Zwykli biegacze, niezwykli ludzie – Piotr Kuryło

Są wśród nas ludzie, którzy swą siłą i odwagą dokonują rzeczy wielkich. Każdym swoim krokiem udowadniają, że niemożliwe nie istnieje. Doceniają niemal każdą chwilę, jaką dostają od życia i czerpią z niej pełnymi garściami. Zachowują przy tym tyle skromności, że ciężko uwierzyć w ogrom tych osiągnięć. Wszystko dlatego, że wypływają one z głębi serca, chęci niesienia pomocy i zwyczajnej ludzkiej potrzeby bycia dobrym. Takim człowiekiem zdecydowanie jest Piotr Kuryło, który, jak sam mówi wcale nie czuje się Forrest Gump’em. Takim mianem okrzyknęły go media.

Faktycznie, jakby przyjrzeć się bliżej jego wyczynom, zauważamy, że pan Piotr wciąż biegnie. Nieustannie. Nie tylko po trasach czy ścieżkach, ale także przez życie. Przebiegł Polskę wzdłuż i wszerz. Obiegł cały świat, za co został nagrodzony Kolosem, czyli najbardziej prestiżową nagrodą podróżniczo-eksploracyjną w kategorii „wyczyn roku”. Był to „Bieg dla pokoju” mający zwrócić uwagę na panujące na całym świecie konflikty. Zaliczył wyprawę kajakiem „Wisłą pod prąd”, by wesprzeć ludzi niepełnosprawnych i uwrażliwić wszystkich na ich problemy. W trakcie tych wypraw zawsze miał ze sobą obciążenie w postaci ekwipunku, który pomagał przetrwać. Ma za sobą także udział w maratonach, morderczych ultramaratonach i biegach całodobowych. Zasłynął między innymi z udziału w UltraBalatonie (212 km wokół jeziora Balaton na Węgrzech, gdzie w 2009 roku zajął 2 miejsce) oraz w Spartathlonie (Bieg z Aten do Sparty liczący 246 km – w roku 2007 zajął 2 miejsce i tym samym stał się jedynym Polakiem, który osiągnął tak wysoki wynik).  Mimo, że już raz obiecał, że nie będzie więcej biegać, to szykuje się do kolejnych startów. Bo jeśli bieganie ma się w sercu, to nie da się z tego, tak po prostu zrezygnować. Szczególnie, gdy do wszystkiego dochodzi się samemu, bez pomocy wykwalifikowanych specjalistów.

Rozmowa z Panem Piotrem, która była czystą przyjemnością, utwierdziła mnie w tym, jaką niesamowitą jest osobowością. Kwintesencja dobra, pasji i życia.

W mediach nazywają Pana biegaczem z żelaza, wilkiem, porównują do Forrest Gump’a. Utożsamia się Pan w jakiś sposób z tymi określeniami?

- Wystartuj -

Biegacz z żelaza może nie do końca. Zażartowałbym raczej, że człowiek z diamentu, jest twardszy. Forrest był zbyt szalony, więc z nim się nie utożsamiam. Zdecydowanie bliżej mi do wilka, który biegnie za ofiarą i prędzej czy później ją dopada. Tak się biega ultramaratony. Zaczyna się pomału, z tyłu i z czasem się zaczyna gonić rywala, naszą „ofiarę”.

Jak rozpoczęła się Pana przygoda z bieganiem?

Dość późno zacząłem biegać. Oficjalnie, dopiero po trzydziestce. Usłyszałem wtedy w wiadomościach, że odbędzie się Maraton Warszawski. To był 2003 rok. Postanowiłem pobiec i spodobała mi się ta walka. Przede wszystkim z samym sobą, przysłowiową ścianą, dystansem, do którego zawsze należy podchodzić z pokorą.

Od pierwszego startu minęło 10 lat. Pana osiągnięcia budzą ogromny podziw i szacunek. Chciałoby się powiedzieć, że jest Pan urodzonym biegaczem. By w tak krótkim czasie zebrać tak dużo osiągnięć, trzeba mieć do tego możliwości, predyspozycje.

Nikt nie rodzi się mistrzem. Stajemy się nim poprzez ciężką pracę. Jestem człowiekiem średniego wzrostu (165cm) i na pierwszy rzut oka wcale nie wyglądam, jak prawdziwy biegacz, który z reguły powinien być smukły i wysoki. Przede wszystkim chodzi o talent, który jeśli już w sobie odkryjemy, warto rozwijać. Jeśli coś sprawia nam przyjemność, sukcesy przychodzą łatwiej. Bez pomocy specjalistów i trenerów.  Ja swój talent biegowy odkryłem późno. Oczywiście nie od razu były sukcesy. Jak każdy zaliczyłem także i porażki. Podsłuchiwałem rozmowy innych, lepszych biegaczy, podglądałem ich na maratonach, zbierałem informacje o różnych metodach treningowych.

I cały czas, ciężką pracą szlifuje Pan ten wspomniany na początku diament. Ma Pan na koncie pokaźną liczbę maratonów i ultra maratonów. Jeszcze więcej kilometrów w nogach zaliczył Pan podczas osobistych biegów. Skąd pomysły na takie wyprawy?

Pomysł na takie bieganie zrodził się samoistnie. Wszystko zaczęło się od porażki podczas biegu ultra na 100 km w Sławnie, gdzie zająłem przedostatnie miejsce. I była to tylko i wyłącznie moja wina, ponieważ najwidoczniej za mało biegałem. Zrozumiałem wtedy, że biegać można wszędzie. Pewnej zimy przyszedł mi do głowy pomysł, by przebiec Polskę wzdłuż i wszerz i tak też uczyniłem. Po czym pojechałem na kolejny bieg ultra 100 km, który odbywał się tym razem w Gdańsku i udało się stanąć na podium. Przemierzanie takich kilometrów, kiedy biegnie się cały dzień i całą noc, przyniosły jak widać rezultaty.

Czyli to nie jest tak, że ma Pan ustalony plan treningowy i wypełnia go dzień po dniu. Przygotowania do dystansów ultra wyglądają tak, że zwyczajnie wybiega Pan i pokonuje setki kilometrów?

Nie do końca. Przygotowania do udziału w zawodach uwarunkowane są  możliwością pozyskania sponsora. Treningi pochłaniają mnóstwo czasu, a pracować trzeba. Jeżeli znajdzie się sponsor, jestem w stanie poświęcać całe dnie na przygotowania, które czasami trwają kilka miesięcy. Zaczynam od biegania dwa razy dziennie, później trzy razy dziennie, czasem biegnę po 2,5 godziny, aż w końcu dochodzę do większych kilometraży.   

To bardzo czasochłonne treningi i wymuszają długą nieobecność w domu. Próbuję sobie wyobrazić, ile czasu to wszystko zajmuje i wychodzi na to, że Pan biegnie cały czas. Bez przerwy, aż do znudzenia.

Trzeba mieć w tym wszystkim jakiś system. Powiedzmy, że biega się 2 dni w tygodniu bardzo długo, w kolejnych trochę mniej i zdecydowanie wolniej. W tych wolniejszych momentach jest czas na odpoczynek i regenerację, ale właśnie jest to odpoczynek w lekkim biegu. Nie jest to leżenie na tapczanie i machanie nogami. Po takim „odpoczynku” przychodzi czas na trening całodzienny, który przygotowuje już stricte do ultramaratonów. Jest to trening białych włókien, o których ludzie zapominają, skupiają się na tempówkach. Przy biegach ultra wyklucza się bieganie na szybkość. Ma to być długi bieg na niskim tętnie, dzięki któremu budujemy właśnie białe włókna, odpowiadające za naszą wytrzymałość. Ważna jest także technika biegu. Ekonomiczna i nie obciążająca stawów.

Podczas tych wypraw z pewnością przeżywa Pan mnóstwo przygód. Wspomina Pan jakieś zabawne historie?

Przygód jest naprawdę dużo. Pamiętam taką historię z pewnym biegaczem. Biegłem wtedy przez Syberię, od samego Władywostoku, gdzie dołączył do mnie maratończyk. Trochę starszy ode mnie pan mający na koncie wiele maratonów. Postanowił, że będzie biegł ze mną. Miał ze sobą spory bagaż i nawet miał specjalne auto serwisowe, które mu pomagało. Już pierwszego dnia jego bagaż wiozło auto, a on tylko biegł obok. Ja natomiast biegnąc,  ciągnąłem swój wózek z całym ekwipunkiem, który jest potrzebny, żeby przeżyć. Drugiego dnia jego auto serwisowe musiało go opuścić. Trzeciego dnia sam zrezygnował. Zwyczajnie nie dał rady. A miał w maratonach naprawdę dobre wyniki. Chcę tu powiedzieć, że osoba biegająca w maratonach na wyższym poziomie niekoniecznie poradzi sobie na dystansach ultra bądź na takich wielodniowych wyprawach trwających od świtu do nocy. Biegnie się wtedy wolniejszym tempem, ale jednak cały dzień. Trzeba tak umiejętnie rozkładać siły, by wytrzymać do końca.

Jakieś mrożące krew w żyłach sytuacje również się zdarzają?

Tak naprawdę cały czas. Podczas wypraw jestem zdany sam na siebie. Np. będąc w Hiszpanii musiałem przeprawić się przez rwącą rzekę płynącą w skalnym wąwozie. W trakcie wyprawy ciągnąłem za sobą kajak. Postanowiłem więc pokonać tą rzekę w kajaku, pozwalając tym samym zregenerować się nogom. Niestety zaliczyłem wywrotkę i z całym sprzętem zacząłem się topić. Adrenalina jednak wyzwoliła we mnie ogromne pokłady energii i pozwoliła wydostać się z wąwozu. Inne sytuacje to te ze zwierzętami. Będąc w Pirenejach spotkałem się oko w oko z wilkiem, który ma w zwyczaju atakować osobniki najsłabsze ze stada lub chore. Byłem wtedy w formie, zatem odpuścił mi. Jednak nigdy nie wiadomo, jak zareaguje dzikie zwierzę. Bardziej niebezpieczny moment wspominam, kiedy nocowałem pod namiotem na pustyni kamiennej w stanie Arizona. Otoczyły mnie wtedy kojoty. Byłem wtedy w namiocie i wiedziałem, że w każdej chwili mogą zaatakować. Wpadłem wtedy na pomysł, by rozpalić ogień. Nie mogłem jednak wyjść na zewnątrz, bo to groziło atakiem. Podpaliłem bluzę dresową i w momencie, kiedy zaczęła się już mocniej palić, otworzyłem namiot i wyrzuciłem na zewnątrz. Kiedy kojoty zobaczyły ogień, przestraszyły się i uciekły.

Z naturą, zwierzętami trzeba postępować ostrożnie. Umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach pozwala przełożyć pewne sytuacje na życie codzienne, gdzie do czynienia mamy z ludźmi. Były jakieś szczególne momenty właśnie ze strony ludzi? Jak reagowali na widok samotnego biegacza?

Na pewno wzbudzałem pewnego rodzaju zainteresowanie. Jako, że biegłem ciągnąc za sobą wózek z całym ekwipunkiem, było widać, że mam duże obciążenie. Ludzie zatrzymywali się, robili ze mną zdjęcia, pytali gdzie i po co biegnę. Wiele razy spotkałem się z pomocą, zupełnie bezinteresowną. Dostawałem coś do jedzenia, picia, czasami ludzie dawali pieniądze. To cieszy, że są na świecie jeszcze dobrzy ludzie. Choć przykre sytuacje również się zdarzały. Będąc w Hiszpanii, w nocy, po wypadku z kajakiem, gdzie straciłem większą część ekwipunku, znalazłem się przy barze. Miałem na sobie tylko plecak i raczej przypominałem włóczęgę. Przy tym barze stało kilku młodych ludzi. Jeden z nich miał psa, dość agresywnego – bulteriera. Kiedy mnie zobaczył, poszczuł mnie tym psem. Pamiętam, że pies ten rozpędzony biegł w moją stron, a tuż przede mną się zatrzymał. Tylko dlatego, że się go nie bałem. Przypomniałem sobie sytuacje kiedy stałem oko w oko z wilkiem, który mi odpuścił i nie zaatakował. Pomyślałem wtedy, że skoro ten profesjonalny zabójca, jakim jest wilk, darował mi życie, to co taki pies może mi zrobić.

Jak na te wyprawy reaguje rodzina? Protestuje, kibicuje, wspiera?

Rodzina cały czas mnie wspiera i mocno trzyma kciuki. Czy to na treningu, czy na trasie, gdy jestem w trakcie jakiegoś ultramaratonu. Na początku zawsze protestują. Za każdym razem, kiedy mówię o nowym planie, pytają „a co będzie z nami?”. Prawda jest taka, że oprócz przygotowań do danego startu czy wyprawy, chcę zapewnić bezpieczeństwo rodzinie. Na co dzień normalnie pracuję, jak każdy człowiek. Stąd, aby móc gdziekolwiek wyruszyć, potrzebny jest sponsor, który pomoże mi i rodzinie w czasie, w którym nie pracuję lecz biegnę. Nie raz są to wyprawy kilkumiesięczne i nie mogę sobie pozwolić na pozostawienie najbliższych mi osób bez opieki. Choć zawsze się śmieję i jak ktoś pyta o reakcję rodziny na moje plany to mówię, że właściwie to rodzina nic nie wie. Wychodzę tylko wyrzucić śmieci, a wracam po zakończeniu wyprawy. To wszystko jednak są żarty, a tak naprawdę rodzina jest dla mnie najważniejsza. Wyruszając w podróż muszę mieć pewność, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik i że nic im nie zagraża. Dopiero w momencie, kiedy pojawia się sponsor, jest pewność wyjazdu. Jeżeli nie uda się pozyskać pomocy, bo i tak się zdarza, zwyczajnie rezygnuję i nie biegnę. Potrafię odpuścić i powiesić buty na kołku. Nie mogę sobie pozwolić na egoizm i wyruszać za wszelką cenę. Tupać nogami, że bieganie jest dla mnie wszystkim i koniec kropka. Chcąc czuć spełnienie w pasji, musimy zadbać o szczęście rodziny. Generalnie już obiecywałam, że nie będę biegał, a tu znów pojawia się kolejny pomysł. Musi być wsparcie, zrozumienie, szczęście. Inaczej pasja traci smak.

Przed Panem kolejny start w Spartathlonie. Wiadomo, że w trakcie takich dystansów biegnie się głową i cały czas jest walka z własnymi słabościami i psychiką. Jakie emocje towarzyszą przed startem i na mecie? Jest stres, adrenalina czy może spokój i wyciszenie?

Im dłuższy dystans, tym ta adrenalina jest większa. Człowiek dużo trenuje wcześniej, ale wie, że stając na linii startu ultramaratonu powyżej 200 km, wszystko może się zdarzyć. Obok adrenaliny jest także pokora przed tym kilometrażem. Spartathlon to niemal sześć klasycznych maratonów. Do tego dochodzi teren. Jest to Grecja, a więc i są góry – bardzo trudne warunki. W biegu tym uczestniczyłem trzykrotnie, a mimo to każdy z tych biegów był inny.

Miewa Pan w trakcie takich zawodów chwile zwątpienia, czy raczej biegnie się lekko, przyjemnie i bajecznie?

Biegnie się lekko i przyjemnie, kiedy odpowiednio się przygotujemy. Im więcej potu wylejemy na treningach, tym łatwiej będzie nam przetrwać dystans. Kryzysy oczywiście pojawiają się.  W moim przypadku są to typowe zatrucia organizmu. W trakcie biegów całodobowych trzeba jeść i pić. O ile podczas osobistych wypraw mam swój serwis i jedzenie, to na zawodach już tego serwisu nie mam. Jestem zdany na ekwipunek zapewniony przez organizatorów. To chyba jest główną przyczyną podtruć. Typowej ściany nie mam na takich dystansach. Jeżeli biegło się wcześniej takie kilometraże, to organizm nasz zna już ten wysiłek i radzi sobie z nim. Do tego stopnia, że być może gdybym nie potrzebował snu, to mógłbym biec bez przerwy kilka dni, a może nawet i tydzień.

Co jest dla Pana największą nagrodą po takim morderczym dystansie?

Zdecydowania jest to chwila, w której można stanąć na podium. Chyba dla każdego biegacza jest to piękny moment. Nie zawsze uda się stanąć na pierwszym miejscu, jednak zawsze jest to podium. Wśród wszystkich tych, którzy ze mną rywalizowali i z pewnością doceniają trud i wysiłek włożony w osiągnięty sukces.

Czy oprócz udziału w Spartathlonie ma Pan jeszcze jakieś biegi w planach?

Do Spartathlonu chciałbym dorzucić jeszcze kolejny UltraBalaton (Bieg wokół jeziora Balaton – Węgry) oraz Badwater Ultramarathon, czyli słynny bieg Doliną Śmierci, który odbywa się w ekstremalnie trudnych warunkach pogodowych. Temperatura sięga nawet do +50 stopni Celsjusza w cieniu. Ten bieg jednak nie jest jeszcze potwierdzony. Dopiero w okolicach lutego otrzymam odpowiedź na zaproszenie i wszystko się wyjaśni.

Czy przemierzając tak naprawdę nie setki, a tysiące kilometrów, miewa Pan jakieś kontuzje?

Oczywiście zdarzają się, jednak są one dość rzadkie. Organizm jest wytrenowany i taki wysiłek nie robi na nim wrażenia. Kontuzje pojawiają się raczej przy nie odpowiedniej technice biegu i źle dobranym sprzęcie, obuwiu. Takie elementy mam już opanowane. Trzeba wsłuchiwać się w swój organizm i nie nadwyrężać go na siłę. Kiedy biegnę w ultramaratonie, biegnę po wiadomy cel. Jak już wspomniałem wcześniej, na takiej trasie może zdarzyć się wszystko. Nawet kontuzja. Kiedy zaczyna boleć kolano, staram się odciążać daną stronę i biegłem bardziej na drugiej nodze, przekrzywiony. Jednak dzięki temu, że organizm jest wytrenowany, dobrze odżywiony, kontuzje zaleczają się szybciej i sprawniej. Nasze stawy lubią ruch, kiedy się nie ruszamy zaczynają boleć. Trzeba je zwyczajnie ścierać, dzięki czemu szybciej dochodzą do siebie.

Czym tak naprawdę jest dla Pana bieganie?

Jest całym moim życiem. Nawet kiedy nie biegnę, choć pewnie ciężko uwierzyć, że są takie momenty, to myślę o bieganiu. Zastanawiam się, co mogę poprawić, zmienić, żeby lepiej biec. Wspominam, rozmyślam przeżyte starty, planuję kolejne. Bieganie jest cały czas w mojej głowie i sercu. Jest moim wiernym towarzyszem.

Mówi się, że podróże kształtują, bieganie umacnia. Czy bieganie Pana w jakiś sposób zmieniło?

Przede wszystkim bieganie nauczyło mnie pokory. Przed warunkami atmosferycznymi, przed przyrodą, dzikimi zwierzętami. Również nauczyłem się dystansu do ludzi i nie oceniam ich dopóki nie poznam bliżej. A najlepiej poznajemy ludzi w biedzie, gdy mamy jakiś problem. Cenię ludzi, którzy potrafią poświęcić czas, który jest przecież tak cenny i potrafią obdarzyć zwykłym ciepłem i dobrym słowem. 

Jakie egzotyczne miejsce poleca Pan do biegania?

Najpiękniejsze są te, gdzie natura, przyroda cieszy oko. Gdzie można godzinami wpatrywać się w krajobraz i nigdy się to nie znudzi. To są oczywiście góry, tereny nadmorskie, małe wioski, doliny, lasy. Podziwianie wschodów i zachodów słońca w takich krajobrazach to najpiękniejsze momenty. Tak oczywiste i proste, a jednak przez większość ludzi niezauważalne.

Bo bieganie kształtuje, umacnia, rzeźbi i przede wszystkim uwrażliwia. Szlifuje nasz wewnętrzny „diament”. Jest naturalną czynnością pozwalającą docenić te najprostsze i zarazem najważniejsze wartości. Pozostaje nam głośno kibicować i trzymać mocno kciuki za pana Piotra, który swoją postawą zasłużył na miano Wielkiego Człowieka, o jeszcze większym sercu.