrzeni, warto dodać, że na bieżni jest ona dość monotonna. Niby przemierzamy jakiś dystans, ale wciąż biegniemy w miejscu. Jak chomik w kołowrotku. Nie każdy to lubi, stąd jeżeli sytuacja zmusza do skorzystania z bieżni, jest ona traktowana, jako zło konieczne. Ostatnia deska ratunku, która raczej niechętnie jest przyjmowana. To jak poddanie się przeciwnikowi. Wywieszenie białej flagi.

Precyzja

Niemniej, znajduję kolejny punkt, który należy przyznać bieżni. To precyzja wykonanego treningu pod względem parametrów. Pomijam warunki przestrzenne, bo to, że są ułatwione nie podlega dyskusji. W terenie możemy użyć pulsometru z wbudowanym GPS-em i będzie nam podpowiadał, ile i jak szybko biegniemy. Musimy wtedy spoglądać na zegarek, co wymusza chwilową zmianę pozycji. Na bieżni jest kolejne ułatwienie. Biegniemy swobodnie nie wymuszając dodatkowych ruchów. Pulpit, który mamy przed sobą, wszystko nam pokazuje.

Co więcej, trening możemy ułatwić do tego stopnia, że nie martwimy się ciągłym jego kontrolowaniem. Wystarczy, że odpowiednio go zaprogramujemy. W planach masz interwały? Będą wymierzone co do metra. Maszyna nas nie oszuka. Prędkość będzie utrzymana cały czas taka sama. No chyba, że ją celowo zmienimy. Jednak tu jest ogromny plus, gdyż w terenie ta prędkość nigdy nie będzie stała. Bieżnia natomiast pędzi jednym rytmem, który pozwala utrzymać jednostajną prędkość. O ile sami wcześniej nie wyłączymy maszyny, pomoże pokonać nam obrany dystans bez ucinania metrów. Tu nie ma opcji, że GPS się zgubi. Jak ustawimy 10km, to tak bieżnia będzie się „toczyć”.

Istotnym elementem jest także obserwacja własnej postawy w trakcie biegania. W terenie nie mamy tej możliwości. Musielibyśmy zaangażować drugą osobę do tego. Na siłowni zazwyczaj mamy wokół lustra. Właśnie po to, by móc kontrolować postawę. Widzimy układ nóg, ramion, czy sposób ułożenia stopy na taśmie bieżni. Mądry biegacz wykorzysta sytuację i będzie korygował zauważone błędy, ponieważ ich powielanie może w efekcie doprowadzić do kontuzji.

Bezpieczeństwo

Kolejny ukłon w stronę bieżni. Trzeba przyznać, że chroni nasze stawy i zmniejsza ryzyko kontuzji. (Pomijam wspomniany wyżej wątek, w którym na własne życzenie biegacz utrwala złą postawę)  Biegając po asfaltowych drogach, czy chodnikach, stawy nasze obrywają z podwójną mocą. Uroki grawitacji. Taśma bieżni natomiast redukuje obciążenie na stawy i można powiedzieć, że przesuwając się ułatwia nam wybijanie się.

Żeby nam bieżnia w piórka nie obrosła od tych pochwał – dodam, że i do niej należy przyzwyczaić nasze nogi. Kto zaczynał bieganie na bieżni mechanicznej, ten wie, jakie uczucie jest po zejściu na ziemię. Mamy wrażenie, że unosimy się nad podłogą. Nogi są jak z waty i potrzebują chwili, by na nowo wyczuć podłoże. Jest to jednak kwestia kilku systematycznych treningów i nasze nogi zaakceptują tą sytuację.

Wygoda

Kolejną zaletą bieżni jest możliwość zakupienia jej na cele prywatne. Nie musimy organizować wypraw na siłownię, by z niej skorzystać. Kupujemy sprzęt i znajdujemy mu honorowe miejsce w domu. To świetna opcja dla osób, które krępują się biegać wśród innych ludzi. Choć to nie jedyny superlatyw. Ludzie w obecnych czasach są dość mocno zapracowani, a siłownie mają ograniczony czas użytkowania. Mając sprzęt pod nosem, można z niego korzystać  o każdej porze dnia i nocy. Trzeba mieć sporo motywacji, by wytrwać w postanowieniu i systematycznie korzystać z bieżni. Wszyscy wiemy, że w domu zawsze coś się znajdzie do roboty. A to sprzątanie, gotowanie, prasowanie, ogarnąć dzieci i ich zadania domowe, nakarmić psa…  Dlatego nim zdecydujemy się na zakup bieżni, warto przemyśleć sprawę. Ta „zabawka” trochę kosztuje i szkoda byłoby wydać pieniądze w przysłowiowe błoto.

Podsumowując, jak wspomniałam na początku: bieżnia mechaniczna do ideałów nie należy. Jej wady wynikają raczej z przekonań i ambicji biegaczy, którzy wolą mierzyć się z siłami natury. Lubimy czuć wiatr we włosach i wdychać endorfiny unoszące się w powietrzu. Siłownia nam tego nie daje, ale niestety, nie można mieć wszystkiego. Pod względem technologicznym jest sporym ułatwieniem. Mogłabym być bardziej uszczypliwa i uznać, że to raczej ucieczka w lenistwo niż pomoc. Trzeba stwierdzić jednak, z ręką na sercu, że prędzej czy później… przyjdzie koza do woza i przeprosi się z nielubianym dotąd ustrojstwem. Wyciągnie rękę na zgodę i wciśnie magiczne „start”. Nie narzekajmy zatem na bieżnię aż tak mocno. Cieszmy się, że znalazł się pomysłodawca i zesłał nam tę „pomoc”.

Jeśli już wybieramy się na bieżnię, warto prześledzić rodzaje sprzętów, jakie oferuje nam rynek. Przede wszystkim rozróżniamy bieżnie mechaniczne i elektryczne.

Bieżnia mechaniczna to taka, w której pas biegowy nie jest napędzany silnikiem, lecz siłą naszych nóg. Nie ma więc tu żadnych specjalnych programów treningowych. Na pulpicie wyświetlane są jedynie podstawowe parametry treningu: czas, dystans, spalone kalorie (orientacyjnie), prędkość i puls.

Bieżnia elektryczna napędzana zaś jest silnikiem, dzięki czemu pas „biegnie” sam, a my musimy utrzymać ustawione tempo. Tu możemy już ustawiać specjalne programy, które myślą za nas. Nie musimy się skupiać nad tym, kiedy przyspieszać, zwalniać czy mamy równe tempo. Pas „biegnie” jednostajnie. Tak, jak ustawimy. Większość nowszych modeli dodatkowo ma wbudowane wejścia USB dla mp3, jak i ekrany telewizyjne, pozwalające odtwarzać muzykę bądź programy TV.

Kupując bieżnię do domu, warto pomyśleć o małej, cichej, która nie przeszkadzałaby zanadto. Eksploatacja takiego sprzętu w domowych warunkach jest nieznaczna. Powiedzmy sobie szczerze… w domu motywacja jest słaba. Pobiegamy może parę godzin tygodniowo i usiądziemy zmęczeni w fotelu. Ponadto możemy dobrać ją do siebie, indywidualnie. Nie musi być ona olbrzymem z siłowni. Skoro masz z niej korzystać tylko ty, dobierasz gabaryty pod siebie.

Bieżnia z przeznaczeniem klubowym musi już być niestety większa i odporniejsza na eksploatację. Korzystać będą z niej różni ludzie, o różnym stopniu wytrenowania i różnej wadze. Co więcej, będzie ona pracować po kilka bądź kilkanaście godzin dziennie. Musi być więc ona wielofunkcyjna, solidna i… najlepiej, jakby biegła za nas. Tak szczerze mówiąc, to biegnie. My tylko jej dotrzymujemy tempa. Ewentualnie ją tylko stopujemy lub podkręcamy. Te klubowe, ze względu na masywność, zajmują sporo miejsca. Mechaniczne bieżnie są mniejsze i przede wszystkim składane. Umożliwia to nie tylko łatwiejszy transport, ale także przechowywanie jej. W każdej chwili możemy bieżnię złożyć i schować, by nie przeszkadzała. Chociaż… czy sprzęt do biegania kiedykolwiek może przeszkadzać? Jakby nie było, jest wygodniejsza. Tańsza od elektrycznej – także. Bez porównania.

Jeżeli są tu zwolennicy bieżni, można śmiało zastanawiać się nad kupnem takiego sprzętu. Na pewno ułatwi on treningi i pomoże utrzymać rekreacyjną formę. I choć osobiście nie przepadam za bieżnią, muszę przyznać, że wymieniając jej walory, dostrzegam jej wyższość. Ale tylko pod względem technicznym. Wciąż będę wywyższać bieganie w terenie, które pachnie wolnością i pozwala dostrzec piękno otaczającej nas natury.

A wy, który rodzaj treningu preferujecie? Na bieżni czy w terenie?