Obóz w Szklarskiej Porębie

Swego czasu portal dedykowany biegaczom – bieganie.pl – poinformował światek biegowy o możliwości wyjazdu na obóz sportowy do Szklarskiej Poręby. Warto dodać, że amatorzy, którzy chcieli nabyć odrobinę wiedzy na temat tej fascynującej nas dyscypliny mogą ją zaczerpnąć od samej Małgorzaty Sobańskiej. Pierwszy turnus ruszył 4 lipca, a my przedstawiamy sprawozdanie jednego z uczestników tego arcyciekawego przedsięwzięcia: Artura Dębickiego.

Sobota, 04.07.2009

Przyjazd. Wsiadamy do pociągu o 22 wieczorem, mając w perspektywie 12 godzin jazdy do Szklarskiej. Jesteśmy zmęczeni, ale radośni – urlop się zaczął, przed nami wspólne nieznane. Ekscytujące, na swój sposób. Super. Bardzo się cieszę.

Przedział jest pełny, osiem osób od 22.45 do 5.30 rano, do Wrocławia. Główny problem, to jak się ułożyć. Wybieramy wariant siedzenia naprzeciwko siebie, żeby mieć możliwość wyciągnięcia nóg. Nie jest to specjalnie wygodne, potrzeba trochę kręcenia i układania się w nocy, ale co tam, może, czy raczej musi być. Od Wrocławia jest nas już czwórka w przedziale, jeszcze godzinka czy półtorej snu. Potem już tylko poranne zabijanie czasu.

W Szklarskiej jesteśmy po dziesiątej, wysiadamy na Górnej, patrzymy na plan, łapiemy ogólną orientację w terenie i idziemy do hotelu. Na szczęście zakwaterowanie jest od razu, więc w południe możemy już się wybrać na miasto, coś zjeść, rozejrzeć się, poczekać do 18, kiedy ma być kolacja. Ola umiera z głodu, ja odczuwam tylko umiarkowane ssanie, więc jeden obiad, jedna polska, czekolada i dwa desery wystarczają nam w zupełności. Jeszcze jakieś piwo, niezbędne drobiazgi w sklepie i wracamy do hotelu na kolację.

Siadamy przy stole, wsuwamy makaron, kanapki, herbatkę i idziemy na spotkanie organizacyjne. Przedstawia się nam szefostwo organizacyjne – trzy osoby – i sportowe, również trójkowe. Dowiadujemy się, że czeka nas dzisiaj jeszcze wyjście na trening, potem dostaniemy rozkład jazdy. Piotr, osobisty trener Małgorzaty Sobańskiej ma prowadzić najwolniejszych, Ola, zajmująca się naszą dietą, weźmie średnią, Gosia Sobańska poleci z najszybszymi. Dowiadujemy się mniej więcej co nas czeka w najbliższych dniach, jakiś drugi zakres w poniedziałek, jakaś wycieczka w środę, jakieś rozruchy codziennie koło 7:30. Nie ma co – obóz sportowy pełną gębą. I dobrze.

- Wystartuj -

Dostajemy jeszcze bardzo przyjemne koszulki biegowe – no i czas rozpocząć „tańce”, idziemy się przebrać.

Pytam się Oli, czy wybierze imienniczkę czy leci z najwolniejszymi? Mówi, że najwolniejszych. Ja mam zamiar polecieć z Gosią Sobańską, jestem bardzo ciekaw, jak to będzie wyglądało. Tempo wzmiankowane to 5’30” – 5’00”. Co prawda biegam zwykle wolniej, ale z drugiej strony tempa sugerowane mi przez VDOT Danielsa to właśnie 5’20” – 4’50”, więc, zakładając, że Szklarska przez swój mikroklimat i ukształtowanie terenu nie będzie miała jakiegoś drastycznego wpływu, to powinno być okej.

Zbieramy się przed wejściem do hotelu, pamiątkowa fota – i startujemy. Nie wiem dlaczego, wydawało mi się, że ten trening ma mieć 6-8 kilometrów. Nabrałem się. Biegło mi się źle, czułem makaron, no i dawno nie biegłem takim tempem standardowego odcinka. Nawiasem mówiąc tempo też było mocniejsze, raczej w granicach 5’10” – 4’40”, przynajmniej według mojego Polara. Średnio wyszło około pięciu minut na kilometr.

Czterdzieści minut jakoś przeleciało, mój żołądek dał sobie radę z tym, co mu tam zalegało – no i wreszcie przyszedł fun. W końcu o to chodzi, nie ? Pociągnąłem za język trochę kolegę z tb.pl, trochę naszą prowadzącą. Zrobiliśmy pętlę, dobiegliśmy z powrotem, w sumie jakieś 16 kilometrów w godzinę dwadzieścia. Wróciliśmy na górę, to ten minus tutaj, powroty z treningu są pod górę. Miałem klucz, więc Ola musiała na mnie poczekać. Trzeba o tym pamiętać i zostawiać klucz w recepcji. Odhaczone, zapamiętane. Krótka, czy może nie taka krótka wymiana wrażeń – jest fajnie, podoba nam się. Prysznic i do miasta na jakieś integracyjne piwo. Wchodząc pod prysznic zahaczam nogą o próg, niestety jest różnica poziomów, no i robię sobie drobną szkodę. Spirytus, plaster, oby tylko nie poprawić w to samo miejsce.

Wracamy koło północy, jednak trzeba się wyspać, jutro od rana zaczyna się zabawa.

Niedziela, 5.07.2009

Plan na dzisiaj to poranny rozruch, potem jakieś 12 kilometrów, siłownia i 6 do 8 kilometrów po południu na drugie danie. Budzę się koło 6:40, czterdzieści minut przed budzikiem, niestety już nie mogę zasnąć. Ola wstaje, mówi że jest jej duszno, otwiera okno – i wtedy dociera do mnie jaka za oknem jest pogoda. Leje.

Oj, nie jestem zadowolony. Nie uśmiecha mi się bieganie w deszczu, patrzę w niebo ale to co widzę nie nastraja mnie optymistycznie. Nie wziąłem z Gdyni kurtki, mam trzy i zapomniałem o nich podczas pakowania. Szkoda. Ale – pogoda sprawia miłą niespodziankę. Dziesięć minut przed wyjściem przestaje padać. Ubieramy się, schodzimy na dół. Są wszyscy – bądź prawie wszyscy. Spora grupka. Lecimy na stadion, to jakiś kilometr, nie sądzę, żeby było więcej.

W ramach porannego rozruchu mamy kilka kółek truchtu, trochę przeplatanek, rozciąganie. Dwadzieścia do trzydziestu minut. Piotr wspominał, że rozruch poranny powinien być wkomponowany w trening, to znaczy logicznie połączony z tym, co było biegane poprzedniego dnia oraz z tym, co będzie biegane dzisiaj. Niestety, nie wiem jeszcze, co się z czym konkretnie łączy, mam zamiar się dowiedzieć przed wyjazdem. Plus, jako bonus, dodaje się też do rozruchu te ćwiczenia, które się robi najrzadziej.

Brzmi ciekawie.

Wracamy, jest ósma, od ósmej do dziesiątej mamy śniadanie. Szwedzki bufet. Herbata, kawa, kakao, ser żółty, twaróg, jajka, pomidory, ogórki, chleb jasny i ciemny, a także, co mnie bardzo cieszy, jogurt, płatki kukurydziane i kulki kakaowe. Całkiem miło. Potem do pokoju i zaczynamy przygotowanie psychiczne do następnego dnia. Ola ma 6 kilometrów, drogą pod Reglami, ja 10-12 tą samą drogą, tylko dalej. A potem siłownia. Schodzę z nią o 10:30, stoimy, śmiejemy się, pogoda przyzwoita, trochę zachmurzone ale nie pada – jeszcze. Grupa startuje, ja wracam do pokoju, przebieram się, schodzę. Jest nas dziewięć osób.

No to jazda.

Początkowo nie jest najgorzej, chociaż trochę mnie zatyka. Jedziemy tempem wczorajszym, znaczy się to będzie standardowe tempo. I dobrze, trzeba je po prostu polubić. Przebiegamy przez miasto, mijamy naszych już wracających. Dobiegamy do lasu. Grupa się rozciąga. Zostaję trochę z tyłu, biegnie mi się średnio. Na piątym Gosia mówi, że można tu zostać i poczekać – ale nie, lecimy dalej. Nawrót. Jest mi gorąco – i muszę się załatwić. Staję na chwilę, schodzę do przepływającego strumyka – jednego z wielu – i staram się ochlapać głowę. Wybrałem zły brzeg, jest tu dosyć stromo, ale za to znajduję korzeń prawdziwka. Bardzo dużego prawdziwka, wyciągam go i biorę ze sobą, chcę pokazać Oli, taki suplement do opowieści z wczoraj na temat wysypu grzybów.

Zostałem dość sporo z tyłu, więc trochę przyśpieszam, żeby dojść grupę. W mieście na skrzyżowaniu spotykamy resztę, czekają na nas. Wdrapujemy się na górę, koło parku linowego, tam jest stadion, a obok siłownia. Na sali wymieniamy się z poprzednikami, Piotr objaśnia ćwiczenia – i jazda, trening stacyjny. Ćwiczenia są pogrupowane na zmianę, góra – dół, nie robimy na przykład najpierw ćwiczeń na poziom „powyżej bioder” a potem na dół. Dwadzieścia sekund na stację nie jest jakieś bardzo wymagające. Dwie serie, trochę rozciągania i ćwiczeń rozluźniających i wracamy do hotelu na obiad.

Pomiędzy obiadem a treningiem popołudniowym schodzimy na dół, koło recepcji jest hot spot. Ściągamy pocztę, wysyłam sms do Piotra Beneckiego, mieszka niedaleko, umawiamy się wstępnie na wieczór, potem do łóżka. Ola zasypia, ja chwilę drzemię, ale jakoś nie mogę zasnąć głębokim snem, więc wstaję i decyduję się napisać relację z pierwszego dnia. Mam zamiar pisać na bieżąco sprawozdania. Wysyłam opis na treningbiegacza.pl, potem się przebieramy – i na popołudniową orkę.

Wychodzimy spod hotelu razem, grupa Oli skręca w prawo, na stadion, my biegniemy w lewo. Droga prowadzi cały czas pod górę – a może to tylko złudzenie ? Sprawdzę później na Polarze, aż jestem ciekaw. Biegniemy obok torów kolejowych, to jest przedłużenie tych, które prowadzą do Szklarskiej Poręby Górnej. Ale to jest stacja końcowa, a zatem albo są to tory wojskowe, budowane dla Układu Warszawskiego, albo jeszcze wcześniejsze. Nie pamiętam, kto miał te tereny – czy to były Austro – Węgry ? A może Niemcy ? Czechosłowacja chyba nie. Raczej nie była to Polska przed Drugą Wojną. Ciekawi mnie to, notuję w pamięci, żeby sprawdzić później tę historię.

Biegniemy dalej, piętnaście minut jednostajnie pod górę, potem sześć minut po płaskim i na koniec 10 minut w dół. W sumie koło sześciu kilometrów. Potem na stadion, tam pięć ostrych kawałków po trawie, na bosaka – i na kolację.

A po kolacji w ramach zakończenia dnia umawiamy się z Piotrem Beneckim na piwo. Piotr prowadzi nas jakimiś skrótami, bokami, lądujemy w przefajnym Barze na Winklu, przy ciemnym (tmavym) browarku. Piotr opowiada między innymi jak się urodził maraton karkonoski, i o maratonie izerskim, fajnej, kameralnej imprezce biegowej robionej tydzień później.

Dwie godzinki miło spędzone – i czas wracać, do domu. Jesteśmy padnięci, a jutro nowy dzień i nowe atrakcje.

Podczas przerwy poobiedniej podliczam tak z grubsza kilometraż. Wychodzi mi, że powinniśmy przebiec na obozie około 120 kilometrów w ciągu tego tygodnia. Schemat jest podobny, rano rozruch, do pół godzinki, na stadion i tam jakieś trucht plus rozciąganie. Przed południem danie główne, w niedzielę dwanaście kilometrów (w mojej grupie) rozbiegania i siłownia, w poniedziałek drugi zakres, we wtorek zabawa biegowa, w czwartek dwanaście kilometrów i Siła Biegowa, w piątek w planie są jakieś minutówki, razem 12-14 kilometrów i w sobotę klasyczne dwanaście kilometrów rozbiegania. Po południu w planie jest sześć do ośmiu kilometrów, plus coś na stadionie, na przykład płotki, tempówki, przebieżki, piłki lekarskie i tym podobne. Grupa pierwsza ma rozkład identyczny, tyle że w ich planie znajduje się połowa naszego kilometrażu, no i rzecz jasna w trochę wolniejszym tempie. W środę jest wycieczka biegowa, w planie jest wdrapanie się na Śnieżne Kotły – ale szczegółowe wykonanie będzie rzecz jasna zależało od pogody.

Wieczorem, po kolacji dla chętnych mamy saunę, koszykówkę czy siatkówkę na sali, basen.

Przy czym jest tak, że jeżeli ktoś ma ochotę wybrać się na jakąś wycieczkę w góry po okolicy to nie ma żadnego problemu.

Jest naprawdę fajnie.

Poniedziałek, 6.07.2009

Wchodzimy powoli w pewien rytm. Koło siódmej organizm mówi: „wstawaj, szkoda dnia”. Patrzę w lustro – widzę trochę opuchniętą twarz. Nos mam niestety ciągle pozapychany. Ola za to nie chce się zwlec. Wchodzę na króciutko pod prysznic, żeby się lepiej poczuć, wychodzę – a ona nadal w łóżku ! No co jest, kurna. To obóz sportowy, nie babskie leżakowanie. Jakoś – prośbą i groźbą: „Lepiej się poczujesz, zobaczysz”, „Ubieraj się, bo jak nie, to …” udaje mi się ją przekonać do wyjścia na poranny rozruch.

Na zewnątrz czeka na nas Piotr. Rozruch poranny, czyli na stadion, przebiec kilka kółek, trochę rozciągania, w sumie pół godzinki i wracamy na śniadanie. Po drodze podpytuję się Piotra o rodzaje rozruchu, obiecuje, że poświęci temu tematowi kilka minut jak będziemy w większej grupce.

Hotel, prysznic, przebranie w ciuchy, śniadanie. Wyjście Oli jest o 10:30, moje o 11. W planie mamy stadion, na nim WB2. Dla grupy pierwszej 2x4km, dla nas 6-8km.

Podczas śniadania dosiadam się do Piotra, opowiada trochę o bieganiu, jest podpytywany o różne rzeczy. Korzystam z okazji, żeby się spytać o dwie sprawy – nerwowość w domu jako objaw zbyt dużego obciążenia oraz długie wybiegania. Po chwili schodzi Gosia Sobańska, więc jest okazja zadać to samo pytanie i trenerowi, i jego podopiecznej.

O co mi chodzi – otóż czytałem, w wywiadzie – rozmowie z Paulą Radcliffe, że u niej w domu, kiedy biega zbyt dużo czy zbyt mocno, to zmienia jej się nastrój, jest nerwowa, pobudzona, może trochę opryskliwa. No i jej mąż zwraca jej na to uwagę. Pytam się, czy u nich jest podobnie. Mówią to samo, nie, raczej nie.

Interesują mnie też długie wybiegania. Jestem ciekaw, jak je biega Mistrzyni Polski. O ile to rzecz jasna nie jest tajemnica. Nie jest. Piotr mówi mi, a potem zawodniczka potwierdza, że biega koło 30 kilometrów. No, raz może pobiegła 35, jak zabłądziła. Ale – tu jest pewien haczyk. Otóż niedzielny długi bieg jest robiony po sobotnim treningu, którym jest na zmianę WB2/WB3/WB2, i kolejno w następnych tygodniach WB3/WB2/WB3. Rozbieganie niedzielne jest robione w tempie około 5 minut na kilometr, czyli razem jakieś 2,5 godziny. Czasowo jest to tyle, ile Gosia Sobańska biegnie maraton.

To ciekawe. Zauważyłem, czytając informacje dotyczące LSD u chartów, że czas ich trwania to właśnie czas maratonu z drobnym narzutem. Podobnie było na przykład również, kiedy rozmawiałem z Januszem, na temat trzydziestek piątek u Greifa. Moim zdaniem to ma sens.

Natomiast bardzo ciekawe jest to łączenie akcentu z rozbieganiem w postaci wycieczki.

Przy okazji, na pytanie ile biega Małgorzata Sobańska tygodniowo, odpowiedź brzmi – trochę ponad 200 kilometrów.

Te rozmowy przy stole są bardzo ciekawe, ale czas się zbierać. Odprowadzam Olę na dół, robię parę fotek i idę się szykować do swojego treningu. Idziemy na stadion, robimy rozruch biegowy – parę kółek – po czym przychodzi czas na dzisiejsze danie główne, drugi zakres.

No i niestety daję ciała.

Pierwsza grupa robi 2 razy po 2 kilometry. Ganiają aż miło. Widać po ich twarzach, że się starają. Fajnie. Każdy miał ustawiony czas, mieli biec po 5’00”, 5’10” i 5’20”. Trzymając tempo. My mamy biec po około 4’30”, ale pierwszy kilometr wolniej, w końcu sens tego treningu polega na przebiegnięciu całego dystansu.

No i jest samotny biały żagiel, Piotrek, z jego dyszką w tempie poniżej 4 minut.

Startujemy, pierwsze kółko, w połowie drugiego mam dosyć. Źle mi się biegnie. O co chodzi, po prostu nie jestem przyzwyczajony do takiego biegania. Zwykle biegam 20 do 45 minut w inny sposób, nieco szybciej, reguluję tempo oddechem. To znaczy – biegnę tak, żeby brać wdech na dwa kroki, prawa/lewa i tak samo wydech. Łapię wtedy pewien stan równowagi, i jest w miarę dobrze.

Tylko, że to nie jest drugi zakres, to Danielsowski Threshold. Przed obozem mówiłem sobie, że nie po to jadę z kimś, żeby biegać coś swojego. Niestety, biegnie mi się tak kiepsko, że decyduję się przyśpieszyć. Przebiegłem 10 kółek – 4 kilometry – w tempie między 4’20” a 4’15” (17 minut z groszami), ale miałem dosyć po tych dziesięciu. Poczekałem na resztę, przepuściłem dwa kółka, po czym podłączyłem się na trzy. Myślałem, że dokręcę jeszcze znowu z 10, ale nie było szans, byłem naprawdę zmęczony. Padłem na trawę i dochodziłem do siebie.

W zamian usłyszałem od Gosi, że „zawodnik jest niesforny”. No fakt, jest. Notuję w pamięci, żeby pobiec jeszcze raz drugi zakres, możliwie na stadionie, bez wygłupiania się. Dwadzieścia kółek po około 4’30”. Tyle, że już nie w Szklarskiej. No dobrze …

Potem jeszcze trochę truchtania, jakieś bieganie po trawie, rozciąganie.

Wracamy do hotelu, prysznic, mała partia remika, no i na obiad. Potem odpoczynek na leżąco, potrzebuję tego.

O 17:30 trening popołudniowy, znowuż szóstka, tym razem w drugą stronę. Podbieg ostrzejszy ale zbieg spokojniejszy. Można zobaczyć, co bardziej nam odpowiada. Wracamy na stadion, tutaj Piotr proponuje nam płotki. Demonstruje trzecia osoba z kadry trenerskiej, czyli Ola. Jest trochę śmiechu i zabawy, wychodzi nam różnie, jednym lepiej innym gorzej. Najgorsze jest przechodzenie pod płotkiem dla ludzi o słusznych gabarytach.

Wracamy na kolację, a potem, o dwudziestej, dla chętnych jest siatka. Docieramy na halę, jest nas sześć osób grających, zamiast siatki robi się kosz. W międzyczasie, za sprawą Oli, która pyta się mnie, czy znam jakiś układ mąż zawodnik – żona trener, jako że nie znam odpowiedzi, przedłużam pytanie do Piotra. Temat go zafrapował, przypomina sobie różne pary, które zna, również kobiety trenujące panie i panów. Trochę rozmawiamy, w końcu zaczynamy grać, trzech na trzech.

Po pięciu minutach mam dosyć, jestem wypluty. Chcę się zmienić z Piotrem, ale on się nie pali do tego. W międzyczasie dotarła Gośka Sobańska z córką, rodzina sobie gada – a ja muszę zasuwać. Ola majstruje przy aparacie, poznaje nowe funkcje – znaczy się będą foty. Ekstracko, rzekłbym.

Ten kosz dał mi w kość. Bardzo.

Potem rozwieszamy siatkę i gramy mały meczyk, dwa sety. Jest już nas więcej, gramy pięciu na pięciu. Rozluźniające, uspokajające, miłe.

Po 21 lądujemy na lodach w Fantazji, ja swoje piwo wypijam niemal duszkiem, Oli lody zajmują nieco więcej czasu.

A potem wracamy do hotelu, jeszcze tylko skończyć relację, wysłać do Przemka i spać.

Wreszcie, bo jestem solidnie zmęczony tym dniem.

Wtorek, 7.07.2009

Wstajemy parę minut przed siódmą. Dzisiaj jest inaczej – to Ola się zrywa, idzie pod prysznic, zmywa z siebie noc. Ja się poruszam jak mucha w smole. Kiedy mamy wyjść na rozruch to ona stoi w drzwiach, a ja kończę wiązać buty. Ciekawe, czyżbym miał dzisiaj kryzys ?

Rozruch prowadzi Ola, i jest on najbardziej spokojny z wszystkich rozruchów. Najbardziej żywy był ten z Gośką Sobańską, ten z Piotrem był pomiędzy. A dzisiaj dochodzimy na stadion, na nim robimy dwa kółka, potem delikatne rozciąganie – i z powrotem. Nie czuję tego dnia. No nic, zobaczymy jak będzie.

Śniadanie – chyba zbyt obfite. Co ciekawe nie jestem jakoś bardzo głodny, jak myślę o tym po paru godzinach to mam wrażenie, że organizm starał się przedłużyć każdą leniwą chwilę w ciągu dnia, wręcz je celebrować. Ponieważ jednak z pełnym żołądkiem biega mi się fatalnie, więc to śniadanie się odbije w ciągu dnia.

Siedzimy dosyć długo, rozmawiamy o różnych sprawach, trochę o pracy, trochę o mieszkaniu w Trójmieście, Warszawie, małych i większych domach. Ola poznała Wojtka, przyjechał kilka dni wcześniej do Szklarskiej, przed obozem, robił sobie prywatną aklimatyzację. Też jest z Trójmiasta, co ciekawe mieszkał tak jak Ola na Osowej, w tej samej dzielnicy. Poranne rozmowy do kawy, fajna sprawa.

Wracamy do pokoju – i mały problem, awaria wody w mieście. Nie będzie jej przez trzy godziny. Tak akurat do obiadu powinni ją usunąć. Przebieramy się, schodzimy na dół. Jest wprawdzie dziesiąta, ale mamy mieć dzisiaj grupowe zdjęcie na stadionie, w obozowych koszulkach, dlatego idziemy wszyscy. Jest piękna pogoda, słonecznie i ciepło. Tylko czy to jest najlepsza pogoda do 30-o sekundowych powtórzeń ? Już wolę taką niż deszcz.

Na stadionie chwila dla reporterów. Nie wziąłem swojego aparatu, trochę żałuję. Na stadionie jest sporo ludzi, rolkarze, biegacze. Piotr zostaje, dzisiaj robi dwusetki na tartanie, parę bez kolców, parę w nich. My wychodzimy. Stadion jest na zboczu, po zejściu w dół, obok parku linowego wychodzimy na skrzyżowanie. I zaczynamy biec.

Robimy około 30 minut drogą pod reglami. Tempo nie jest bardzo mocne, ale jest dosyć żywo. Potem stajemy, chwila rozciągania, małe pogaduszki biegowo treningowe – i jedziemy z koksem. Gośka mówi, że miało być 15 razy po trzydzieści sekund, ale zmniejszyła tę ilość do dziesięciu. Ale te dziesięć ma być. No – może osiem. Ale nie mniej. Przerwa pomiędzy nimi to minuta spokojnego biegu. I żadnego ścigania, możemy się pościgać na ostatniej. Nie wiadomo dlaczego patrzy na mnie jak to mówi. Uśmiecham się i mówię „tak jest pani trener”. Pierwsze pięć jest raczej w dół. Nogi może nie niosą, ale da się biec. Nie czuję komfortu, myślę, że dzisiaj jest ten mój najsłabszy dzień. Kolejne pięć jest pod górę. Rozwiązuje mi się but, więc staję na chwilę, zawiązuję go szybko i staram się dołączyć do reszty. Jestem parę metrów za nimi, ale na siódmej dyszę jak miech kowalski. Po dziewiątej nie daję rady, grupka jest z przodu, a ja muszę na chwilę stanąć. Ale nie poddaję się, patrzę na zegarek i robię tę dziesiątą ile mam jeszcze pary w płucach.

Dobiegam do grupki, stoimy chwilę. Po drodze minęliśmy Wojtka, biedak poślizgnął się i skręcił nogę na kamieniu. Fatalnie, ledwo idzie, popołudniowy trening odpada, jutro wycieczka biegowa, też raczej na nią nie pójdzie. Czyli ponosimy straty.

Potem biegniemy z powrotem na stadion. Zaczepiam Dżastin, podpytuję ją o maraton w Nowym Jorku i Chicago, wiem, że się na niego wybiera. Opowiada też o maratonach w których brała udział, Barcelona, Amsterdam, Paryż z tych ładniejszych – no bardzo ładna kolekcja, nie powiem. Turystyka maratońska pełną gębą. Super.

Na stadionie praca wre. Gdzie się nie spojrzy ktoś zasuwa. Przyglądam się średniakom, mają piękny krok biegowy, połykają przestrzeń. Lubię to. Pytam się Oli jak było, mówi że w porządku. Zdejmuję buty i biegam po wspaniałej trawie, parę kółek w truchcie dobrze mi zrobi. Potem rozciąganie, kibicujemy też młodej dziewczynie, która skacze w wzwyż. Pokonuje w końcu swoją przeszkodę i dostaje brawa.

Trzynasta. Zwijamy się do hotelu. Woda już jest („Och, od dawna, każdy kto wchodzi się pyta, gdybym brał złotówkę od każdego pytania byłbym bogatym facetem”). Obiad, po obiedzie idziemy do kawiarni Fantazja na lody. Umawiamy się z Piotrem Beneckim, w kawiarni okazuje się, że są jeszcze inne osoby z obozu. Siadamy w większej grupie rozmawiamy o bieganiu, o kwietnym biegu, dlaczego admin biegajznami.pl przeniósł się z Bydgoszczy do Mekki polskich maratończyków, czyli Szklarskiej Poręby, gdzie warto pobiec maraton, jak urodził się Maraton Karkonoski.

Po lodach żegnamy się z Piotrem, wracamy do hotelu. Piszę relację, ale nie udaje mi się dociągnąć poprzedniego dnia do końca, za mało czasu. Potem trening popołudniowy, możemy wybrać w którą stronę chcemy się kręcić, decydujemy się na łagodniejszy podbieg. Idzie mi lekko, bardzo lekko, swobodnie, łatwo wręcz. Jestem tym naprawdę zaskoczony.Potem zbieg, w samej Szklarskiej idziemy na halę. W międzyczasie Gośka opowiada nam o swoich akcentach. Robi coś takiego – zaczyna od serii 400 metrów, potem 1000, 2000, 3000 i 4000 do 3x5km. Ten trening ma trwać około 10-12 kilometrów, czyli te serie to np. 5×2, 4×3, 3×4 – tego typu kombinacje, tempo okołomaratońskie. Potem, kiedy już biega 3×5 w tempie maratonu zaczyna schodzić w dół, do tysiączków. Podobno mężczyźni biegają w szybszym tempie, ona zdecydowanie nie.

Docieramy na halę, Piotr po krótkim rozciąganiu męczy nas piłkami lekarskimi, to jest naprawdę doskonała zabawa. Nie jest też wcale taka prosta. Jedna osoba siedzi bądź leży na materacu w różnych pozycjach, druga rzuca jej piłkę, trzeba złapać i odrzucić, im szybciej tym lepiej. Dobraliśmy się z kolegą tak, że udaje się nam wykonać po dwie serie, ale pot za to leje się z nas porządnie. Na koniec miał być rzut zza głowy piłki na odległość, ale nie ma tego. Szkoda, w tym byłbym dobry.

Na koniec dla rozluźnienia chwilę odbijamy piłkę siatkową bądź biegamy z piłką do kosza – do wyboru. I na kolację.

Podczas kolacji Ola dowiaduje się, że jej masaż jest przełożony na jutro. Znalazło się parę osób chętnych, więc nasi opiekunowie zorganizowali ten miły dodatek. Trwa około 45 minut, w naszym hotelu.

Po kolacji jest wykład, niestety, przed samym wykładem Ola uderza w coś małym palcem. Puchnie, boli ją – idziemy szukać pomocy. Jest jeszcze masażysta, sprawdza, ogląda, mówi, że raczej złamania nie ma, może być w górnej części palca – nie jest tego w stanie stwierdzić dotykiem – ale jest to mało prawdopodobne. Kręci paluchem na wszystkie strony, naciska, dotyka. Na koniec dodaje, że jeżeli cały zsinieje, musimy jechać do lekarza.

No dobrze, organizujemy jakiś lód i wędrujemy na wykład.

Prezenterem jest nasza trzecia trenerka, Ola. Zaczyna od paru słów na swój temat, ma sportową przeszłość (biegi średnie jako junior), obecnie studiuje na Uniwersytecie w Buffalo dietetykę i żywienie. Prezentacja dotyczy diety ogólnej i przedstartowej biegacza długodystansowego, suplementów, izotoników, odwodnienia.

Brakuje mi w tym wykładzie paru rzeczy. Na przykład, Ola mówi o diecie tłuszczowo – węglowodanowej. Polega to na spożywaniu przez 2-3 dni tłuszczy (do 60 procent), a następnie przez 2-3 dni węglowodanów. Tłuszcze mają być z grupy tych o długich łańcuchach. No dobrze, ale jakie produkty zawierają takie tłuszcze ? Wykłady tego typu bez umocowania w konkretach są – przynajmniej dla mnie – po prostu niejasne. Gdyby ten przykład był zilustrowany, na przykład biegacz 65 kilo wagi, dni tłuszczowe to śniadanie to i to, obiad to i to, kolacja to i to, potem dni węglowodanowe składały się z żywienia takiego i takiego, w takich a takich ilościach, popite to tym i tym – wtedy całość byłaby bardziej przejrzysta.

Albo informacja – produkty tłuszczowe tego typu o których mowa to to czy tamto.

Bez umocowania w realiach jest to trochę mało wyraziste.

W wykładzie Ola mówi również o znaczeniu żelaza i wapnia w diecie, zwraca uwagę, żeby nie brać ich razem, wspomina o izotonikach, sugeruje, żeby je pić w umiarkowanej ilości po treningu jeżeli trwa powyżej godziny, a także wspomina, że nie dowiedziono istnienia żadnego składnika diety, który by wpływał na polepszenie wyników – za wyjątkiem dopingu rzecz jasna. No i zachęca do jedzenia urozmaiconych posiłków (najlepsze źródło potrzebnych składników). Na koniec pada parę słów na temat Omega 3 i Omega 6, zdaje się, że to teraz jest dosyć popularny temat.

Kończy się wszystko luźną rozmową.

Idziemy do pokoju. Zatrzymuję się chwilę przy brydżystach, na koniec dnia jeszcze mały remik z Olą. Palec niestety boli i sinieje.

Środa, 8.07.2009

Dzień piąty – Artur

W planie mamy wycieczkę biegową w góry, dlatego nie ma rozruchu, mamy zejść na śniadanie na ósmą, a potem o dziewiątej wyruszyć. Olę od rana palec boli, jest cały siny i dość mocno spuchnięty. Schodzimy na śniadanie, w jego trakcie decydujemy się na pójście do lekarza. Ola namawia mnie na ubranie się w ciuchy biegowe, żeby złapać grupę. Ja uważam, że nie damy rady i że trening nam tym dniu już przepadł, czy raczej przepadł nam nie tyle sam trening, ile wycieczka na szczyt, ale nie chcę jej bardziej martwić, jest i tak wystarczająco zestresowana. Lubi bardzo góry, a dawno nie miała okazji w nich pochodzić, teraz jesteśmy w Szklarskiej, a żadnej wycieczki nie zrobiliśmy. Wkładam więc ciuchy, biorę numer Marka i Ali Troniny, daję im swój, podładowuję na szybko komórkę – bo przecież mam ją, rzecz jasna, rozładowaną – i wychodzimy.

Ośrodek Zdrowia mieści się naprzeciwko kawiarni Fantazja, naszej ulubionej tutaj. Wchodzimy, dowiadujemy się gdzie jest chirurg i śmigamy na pierwsze piętro. Przed wyjściem zaczepił nas Wojtek, ma problem z kostką, więc poprosił nas, żebyśmy się zorientowali czy jest tutaj rentgen. Schodzę do recepcji, dowiaduję się, że prześwietlenia najbliższe są w Szpitalu na ulicy Sanatoryjnej. W sumie to niezły kawałek drogi stąd, koło pięciu kilometrów. Wracam na górę, po chwili wychodzi Ola z gabinetu. Pan doktor nawet z nią nie rozmawiał, opieprzył, że nie ma przy sobie ubezpieczenia i dał skierowanie na rentgen.

No dobra, to jedziemy. Dowiadujemy się dokładniej gdzie to jest. Zabawne, pierwsza nasza myśl to pobiegniemy. Albo przynajmniej wrócimy biegiem. W końcu pięć kilometrów dla biegacza ma inny wymiar niż pięć kilometrów dla niebiegającej osoby. Ale zdrowy rozsądek przeważa, nie mamy czasu, chirurg jest do 11, nie zdążymy nie jadąc samochodem.

Dzwoni Marek Tronina, mówię mu, że niestety nie damy rady, życzę powodzenia i po konsultacji z panią ze sklepu turystycznego dzwonimy na postój taksówek. Rozmawiam ze starszym głuchym panem. Cóż, zamawianie taksówki nagle okazuje się nieco bardziej skomplikowane niż to sobie wyobrażałem.

W każdym razie – po chwili mamy taksówkę. Jedziemy – droga wcale nie jest taka prosta, jeden skręt, drugi. Drogi dojazdowe są bardzo wąskie. Jesteśmy w końcu, Ola próbuje przekazać panu żeby na nas zaczekał, ale bez powodzenia. Dostała tylko wizytówkę. Zabawne to wszystko.

Wchodzimy do środka, szukamy sali, po dłuższej chwili pojawia się pani z obsługi. Mamy zdjęcie. Oglądamy je – no my niczego nie widzimy.

Wychodzimy przed budynek, proszę Olę żeby zadzwoniła do pana z taksówki, bo ja się nie dogadam z nim po prostu. Czekamy na niego i podziwiamy widok. Jest naprawdę przepiękny, po obu bokach las, szpital stoi na skarpie, opada w dół, a naprzeciwko kilkanaście kilometrów przed nami wznoszą się górskie szczyty. Jest przepięknie.

Wracamy do ośrodka zdrowia. Jest dziesiąta. Pół godziny czekania – i Ola wychodzi. Mówi, że ma złamany palec w ostatnim paliczku pod paznokciem. A to się pan masażysta zdziwi. Musi go usztywnić, ale nie chciała mieć ani gipsu, ani blokowanych opatrunkiem trzech palców – a taka była jedyna możliwość. Złamanie jest bez przemieszczenia, ale trzeba bardzo uważać, żeby nie uderzyć w nic, nie przemieścić kości i nie mieć zmian zwyrodnieniowych. To oznacza konieczność zakupu ochraniacza na palec, można taki kupić ale dopiero w Jeleniej Górze.

No dobrze.

Wracamy, w ramach podreperowania nastroju idziemy na lody, Ola wtrzącha dużą porcję. Dochodzimy do wniosku, że, jako że i tak dzień nam przepadł, to nie będziemy czekać tylko pojedziemy do Jeleniej dzisiaj, po tę osłonę na palec. Mamy namiar na odpowiedni sklep – więc tylko do hotelu, przebrać się i na pociąg albo autobus.

W hotelu zachodzimy do Wojtka. Mówimy mu co i jak. Pyta się nas, czy byśmy nie mogli go zawieźć na prześwietlenie jego samochodem. Chwila zastanowienia, czemu nie. Proponuje nam, że on zostanie a my pojedziemy dalej. Nie bardzo nam się uśmiecha jazda służbowym samochodem bez użytkownika, więc sugerujemy wspólną podróż na rentgen a potem do Jeleniej. Zobaczymy, jak będzie.

Przebieramy się i wyruszamy. Nigdy nie jechałem pojazdem z tak długim kufrem, ale jakoś się przyzwyczajam.

W szpitalu okazuje się, że jest to szpital onkologiczno-pulmonologiczny, więc nie zrobią mu zdjęcia bez skierowania. Był lekarz radiolog, ale już go nie ma. Nikt mu tutaj skierowania nie da. Musi jechać do Szklarskiej.

Dochodzimy do wniosku, że to bez sensu. W Szklarskiej nie ma już chirurga, zanim ktoś obejrzy zdjęcie i zinterpretuje będzie jutro. Jedziemy do Jeleniej do szpitala.

Dojazd mamy wytłumaczony, zresztą Wojtek ma przyzwoity GPS w samochodzie. W sumie jedziemy jakieś dwadzieścia kilometrów. Szpital standardowy – Wojtek kończył studia medyczne (choć nie pracuje w zawodzie), a to rozwiązuje języki, można liczyć na wyjaśnienia. Zostawiamy go, nie bierzemy samochodu, jedziemy autobusem do centrum i szukamy sklepu. Znajdujemy zadziwiająco łatwo. Kupujemy co trzeba, telefonicznie dowiadujemy się co u Wojtka. Dzwonię do Ali Troniny, żeby powiedzieć, że nie wyrobimy się na 14 na obiad i zaznajomić ją z sytuacją. Dowiaduję się, że grupa jest na szczycie i pada właśnie zimny deszcz, a nawet grad. Nieźle.

Ola przymierza jeszcze jakieś wkładki, potem wychodzimy, szwendamy się chwilę po mieście. Przeżywamy solidny deszcz. Jeszcze jakieś drobne zakupy, potem jakieś pierogi dla głodostwora, w końcu dzwoni Wojtek że jest po wszystkim.

No to wracamy do Szklarskiej.

Jesteśmy koło 15, na obiedzie spotykamy wracających w małych grupach „naszych”. Są zmęczeni ale szczęśliwi. Okołostołowe rozmowy, o pracy okolicy, ciekawostkach, klasztorze w Lubiążu, o tym gdzie kto mieszka w Warszawie (wszyscy niedaleko Agrykoli). Zabawne.

Potem umawiamy się znowu na lody do Fantazji. Zawożę czwóreczkę, oprócz nas i Wojtka jedzie jeszcze Sylwia. Wracamy około dziewiętnastej i idziemy z Olą na stadion. Zamiast kolacji wybieramy trening. Tacy jesteśmy sportowcy. Po dwóch deserach. Znaczy kto jadł desery ten jadł.

Na szczęście stadion jest otwarty. Decyduję się powtórzyć WB2 z poniedziałku. Najpierw roztruchtanie, chwila rozciągania, a potem jazda.

Stadion jest mokry, co gorsza po parunastu minutach zaczyna padać deszcz. Najpierw padać, bo potem to leje jak z cebra. Mam dodatkową próbę charakteru. Ola wykręca parę kółek, a ja zasuwam, okrążenie staram się robić po około 1’50”. Jest ciężko, właściwie od samego początku. Nie wiem, czy odstęp pomiędzy tymi WB był zbyt krótki, w każdym razie walczę ze sobą. Ten deszcz mnie nawet nie męczy, może trochę chłodzi, ale biega się jakby nieco gorzej. A może to tylko złudzenie.

Chcę zrobić dwadzieścia kółek, ale między dziesiątym a piętnastym zdycham. Powtarzam sobie, że tak właśnie wygląda trening pod dychę, boli, cały czas boli, trzeba mieć świadomość, że to nie zabije, ale że będzie bolało. Jacyś ludzie z zewnątrz pytają się mnie, gdzie jest wejście na stadion, nie mam siły im odpowiedzieć. Biegnę dalej, ale po szesnastym kółku nie daję. Jeszcze po piętnastym się zmusiłem na kolejne, ale teraz wysiadłem.

Mija minuta i zaczynam być na siebie zły. Wyzywam się w duchu od mięczaków, mówię, że jak się chce biegać piątki i dychy to trzeba być twardym. Potem robię parę kółek luźno, i decyduję się zakończyć trening sprintami. Dwusetki to je to. Pierwsza trwa 33-34 sekundy, pod koniec już dyszę jak parowóz. Idę kolejne dwieście metrów, i kolejna. Tak samo, ale ostatnie pięćdziesiąt metrów jest bardzo trudne. Znowu idę, i startuję trzecią. Dwadzieścia metrów przed końcem niemal mnie zatrzymało, ale dobiegłem do końca, wyszło 34-35. Jeszcze dwa kółka luźnego truchtu i do hotelu. W sumie zrobiłem jakieś 11 – 12 kilometrów. I dobrze, nie było dnia bez treningu.

Oboje wracamy zadowoleni.

W hotelu prysznic i na dół, mieliśmy mieć ognisko, ale pada, więc zamiast mamy jakąś imprezę w środku. Ponieważ z wiadomych powodów mój dzisiejszy dzień był nietypowy, proszę Piotra o spisanie relacji z wbiegu na Szrenicę i wrzucenia jej na stronę, w relacje. W końcu to wyjazd na obóz sportowy. A potem już tylko siedzimy, gadamy, wygłupiamy się. Jednak czuję zmęczenie, więc przed jedenastą grzecznie proszę swoją drugą połowę o powrót na górę.

I spać, spać, spać …

Dzień piąty – Piotrek

Dzień zaczął się nie typowo bo zazwyczaj zaczyna się tym że wychodzimy o 7:30 na rozruch i biegamy kilka kółek na stadionie oraz robimy gimnastykę, ale nie dzisiaj. O 8 rano wszyscy stawili się na śniadaniu aby zrobić zapasy przed tym co nas czekało czyli mowa tu o wycieczce na Szrenicę.

Po śniadaniu o 9 mieliśmy się spotkać przed hotelem i razem wyruszyć na miejsce startu. Piotr trener na samym początku rozdał poglądowe mapki z zaznaczoną trasą jaką mieliśmy pokonać. Około 9:10 wyruszyliśmy, na początku powoli ale po dojściu do muzeum minerałów czyli około 2km osobiście znudził mi się marsz i postanowiłem ruszyć już żółtym szlakiem pod górę. Zapowiadało się ciekawie. W pogoń za mną ruszył Mariusz oraz Darek. Pierwszy km minął spokojnie minąłem rębaczy drzewa i wszystko było dobrze gdy naglę droga zakręciła i znalazłem się na dróżce na której było pełno kamieni. Poczekałem na dwóch kolegów aby upewnić się czy aby dobrze skręciłem, jak się okazało wybrałem dobrą drogę. No nic pomyślałem trzeba ruszać pod górę…

Było ciężko ale jeszcze nie widziałem co mnie czeka dalej . Uporałem się jakoś z kamieniami i podbiegami na nie ale gdy wybiegłem już na fajną ubitą żwirową drogę, okazało się że wcale nie jest tak fajnie… Droga wiła się pod górę, a nachylenie stoku sięgało do kilkunastu procent. Dzielnie wbiegałem patrzą na tempo biegu wahające się w graniach 7:00- 7:30/km. I tak przez 4-5km walka była zacięta… Dopiero po tych kilometrach zrobiło się chwilowo płasko i mogłem spokojnie biec szybciej aniżeli 5:00/km. Do Łebskiego Szczytu dotarłem w około 50min i od tamtej pory zaczęła się znowu jazda pod górkę.

Miałem dotrzeć do stacji przekaźnikowej TV. Trasa znowu pod górę a tempo powolne jak u żółwia ale dodatkowe wbieganie utrudniały stopnie na które trzeba było wskakiwać. Gdy już dobiegałem po Śnieżnych Kotłów pogoda naglę się zmieniła i wszystko zaszło chmurami a do tego wiał bardzo silmy wiatr, nawet zacisnąłem bardziej czapkę aby nie szukać jej później gdzieś w krzakach.

Po dotarciu pod Śnieżne Kotły biegłem już głównym czerwonym szlakiem gdzie mogłem spokojnie utrzymywać tempo w graniach 4:30-4:25/km. Biegło mi się swobodnie tylko ludzie dziwnie patrzyli na gościa w krótkich spodniach i Koszulce oraz w kamizelce biegowej. Dalej minąłem ceską chatkę oraz świńskie skałki oraz twarożnik (chyba tak to się pisało). Później góra dół góra dół i w końcu widzę piękne schronisko na Szrenicy.

Wdrapałem się tam i patrze na zegarek i widzę 1:35, także pomyślałem że nie jest najgorzej. Na górze spotkałem Marka Troninę oraz Jego Żonę i Córkę. A później udałem się na gorącą czekoladę oraz na jakieś ciasto w celu uzupełnienia sił na dalszą podróż ale tym razem w dół . Siedziałem tam około 30 – 35min gdy nagle wchodzi jeden z naszych kolegów Bogdan i informuję mnie że Gosia i 3 biegaczy: Marcin, Darek, Mariusz pobiegli już dawno na dół. Na początku byłem zaskoczony ale po chwili pomyślałem że miałem dużą przewagę i nie mogli daleko zabiec dla tego wyleciałem niczym strzała ze schroniska i w długą na dól. Po kilometrze okazało się że jest jeszcze jedno schronisko zwane „pod Szrenicą” coś mnie tknęło żeby tam zajrzeć i co się okazało że kogo spotkałem… no właśnie tych którzy chcieli mi bezkarnie uciec… . Oczywiście na początku było dużo śmiechów na temat wbiegania oraz na temat tego że chcieli mnie zostawić a później spokojnie aż do wodospadu Kamieńczyka zbiegaliśmy. Po dotarciu już do Szklarskiej Poręby postanowiliśmy zahaczyć o strumyk którzy znajduję się niedaleko hotelu w celu zamoczenia obolałych nóg. Ale tego było na mało to znaczy Marcinowi i mi. Rozebraliśmy się do rosołu i daliśmy nura do fajnej lodowatej wody. Było świetnie. Woda niby zimna a dało się w niej przebywać. Niestety deszcz sprawił że szybko się ubraliśmy i biegiem ruszyliśmy do hotelu w celu wzięcia ciepłej kąpieli. W międzyczasie dużo ludzi dobiegało do hotelu opowiadając swoje przygody po drodze.

O 14 był obiad na który poszedłem z wielką chęcią a później pyszne lody w fantazji. Po objadaniu się przyszedł czas na odpoczynek i na drzemkę do 17:00 bo wtedy jechaliśmy do hotelu Las na basen oraz saunę. Czas spędzony na odnowie zleciał nie samowice szybko w miłym towarzystwie Gosi, Piotra oraz innych uczestników obozu. Wieczorem po kolacji zrobiliśmy sobie wieczorek przy napoju izotonicznym aby można było sobie porozmawiać i spędzić ze sobą czas. Było pełno śmiechu a czas leciał w niesamowitym tempie. Myślę że dzień był pełen wrażeń oraz wyzwań sportowych przynajmniej dla mnie do wdrapanie się na Szrenicę to nie taka prosta sprawa.

Czwartek, 9.07.2009

Wskakujemy z powrotem w rytm obozu. Godzina 7:30 poranny rozruch. Prowadzi go Gosia Sobańska. Biegniemy na stadion, tam robimy parę kółek biegiem, potem cwał, przeplatanka, jakieś ćwiczenia w biegu i marszu. Rozruch z trenerem jest najłagodniejszy, rozruch z zawodniczką najbardziej intensywny.

Potem powrót, śniadanie. Sprawdzam pocztę, Przemek (primo) prosi mnie o zapytanie się naszych trenerów, czy po sile warto/trzeba/należy/nie ma sensu robić rytmy. Wychodzimy wszyscy razem, o 11. Dzisiaj w planie siła biegowa, biegniemy drogą pod Reglami, mamy zrobić razem około 12 kilometrów. Dowiadujemy się, że robimy właściwie taki trening, jaki robią zawodnicy, koło ośmiu kilometrów biegu, potem powtórzenia, na koniec ze cztery kilometry biegu.

Wykorzystuję roztruchtanie na podpytanie się o różne rzeczy. Na pierwszy ogień idzie Przemek z jego pytaniem. Odpowiedź brzmi, tak, warto, ale dzisiaj nie będziemy ich robić, bo poprzedniego dnia była wycieczka na szczyt i ludzie mają kilometry podbiegu w nogach. Ale jak najbardziej, po sile biegowej parę rytmów jest wskazane. Pytam się o coś, co przeczytałem, czy po podbiegu, który skraca krok, robić zbieg, który ten krok wydłuża. Gosia mówi, że to trochę naciągane. Robi się na przykład rytmy na zbiegu, żeby osiągnąć wyższe prędkości, albo żeby przebiec wszystkie z zadaną prędkością w okresie przygotowawczym, ale to jest dodatek treningowy. Pytam się o układ jej treningu, przed południem coś spokojniejszego, po południu główny trening, mówi, że zwykle robi się odwrotnie, ale tak wymusiło życie.

Pytam się jej o ilość powtórzeń, czy robi konkretną serię, tyle ile ma w planie, czy może biegała kiedyś bez określenia konkretnej liczby, po prostu tyle, żeby poczuć że wystarczy. Odpowiada, że robi tyle ile ma w planie, ma być dziesięć, jest dziesięć, nie kombinuje, nie biega mniej. Przy okazji mówi, że jej zdaniem kobiety biegają więcej, że muszą więcej i ciężej pracować, żeby osiągać porównywalnie dobre wyniki.

Pytamy się o ostatnie starty przed zawodami. Biega do ostatniego tygodnia przed zawodami normalny trening, dopiero ostatni tydzień jest luźniejszy. Dwa tygodnie przed startem w maratonie, względnie tydzień robi start na dziesięć kilometrów, z pełnego treningu, na zmęczeniu. Zwykle wychodzi jej około 35 minut. W środę biegnie ostatni mocniejszy trening, na przykład osiem kilometrów w tempie maratonu, potem, w piątek i w sobotę, kilka kilometrów w truchcie. Ten ostatni tydzień to treningi raz w tygodniu. Potem, po maratonie, do środy wolne, potem zaczynają się treningi, najpierw luźne.

Pytam się z kolei o podbiegi. W środę była wycieczka biegowa, wbieg na szczyt, jestem ciekaw, czy robi takie wycieczki podczas swojego treningu. Tak, stosuje ten trening. Przypominam sobie, że Piotr coś mówił na ten temat, że podbiegi w okresie przygotowawczym, potem przechodzą w Wycieczkę Biegową.

Wracamy do miejsca, gdzie będziemy trenować siłę biegową. Po drodze ciekawi mnie jeszcze, bieganie siły z ciężarkami w dłoniach. Pytam się o to i Gosi, i Piotra. Biega się takie coś, można, choć ona tego nie robi. Natomiast robi ćwiczenie na mięśnie rąk, stoi, hantelki w rękach i obroty jak podczas biegu.

Docieramy na miejsce. Będziemy robić siłę na minimalnym wzniesieniu, na odcinku 50 metrowym, po czym mamy płynnie, dynamicznie przechodzić w dość mocny bieg, następne 50 metrów. Dla Piotrka wszystkie te liczby są dwukrotnie większe. Patrzymy, jak wykonuje ćwiczenia poprzednia grupa, potem przychodzi kolej na nas. Piotr nam wyjaśnia ćwiczenia po kolei, potem prosi Gosię o ich zademonstrowanie.

Robimy po trzy serie wyskoków na jednej nodze, przeciwstawna ręka do góry, skipów A, Piotr zwraca uwagę na to, żeby nie pochylać sylwetki do tyłu, skipów C, mamy uważać, żeby noga nie przesuwała się do przodu, ale była z tyłu, po dwie serie wieloskoków, mamy zwracać uwagę na wydłużenie ruchu, oraz na koniec skip B, z wyrzutem nogi daleko do przodu. Tutaj robimy jedną serię pełną, drugą połowę (czyli 25 metrów skipu, 25 metrów przyśpieszenia i powrót).

Podczas ćwiczeń Marek Tronina kręci nas kamerą, więc niewykluczone, że na stronie Maratonu Warszawskiego będzie można znaleźć filmy pokazujące prawidłowe wykonywanie tych ćwiczeń.

Kończymy – i wracamy biegiem.

Dowiadujemy się, że tak wygląda właśnie klasyczny taki trening: 40 do 50 minut rozbiegania, potem Siła, kilka rytmów i na koniec znowuż parę kilometrów rozbiegania. Jak się dowiadujemy jeszcze, często siłę robi się na przykład na odcinku 150 – 200 metrów z płynnym przejściem z jednego ćwiczenia do drugiego, na przykład 1/3 dystansu skip A, 1/3 wieloskok, 1/3 rytm.

W hotelu obiad, po nim niemal tradycyjnie już wyskok do Fantazji, na lody i kawę. Potem powrót, piszę sprawozdanie, przebieramy się i wychodzimy na trening popołudniowy. Ola idzie ze swoją grupą na stadion, a my na naszą pętelkę, która wiedzie obok domu gdzie mieszka Bennet. Piotr nawet wyszedł na balkon, żeby nam pomachać.

Wracamy na halę, tam Ola (Bykowska) demonstruje nam core training. Leżymy na materacach, unosimy tułów i nogi na rożne sposoby. Akurat to, co jest pokazywane znam, robiłem kilka z tych ćwiczeń kiedy trenowałem pływanie w podstawówce. Co ciekawe, chyba nie ma żadnego z ćwiczeń które widziałem na stronie bieganie.pl na video, są nieco inne.

Potem chwila siatki bądź kosza, i wracamy na kolację.

Po kolacji o 21 mamy ognisko. Kiełbaski, ogórki, piwo – ognisko pełną gębą. Pytam się Piotra o Siłę Biegową, teraz na forach trwa dyskusja, czy robić skipy, czy nie, jeżeli robić to jak, ile, no i właściwie po co je robić. Odpowiada, że jego zdaniem warto robić, a chodzi w nich niekoniecznie o samą siłę, ale o prawidłową technikę biegu. Stoimy w większej grupie i padają różne pytania związane z bieganiem, przyznaję, że nie pamiętam ich za dokładnie. Wychodzimy z założenia, że jak się uczyć to od najlepszych.

Bieganie nie jest rzecz jasna jedynym tematem rozmów. Atmosfera jest bardzo przyjemna, ale trzeba w końcu wrócić do łóżka i złapać parę godzin snu przed kolejnym dniem.

Piątek, 10.07.2009

Jako, że codziennie budziłem się przed siódmą po raz pierwszy na tym obozie nie nastawiam budzika na rozruch, co oczywiście skutkuje tym, że otwieram oczy dokładnie o 7:30. Ola wstała i ubrała się w dwie minuty. Niezwykłe. Wylecieliśmy na dwór, pogoniliśmy za niknącą w oddali grupą – chociaż raz było zabawnie.

Rozruch był spokojny, trzy kółka i trochę rozciągania. Śniadanie stałym rytmem. Wspólne wyjście o 11 obu grup, dzisiaj w planie mamy minutówki. Czyli druga odsłona zabawy biegowej, pierwsza była we wtorek, 30 sekund na 30 sekund, dzisiaj jest minuta mocniej na minutę truchtu. Rozbieganie – około 6 kilometrów, pół godzinki. Parę minut przygotowania, no i zaczynamy. Piątek mam fatalny, czuję zmęczenie, co gorsza w ciągu dnia po treningu nie przechodziło, nadal czułem się zmęczony. Od drugiej minutówki jestem za grupą, właściwie od drugiej zaczynam w przerwie maszerować. Robię 30 do 40 sekund marszu, potem trucht, potem minutę mocno, na tyle mocno na ile mnie stać. Drugie trzydzieści sekund daje solidnie w kość, ale nie poddaję się. Po treningu jak spojrzałem zrobiłem jedenaście powtórzeń, robiłem je tak długo, aż wybiegłem z lasu.

Potem, jako że grupa była już dawno z przodu i nie bardzo wiedziałem gdzie jest – pobiegłem na stadion. Okej, końcówkę pod górę podszedłem. Na stadionie Piotr męczył Piotra. Kilometrówki po około 3:20 i mniej, przerwa najpierw 400 metrów trucht, potem 200. Niezgorszy trening, nie powiem.

Popatrzyłem na biegającego kolegę i skorzystałem z okazji, żeby dowiedzieć się opinii Piotra w kwestii treningu szybkości. Wspomniał o tym już wczoraj, dzisiaj chciałem doprecyzować, czy dobrze go zrozumiałem. Tak, według niego zamiast robić najpierw trening szybkości, na przykład pod dychę, a potem maratoński, lepiej robić trening pod maraton, ewentualnie wstawiać tam elementy budujące prędkość, na przykład kilometrówki. Ciekawe.

Obiad, po nim mamy spotkanie z kadrą. Krótkie podsumowanie obozu przez Marka Troninę, potem parę słów od naszych trenerów. Pytania wyjaśniające jakieś szczegóły związane z konkretnymi odbytymi treningami, parę słów na temat zwycięstwa Małgosi Sobańskiej w Londynie (piąty rok startów w maratonie).

Zamykają mi się oczy – natychmiast po skończeniu spotkania idziemy spać.

Wstaję przed popołudniowym treningiem. Ola jest zmęczona, otwiera oko i zaraz zamyka. Ubieram się i wychodzę sam. Optycznie ludzi jakby mniej, ale może to moje zaspane oczy ?

Robimy swoją popołudniową szóstkę, kręcimy ją przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Jest ciężko, dzisiejszy dzień jest faktycznie trudny. Kończymy na stadionie, tutaj spotkanie z pierwszą grupą, zwijamy się wszyscy razem do hotelu.

Kolacja, po kolacji niezmordowana część grupy idzie na halę, pograć w kosza bądź siatkę. Piszę sprawozdanie z czwartku, wysyłam do Przemka, spotykam kolegów, którzy wracają z hali – i przebierają się po czym idą na wieczorek zakańczający. Twardziele …

Ja zdecydowanie wybieram łóżko.

Sobota, 11.07.2009

Dzisiaj jest nieco inaczej, wstajemy przed siódmą, o pełnej wychodzimy na trening. Grupa pierwsza robi „naszą” szóstkę, grupa „moja” idzie tą samą trasą, ale w pewnym momencie zamiast zbiegać w dół wspina się jeszcze drogą w górę, „na hutę”, jakieś 2,5 kilometra. Idzie mi ciężko, wlokę się z tyłu. Zawracamy, w dół do okolic hotelu. Potem śniadanie, żegnamy się z kadrą, organizatorami, nowymi znajomymi. Pakowanie, obiad, sauna – i żegnamy obóz sportowy i hotel Sudety.

Krótkie podsumowanie:

Obóz sportowy trwał siedem dni, od soboty 4.07 do soboty 11.07. W tym czasie odbyło się trzynaście treningów, łącznie około 130 kilometrów. Jedna Siła Biegowa, dwie Zabawy Biegowe, dwa razy drugi zakres (jedna zamiast wycieczki biegowej), rozbiegania. I spora dawka wiedzy, plus przyjemność biegania z Mistrzynią Polski w maratonie.