Korzystaj wygodnie z naszego serwisu dzięki najnowszej aplikacji mobilnej dostępnej na Twojego Iphone’a i I’Pada!

Zamknij

Słów kilka o przygotowaniach do debiutu w Maratonie Wrocław

Słów kilka o przygotowaniach do debiutu w Maratonie Wrocław

Pierwszy w życiu maraton za mną. Warto w tym miejscu pokusić się o krótką refleksję nad tym, co wydarzyło się przez ostatnie 6 miesięcy.

Ufam, iż zarówno ja przygotowując się po raz kolejny do tego było nie było wymagającego dystansu, jak i podobni mnie debiutanci skorzystają z dorobku doświadczeń, które udało zgromadzić się w trakcie przygotowań.W przygotowaniach do maratonu biegałem miesięcznie w granicach 250-400 kilometrów. Wydawać by się mogło, że sam dystans maratonu to niewiele znaczący procent tego kilometrażu robionego na treningu, nic jednak bardziej mylnego, ale o tym za chwilę...

Kilometraż poszczególnych miesięcy:

  • Listopad 237 km
  • Grudzień 339 km
  • Styczeń 400 km
  • Luty 284 km
  • Marzec 361 km
  • Kwiecień 200 km

Historia mojego biegania jest... krótka. Biegam regularnie od niespełna 6 miesięcy. Wcześniejsze występy to raczej epizody aniżeli nastawienie na wynik, to jednak również w jakimś stopniu wpłynęło na poziom formy i zdeterminowało późniejsze przygotowanie, tworząc tzw. poziom wyjściowy.

Decydując się na pokonanie dystansu maratonu zakładałem wielce ambitny plan trzech godzin i trzydziestu minut. Praktycznie od 01.11.2006, kiedy to rozpocząłem cykl przygotowań, moje działania podporządkowane były startowi. Dieta, trening, praca, inne formy aktywności fizycznej miały na celu zoptymalizować moje życie i ustawić mnie na odpowiednich torach, zmierzających ku jednemu, osiągnięciu swojego. Wydawać by się mogło, że 29-letni, zdrowy, zorganizowany mężczyzna nie powinien mieć większych problemów z zaplanowaniem i realizacją założeń na przestrzeni 6 miesięcy. Tu jednak, już na przedsionku pojawia się wiele niewiadomych, wiele czynników, które mogą tak a nie inaczej wpłynąć na cykl, że trudno wyrokować, czy realizacja planu przebiegnie w 100%.

Plan – planem, realizacja – realizacją, a życie – życiem. Chyba nie ma amatora, któremu udałoby się wypełnić 100% założeń treningowych, to praktycznie jest a wykonalne. Tak czy inaczej wkładałem całe serce, aby z tego półrocznego okresu wyciągnąć jak najwięcej. Wydaje się, iż wsłuchiwanie się w głosy i sygnały wysyłane przez organizm jest rozsądnym rozwiązaniem, nawet jeśli miałyby na tym ucierpieć piękne statystyki konstruowane misternie po każdym treningu. Samopoczucie, werwa, chęci, świeżość to może nie najtrafniejsze parametry determinujące czy też określające moje poczynania, tym niemniej amator dysponuje jedynie takim orężem. Niestety szarych biegaczy, jakich przykładem jest moja osoba nie stać na specjalistyczne badania określające stany zmęczenia, regeneracji, zakwaszenia i wiele wiele innych badań dostępnych dla trenujących profesjonalistów. My musimy skupić się na sobie i być sobie zarówno sterem jak i żaglem jednocześnie.

Na co postawiłem

Od razu przychodzą mi do głowy dwie rzeczy: systematyczność i odmienność. O ile pierwszej nie trzeba tłumaczyć tak o drugiej wtrącę kilka groszy od siebie.

Okres przygotowawczy to w znacznej mierze standardowy plan p.Skarżyńskiego mający na celu przygotowanie pod 3:30. Zmiany jakim uległ ten plan to wszechobecne krosy. Pomimo, iż w planie był planowany kros to jednak ja go tak zmodyfikowałem, że praktycznie 90% treningu była ganiana po górkach. Wbrew pozorom OWB1 też może być robione na trasie krosu, po prostu trzeba tylko odpowiednio zwolnić, a pulsometr, z którym się nie rozstaję sprawdza się przy tej okazji wyśmienicie.

Podobnie sprawa ma się w przypadku wycieczek biegowych (bywało, że 25-cio kilometrowych), które również zaliczałem na swojej 610-cio metrowej pętelce krosu. Zmęczenie po tym było mocno odczuwalne, ale za to po okresie przygotowawczym ani razu nie robiłem siły biegowej w stricte tego słowa znaczeniu, a podczas samego już maratonu nie brakowało pomimo to tzw. „pary w nogach”. Odmienność, modyfikacja – jakby tego nie nazwał przyniosły skutek i tego będę się trzymał w następnych cyklach przygotowawczych do maratonu.

Po okresie przygotowawczym, po zejściu z górek, nogi miałem mocno zamulone, byłem silny ale wolny, miałem jednak dużo czasu, aby uzyskać zarówno szybkość jak i wytrzymałość.

Rozpoczął się ten trudniejszy okres treningu, gdzie trzeba było zacząć biegać w tempie maratonu, gdzie treningi stawały się coraz dłuższe, bo i kilometraż ulegał wydłużeniu. Bieganie pochłaniało coraz więcej czasu, ale i tak istotne było tylko jedno, osiągnąć cel. Trzeba o tym ciągle pamiętać i nawet na chwilę nie stracić z oczu tego, co się wyznaczyło.

Pod koniec tego mikrocyklu pojawiły się wątpliwości, czy czas 3:30 to odpowiednio podniesiona poprzeczka. Liczni, wielokrotni maratończycy patrząc na mój stan wytrenowania wyrokowali, iż biegnąc na 3:30 nie wyjdę nawet z pierwszego zakresu intensywności. Tak też dałem się namówić na szarpnięcie się na 3:15. Tego czasu trzymałem się już przez cały następny okres, czyli BPS (bezpośrednie przygotowanie startowe). Te 8 tygodni, realizowane wg planu Greifa uczyniło z moich nóg „maszynę do zaliczania kilometrów”. Żaden trening nie był mi straszny, choć nie powiem, że nie dostałem w kość podczas tych 7 tygodni wchodzących w skład BPS. Ósmy tydzień to już luzowanie i mega obijanie, choć z punktu widzenia komentarza do planu jest on nie mniej istotny jak pozostałe siedem.

BPS to już nie tylko trening, to dodatkowo starty na 10km (40:06 – Maniacka 10 w Poznaniu) oraz półmaraton w Przytoku (1:28:08). Generalnie wyniki z tych dwóch sprawdzianów napawały optymizmem na przyszłość, jednak maraton rządzi się swoimi prawami i tak na prawdę nikt nie był w stanie powiedzieć na ile jestem gotowy, nawet ja sam.

Tydzień przedstartowy

W sobotę, na tydzień przed startem czułem się fatalnie, jakby rozjechał mnie pociąg, zero sił, zmęczenie ogromne. Zrezygnowałem z większości treningów w tygodniu startowym. Jak się okazało opłaciło się porządnie odpocząć. Najwidoczniej, jestem typem, który woli przed startem leniuchować, aniżeli dożynać się do końca. Mnie to służy, w innych przypadkach wcale nie jest powiedziane, że będzie podobnie.

Cel

Został określony, raz zmieniony, ale wytyczony. Zestaw środków jakimi posłużyłem się w przygotowaniach do próby osiągnięcia 3:15 był dość bogaty. Tradycyjna piramida została zachowana, a ja zostawiłem sobie te naprawdę mocne akcenty na przyszłość. Wyszedłem z założenia, że nie ma co wykorzystywać od razu armaty, aby ustrzelić muchę. Prawda jest taka, że aby zrealizować me końcowe, daleko perspektywiczne cele (czyli 2:45) teraz należy się „oszczędzać”, a później popuścić wodze fantazji, a tak czy inaczej asfalt zweryfikuje resztę.

Trasa

O trasie maratonu Wrocław raczej nie można powiedzieć, że jest marzeniem każdego maratończyka, pomimo trasy płaskiej i dość szybkiej posiada wiele mankamentów natury technicznej, o których wielu woli szybko zapomnieć. Mam tu na myśli 4 kilometry końskich łbów, jak potocznie zwykło nazywać się kostkę brukową oraz odcinek trasy, gdzie płyty betonowe tworzyły swoisty tor przeszkód. Każda płyta tego chodnika ułożona była pod innym kątem, przez co moje nogi zachowywały się jak nie moje. Bardzo dziwne uczucie łączące niemoc w nadążaniu za co rusz zmieniającymi się ustawieniami kąta położenia stopy względem podłoża oraz wysokimi amplitudami wysokości tychże płyt. Masakra, ale to na szczęście jedyne mankamenty tej imprezy.

Start

Podniosła atmosfera panowała w Rynku już w sobotę, kiedy to odbyła się pasta party oraz szereg imprez towarzyszących. Nic jednak nie mogło przyćmić tego, co działo się na wrocławskim rynku w niedzielę. Ruch, zgiełk, wszechobecność biegaczy oraz kibiców to wszystko napawało radością i chęcią do życia. Dodatkowego smaczku dodawała nagroda specjalna rozlosowana po biegu pomiędzy uczestnikami (Smart Fortwo). Kwintesencję stanowił jednak sam Maraton. To dla niego zjawiły się w jednym miejscu te rzesze ludzi, to fascynacja tym mistycznym dystansem absorbuje uwagę tysięcy i trzeba przyznać, że nie bez podstaw jest tak a nie inaczej. Maraton Wrocław już dawno zasłużył sobie na miano jednego z najlepszych, a zgromadzeni na starcie zawodnicy są tego żywym dowodem. Wracający co roku ci sami, wierni tradycji i wysokiemu poziomowi zawodnicy, zadowoleni kibice oraz ich niezatarte wspomnienia są najlepszą wizytówką tytanicznej pracy wkładanej przez wiele miesięcy przez organizatorów.

W tym miejscu przydałoby się kilka słów o moim starcie. Jako, że lubię uczyć się na cudzych błędach, zamiast na swoich, wykorzystałem w swoim debiucie kilka powszechnie głoszonych prawd dotyczących startu w maratonie. Mianowicie: nie spalić się na początku, starać się w miarę równym tempem pokonać zarówno pierwszą jak i drugą połówkę, pić – pić – i jeszcze raz pić, czasami coś przekąsić, pamiętać o 35 kilometrze, gdzie zazwyczaj pojawia się tzw. ściana.

Nieskromnie powiem, że wszystko się udało. Pierwsze 3 kilometry założyłem, że pokonam w tempie 4:45 (pomyliłem się o sekundę, ale to przez wolny start, gdzie na pierwszym kilometrze miałem 5:00), następnie zakładałem przyspieszyć do 4:30/km i tego trzymać się do 30 kilometra (zaś pomyłka wyniosła 1 sekundę). Od 30 kilometra myślałem tylko o 35 kilometrze, pojawi się, czy się nie pojawi sławna ściana? Na szczęście ominął mnie ten element.

Jako, że do 30-go kilometra udawało się utrzymać 4:31/km, tak więc i resztę postanowiłem pokonać z tą prędkością, wyszło nieznacznie szybciej, bo 4:30/km. Co do równych połówek, miałem jedynie 20 sekund różnicy pomiędzy jedną a drugą, nie jest to chyba, aż taka różnica, która dyskwalifikowałaby to osiągnięcie jako udane. Oczywiście pamiętałem o piciu (na 3 punktach rozstawiłem swoje butelki: 15 (woda), 25 i 36 (powerrade) kilometr – do każdej przyczepiłem banana). To pozwoliło mi znieść cały dystans bez większych problemów wydolnościowych, odwodnienia i uczucia ogarniającego głodu.

Całość dystansu pokonałem w czasie 3 godzin 11 minut i 34 sekund, co jak na debiut uważam za dość satysfakcjonujący wynik. Grunt to to, że widzę gdzie można coś poprawić i mogę piąć się w górę podnosząc sobie poprzeczkę coraz wyżej.

Organizacja

Jak już wspomniałem Maraton Wrocław to klasa sama w sobie. Stanowczo można powiedzieć, że sama organizacja jak i cała oprawa to wzór godny naśladowania. Piękne medale, brak oszczędności na detalach dodają splendoru i tak już wysokiemu poziomowi temu jakże bogatemu w tradycje świętu całego Wrocławia. Życzyłbym sobie, aby dobry pomysł, profesjonalne zaangażowanie nie tylko ze strony organizatorów, ale i rzeszy wolontariuszy oraz władz miasta gościły na każdym biegu, w którym będę brał udział.

Zamknij