Wartości odżywcze w diecie biegacza

W nawale mikro i makrocykli, planów, superkompensacji, stref, progów i wszystkich tych innych, skomplikowanych terminów, czasami zapominamy, że człowiek to nie jest kościec obleczony mięśniami i skórą.

Każdy z nas jest potężną fabryką chemiczną, która produkuje energię potrzebną nam do ruchu. Staramy się zmusić do maksymalnego wysiłku nasze mięśnie, licząc, że urosną większe, wydolniejsze – ale czy jednocześnie potrafimy zadbać o to, aby nasze ciało było w optymalnej formie, umożliwiającej szybką regenerację?

Wiele osób zdziwiłoby się, jak potężne niedobory składników odżywczych ma współczesny człowiek. W zasadzie połowa z nas jest na granicy zagłodzenia – pomimo tego, że większość ma nadwagę. Żaden z nas, mając pełen brzuch, nie jest w stanie poczuć tego, że każda komórka jego ciała obumiera z głodu.

Pora przyjrzeć się poszczególnym witaminom i solom mineralnym, czyli temu wszystkiemu, z czego składa się nasz organizm.

Na pierwszy ogień pójdą tłuszcze. Tu sprawa jest prosta. Potrzebujemy tylko kilku związków z grupy kwasów tłuszczowych, a w zasadzie liczących się dwóch – kwasu linolenowego i kwasu alfalinolenowego, w dużym skrócie – omega 6 i omega 3. Pozostałe albo są powszechnie dostępne w pożywieniu, albo organizm jest je w stanie syntetyzować z tych dwóch.

I tutaj warto przyjrzeć się temu nieco bliżej. Medycyna coraz mocniej zaczyna podejrzewać niedobór jednego bądź obu z tych kwasów jako przyczynę wielu groźnych schorzeń – między innymi, u wszystkich chorych na stwardnienie rozsiane stwierdzono krytycznie niski poziom jednego z kwasów z grupy omega 6. Co więcej, choroba jest dość ściśle uzależniona od diety – im więcej pokarmów utrudniających syntezę tego kwasu, tym częściej ludzie chorują, im więcej zaś takich, które umożliwiają ten proces – tym zachorowania są rzadsze. W jednym z ostatnich badań podawanie chorym na raka prostaty po operacji wycięcia tego narządu zmielonego siemienia lnianego, jednego z najbogatszych źródeł omega 3, przy jednoczesnym stosowaniu specyficznej diety, spowodowało ponad 2 krotny spadek miedianu KI 67, czyli wskaźnika wzrostu guza. Astmatycy mają znacznie obniżone stężenie kwasu gamma – linolenowego. Podawanie omega 3 spowodowało cofanie się depresji u bardzo dużej grupy chorych. W jednym badaniu grupa chorych na raka, stosując bardzo duże dawki GLA, przedłużyła spodziewany czas życia z kilku tygodni do kilku a nawet kilkunastu miesięcy.

- Wystartuj -

Przypadki można mnożyć w nieskończoność. Pytanie, gdzie leży problem z tymi kwasami?

Po pierwsze, muszą być dostarczone w odpowiedniej proporcji, pomiędzy 1:1 a 1:4 omega 3 do omega 6. Tu jest problem – ogromna większość z nas ma te proporcje w okolicach 1:40. Powoduje to zablokowanie syntezy aktywnych metabolitów kwasu omega 3. Ale to nie wszystko. Wydawałoby się, że omega 6 mamy wręcz za dużo. Jednak wcześniej pisałem, że często spotyka się niedobory jego aktywnej formy. Otóż obecność w diecie tłuszczu nasyconego, już nawet w niewielkich ilościach, blokuje szlak metaboliczny którym nasz organizm zamienia kwas linolenowy (LA) w kwas gamma – linolenowy (GLA). Jeśli ktoś słyszał o olejach z ogórecznika bądź wiesiołka lekarskiego, właśnie GLA jest w nich czynnikiem aktywnym.

Co więc robić, aby zapewnić organizmowi właściwą proporcję tych kwasów?

  • Po pierwsze, unikać pokarmów z bardzo dużą przewagą omega 6 – masła, margaryny, większości olei.
  • Po drugie, zadbać o źródło omega 3 – olej lniany, mielone nie parzone siemię lniane, surowe ryby zimnomorskie.
  • Po trzecie, zwiększyć w diecie ilość nasion roślin oleistych i orzechów.
  • Po czwarte, zminimalizować obecność nasyconych (odzwierzęcych) tłuszczy.

Korzyści będą nie tylko zdrowotne. Znacznie zwiększy się także wytrzymałość, koordynacja i odporność na kontuzje – kwasy tłuszczowe są podstawowym budulcem komórek nerwowych przewodzących impulsy do mięśni, jednym z głównych składników włosowatych naczyń krwionośnych, które zasilają mięśnie w tlen, dobroczynnie wpływają na układ odpornościowy, pozwalają uniknąć niepotrzebnych stanów zapalnych redukując ryzyko kontuzji, a także minimalizują ryzyka schorzeń przerywających nasz trening.

No to lecimy – witaminki

  • Na początek witamina A. Występuje ona w 2 formach – zwykłej witaminy A, spotykanej w produktach zwierzęcych, oraz beta karotenu – roślinnego. Różnią się głównie tym, że witamina A jest wręcz szkodliwa, czego dowiodły ostatnie badania statystyczne, beta karoten – zbawienny. Powoduje prawidłowy wzrost kości, zabezpiecza więc przed kontuzjami. Chroni błony śluzowe, dzięki czemu ryzyko zaziębienia się bądź nawet zwykłego zaschnięcia gardła w czasie biegu spada niemal do zera. Beta karotenu nie da się przedawkować, obecny zaś jest we wszystkich czerwonych częściach roślin, najpopularniejsza to marchewka.
  • Witaminy z grupy B. Tu jest jedna mała pułapka – one działają synergiczne. Tak popularne przez sportowców przyjmowanie tylko jednej z nich kończy się tym, że organizm pozbywając się nadmiaru tej jednej, wyrzuca z siebie też wszystkie pozostałe. Jest ich zbyt wiele, aby wyliczyć wszystkie ich funkcje, niemniej bez nich nie będzie prawidłowej syntezy krwi. funkcji błon śluzowych, układu pokarmowego, komórek nerwowych – wszystko to jest niezbędne dla sportowca. Główne źrodła tych witamin to produkty nie przetworzone, np zboża z pełnego przemiału, nie ugotowane liście roślin zielonych, drożdże, również wątroba (którą odradzam, ze względu na to, że wątroba jest narządem w którym zwierzę magazynuje wszystkie toksyny i metale ciężkie).
  • Specjalne miejsca zajmują witaminy B12 i kwas foliowy. Pierwsza to witamina, której niedobory diagnozuje się coraz częściej, a jest niezbędna tak do syntezy krwi, jak i do prawidłowego działania układu nerwowego – zwłaszcza części odpowiedzialnej za kontrolę pracy nóg (!). W diecie przeciętnego człowieka jest jej o wiele za mało – to „witamina brudu”, wytwarzana wyłącznie przez bakterie. Odkąd zaczęliśmy wszystko myć, musimy niestety ją uzupełniać. Kwas foliowy z kolei pełni funkcje dość podobne do witaminy B12, tyle że występuje zupełnie gdzie indziej. W zasadzie jedyne jego racjonalne źródło to zielone części roślin, PRZED ugotowaniem. Wielu z nas ma tu bardzo wysokie niedobory.
  • Podawanie witaminy C grupie maratończyków przed biegiem zmniejszyło 2 krotnie ilość przeziębień po biegu w stosunku do grupy kontrolnej. Odradzam jednak witaminę syntetyczną, ma ona całkiem inną budowę niż naturalna. Lepiej za tą kasę kupić owoce cytrusowe, które są bogate we flawonoidy (o nich za chwilę). Inne, mniej znane funkcje witaminy C, to uczestnictwo w syntezie kolagenu (tak, to ta tkanka której słabość jest najczęstszą chyba przyczyną kontuzji), uszczelnianie naczyń krwionośnych i walka z wirusami (bye bye grypo), jest też podejrzewana o zdolność rozpuszczania złogów wapniowych w żyłach – taki wynik wyszedł w badaniach przeprowadzonych bodajże 50 lat temu, do tej pory jednak badań nie powtórzono, więc oficjalnie „takiego działania nie ma”. Ważne jest, aby witaminę C zażywać regularnie w małych dawkach – jest ona szybko usuwana przez nerki, więc np 1 tabletka 1000 mg zażyta na raz ma wręcz mniejsze działanie, niż 2 tabletki po 100 mg zażyte w odstępie 2 godzin. Warto tu wspomnieć o profesorze Paulingu, laureacie pokojowej Nagrody Nobla. Był on wielkim zwolennikiem witaminy C, sam jadł 10 000 mg dziennie (zalecana dawka to 60 mg), walczył o to, aby podnieść normy bo wg niego były za małe, a niedobory witaminy C jedną z przyczyn częstych chorób. Pauling uważał, że koncerny farmaceutyczne celowo zaniżają normy, aby ludzie chorowali i kupowali leki na przeziębienia. Lekarze mu współcześni oczywiście wyśmiali go, wróżąc mu rychły zgon z przedawkowania i rozliczne choroby mające położyć go do łóżka, łącznie z degeneracją mózgu. Profesor Linus Pauling zmarł w wieku 93 lat na raka prostaty, do ostatnich dni swojego życia aktywnie pracując na uniwersytecie. Jest na liście 20 ludzi którzy wnieśli największy wkład w rozwój nauki, przy czym jedynie Alberte Einstein jest obok niego wśród reprezentantów XX wieku.
  • Bioflawonoidy to cała grupa związków podobnych do witaminy C. Również uszczelniają naczynia krwionośne i skórę, a więc chronią przed mini krwotokami wewnętrznymi, będącymi zmorą biegaczy i przyczyną utraty krwinek w czasie biegu. Najistotniejsze dla nas znajdują się w surowych cytrusach.

Witamina D jest tematem na oddzielne opracowanie.

Jak zapewne wszyscy wiedzą, witamina D jest wytwarzana przez skórę pod wpływem promieni słonecznych. O czym już wie nie każdy – na naszej szerokości geograficznej widmo światła słonecznego, dzięki któremu skóra jest w stanie produkować witaminę D, przebija się przez atmosferę tylko kilka miesięcy w roku. I tylko kilka godzin dziennie.

Jeśli chodzi o produkty żywnościowe, które zawierają w sobie tą witaminę, można o nich zapomnieć. Podobnie można zapomnieć o „rekomendowanej dziennej dawce” tej witaminy obecnej w niektórych suplementach – obecnie w świecie medycznym trwa kampania o zwiększenie tej dawki 5-10krotnie. Skąd wojna między lekarzami o tą witaminę? Popatrzmy na statystyki.

Najpierw może normy – w większości cywilizowanych krajów przyjęło się, że normalny poziom witaminy D w organizmie wynosi 50-80 jednostek. Jest to taki poziom, jaki ma osoba mająca częsty kontakt ze słońcem i nie cierpiąca z powodu chorób obniżających poziom tej witaminy, więc można go uznać za optymalny. W badaniu statystycznym w 2005 roku zbadano 420 młodych kobiet (młodych, a więc bywających często na solariach, opalających się). Okazało się, że 92% z nich ma poziom witaminy we krwi poniżej 20 jednostek – a więc tragicznie niski.

Dodajmy do tego drugi fakt – w ciągu zaledwie 15 minut w czasie kontaktu skóry ze słońcem nasze ciało wytwarza 10 000 jednostek witaminy D.

Trzeci fakt – rekomendowane przez organizacje medyczne dzienne spożycie tej witaminy wynosi… 400 jednostek na dobę, a niektóre organizacje rekomendują 200 jednostek. OK, zsumujmy te fakty. Rekomendowane dzienne spożycie witaminy wynosi 1/25 tego, ile produkuje nasz organizm przez 15-20 minut kontaktu ze słońcem. Jednocześnie 92% ludzi poza grupą największego ryzyka ma bardzo silne niedobory. Wniosek jest oczywisty – rekomendowane dzienne spożycie jest zbyt niskie. A jednak kolejne lata mijają, a norma nie zostaje zwiększona… pytanie, dlaczego?

Możliwe, że stoi za tym zwykła, prymitywna tępota lekarzy, którzy nie potrafią przyznać się do błędu. Ale możliwe, że stoi też za tym chęć zysku w jej najobrzydliwszej postaci. Dzięki tak koszmarnie niskim normom niemal wszyscy mamy niedobory tej witaminy. Dodatkowo „nie mówi się o tym”, ktoś z was kiedyś słyszał o przypadku sprawdzenia u pacjenta poziomu witaminy D i zastosowaniu suplementów w celu uzupełnienia niedoborów?

Witamina D pełni m.in. funkcję regulatora układu odpornościowego. Nie tylko zwielokrotnia ona jego potencjał (mówiąc wprost – z wysokim poziomem witaminy nie chorujemy), ale także sprawia, że nie popełnia on błędów. O jakich błędach mowa?

O tych najbardziej zabójczych. Przeprowadzono już setki badań, nie ma żadnych wątpliwości – porównano stężenie witaminy D w grupie osób które zapadły na pewne schorzenia oraz w grupie kontrolnej. W przypadku wszystkich tych schorzeń regułą jest, że zapadają na nie te osoby, które mają najniższy poziom witaminy D. Są to takie choroby, jak:

  • stwardnienie rozsiane
  • toczeń układowy
  • nowotwory
  • nadciśnienie

Wymieniłem tylko najbardziej drastyczne, pomniejszych schorzeń związanych z niedoborami tej witaminy są dziesiątki.

Dla tych, którzy nie wiedzą, w dużym skrócie na czym polegają powyższe schorzenia. Stwardnienie – układ odpornościowy zaczyna zabijać komórki mózgu. Toczeń – układ odpornościowy zaczyna losowo zabijać komórki organizmu. Nowotwory – układ odpornościowy nie zabija tych tkanek, które powinien.

Dla przykładu, już 1000 jednostek witaminy D dziennie jako dodatkowy suplement redukuje szansę zapadnięcia na raka jelita grubego o 50%, raka piersi i jajnika – 30%. Nawet głupia dawka 400 jednostek dziennie zmniejszyła ryzyko zapadnięcia na raka trzustki (jeden z najbardziej morderczych nowotworów) o 43%. Przykłady można mnożyć.

Witamina – cud! Dlaczego więc nie ma masowego dodawania jej do żywności, dlaczego lekarze jej nie przepisują, czemu się milczy?

Smutne, ale prawdziwe – osoba chora na toczeń układowy, stwardnienie rozsiane czy raka to GIGANTYCZNY zysk dla koncernów farmaceutycznych.

Jeśli do tego dodać, że osoby z odpowiednim poziomem tej witaminy mają wielokrotnie niższą szansę na rozwój osteoporozy oraz o wiele rzadziej chorują na zwykłe, codzienne infekcje, mamy pełen obraz nędzy i rozpaczy, czyli naszej kochanej opieki zdrowotnej.

Do rzeczy, gdzie można zbadać poziom tej witaminy?

W każdym większym mieście powinno być laboratorium, które robi testy wysyłkowo, koszt – 50 do 90 zł.

Na co w czasie badania należy uważać? Niektóre polskie laboratoria zaniżają normy, podając wartości 30-80 zamiast 50-80. Na moim wyniku wypisano normę 11-54, co jest naprawdę wyjątkowo ponurym żartem.

Jak powinna wyglądać suplementacja?

W zależności od stwierdzonego niedoboru, pod kontrolą lekarza. Jeśli lekarz powie, że nie trzeba uzupełniać a niedobór zostanie wykazany badaniem, zmieńcie tego kretyna na kogoś, kto zna się na leczeniu. Przyjmuje się, że dawka uderzeniowa to 50 000 jednostek tygodniowo, należy przed terapią zbadać poziom wapnia we krwi, po czym regularnie sprawdzać czy nie rośnie on ponad normę. W trakcie terapii bardzo silnymi dawkami należy unikać preparatów wapnia, które za to są wskazane po jej zakończeniu, aby uzupełnić to, co niedobory wypłukały nam z kości.

Witamina D jest rozpuszczalna w tłuszczu, dlatego też należy ją przyjmować właśnie z tłustymi potrawami, w miarę możliwości oczywiście. Jest ona z reguły dostępna tylko na receptę, a przynajmniej jej w miarę rozsądne preparaty (takie, które umożliwiają przyjęcie silnej dawki w przypadku niedoborów).

Czy suplementacja dużymi dawkami może być groźna dla zdrowia? Owszem, może nawet zabić, ale wymaga to stosowania dawek rzędu 50 000 jednostek dziennie przez dłuższy czas. Spowoduje to silny wzrost stężenia wapnia we krwi, który to wapń następnie osadzi się tam, gdzie nie powinien, powodując stopniowo martwicę narządów, zaczynając od nerek.

Witamina E – bardzo, bardzo potrzebna biegaczom, zapobiega mikrourazom, przyspiesza ich gojenie się, wzmacnia ogólną odporność. Obecna głównie w olejach roślinnych, jednak jest niszczona w czasie ich pozyskiwania. Dlatego też polecam ziarna słonecznika – 100 gram zawiera prawie 50 mg witaminy E, co jest 4-5 krotną zalecaną dzienną dawką. Nie da się jej przedawkować, a niektórzy sportowcy biorą po 500 mg dziennie.

Pora na minerały

  • Nieszczęsne żelazo. Bardzo, bardzo często biegacze cierpią z powodu jego niedoboru. Dzieje się tak jednak nie z powodu jego niewielkiego spożycia – każdy z nas spożywa go aż nadto. Problemem jest to, że z zapałem godnym lepszej sprawy uniemożliwiamy naszemu organizmowi jego wchłonięcie. Przede wszystkim nadmiar białka i tłuszczu sprawia, że żelazo w ogóle nie może dostać się do krwi. Picie kawy i herbaty również ogranicza wchłanianie nawet o 90%. Brak witaminy C jest kolejnym czynnikiem. Tutaj też warto wyjaśnić w końcu o co chodzi z tym żelazem hemowym i niehemowym. Często możecie przeczytać, że żelazo hemowe lepiej się wchłania, niehemowe gorzej. Jest to bzdura, sam nie wiem przez kogo wymyślona, ale powtarzana tak często, że nawet niektórzy lekarze w nią uwierzyli. W praktyce wygląda to tak, że organizm wchłania tyle żelaza, ile mu potrzeba. Jeśli go brakuje, wchłania więcej, jeśli jest za dużo – stopuje ten proces. Ale ta zasada dotyczy tylko żelaza niehemowego. Jeśli pojawi się hemowe, zostaje ono wchłonięte w całości, o ile czymś tego procesu nie zablokujemy (np kawą albo nadmiarem białka). Prowadzi to do nadmiaru, z którym organizm nie bardzo jest w stanie sobie radzić – nie mamy naturalnego mechanizmu pozbywania się zbyt dużej ilości żelaza – chociaż możliwe, że długotrwałe, obfite bolesne miesiączki są takim właśnie trickiem. Fakt, że wegetarianki nie miewają takich przypadłości. Innymi słowy, jesteśmy do żelaza hemowego nieprzystosowani. Nie jest to takie groźne, dopóki mamy rozliczne wewnętrzne krwawienia spowodowane np bieganiem. Radą na niedobór żelaza nie są więc ani tabletki z żelazem, ani wątroba z kadmem, ołowiem i dioksynami, tylko zwykłe zastąpienie porannej kawy szklanką soku z pomarańczy – zwiększy on wchłanianie na resztę dnia.
  • Magnez – swego czasu przypadkiem trafiłem na forum „nerwica lękowa”. Po przejrzeniu kilkudziesięciu tematów „czy to na pewno nerwica?”, w których ludzie opisywali swoje objawy, złapałem się za głowę. To wyglądało na jakiś koszmar. Ludzie mieli w większości książkowe objawy niedoboru magnezu, niemal u każdego z nich lekarz rozpoznawał nerwicę i przepisywał drogie, uzależniające psychotropy z silnymi skutkami ubocznymi. Poradziłem im suplementację magnezem w odpowiednio silnych dawkach – tylko kilku mi uwierzyło, reszta wyśmiała. Z tego co wiem ta reszta dalej szprycuje się psychotropami (może to jest po prostu przyjemne?), grupa która mi uwierzyła niemal w całości została „wyleczona” z nerwicy w ciągu kilku tygodni magnezowania – z dwoma wyjątkami, u których zdiagnozowałem inne choroby. To był dość wstrząsający kontakt z polską opieką zdrowotną. Jaka z tego dla nas nauka? Niedobory magnezu bywają powszechne, są skutkami błędów żywieniowych. Najwięcej magnezu w naszej diecie jest w zbożach – nie w żadnych czekoladach czy kakao, to bzdura wymyślona chyba przez producentów tychże. Nawet banany mają kilkakrotnie więcej magnezu w przeliczeniu na 1000 kcal niż czekolada. Warunek co do zbóż, muszą być z pełnego przemiału. Biała mąka odpada. Również witamina B6, niezbędna do zmagazynowania tego pierwiastka, jest nieobecna w białej mące, za to mnóstwo jej w pieczywie razowym. Drobna uwaga – test magnezu z krwi jest bezwartościowy, o ile nie jest to pomiar stężenia w środku erytrocytów. Nawet nie wiem, czy jakiekolwiek laboratorium w Polsce wykonuje takie badania, w razie czego zainteresowanym mogę podać adres w Londynie 🙂 Dla biegaczy w magnezie ważne jest to, że znacznie przyspiesza regenerację komórek nerwowych, przez co mamy „więcej energii”, a w praktyce łatwiej nam pracować nad układem nerwowym – to właśnie od niego zależy, jak wytrzymali będziemy na trasie, jak równy i ekonomiczny będzie nasz krok. Bez niego nasz organizm nie potrafi bronić się przed infekcjami.
  • Cynk – uwagi w sumie te same co przy magnezie, również występuje w produktach nie przetworzonych, również jego niedobory są powszechne, również jego wrogiem jest zapychanie się tłuszczem i cukrem, które są po prostu pustymi, wręcz szkodliwymi kaloriami, ma tylko inne funkcje. Jest niezbędny do działania enzymów spalających tłuszcz (szybkość w 1 zakresie), pomaga budować czerwone krwinki, przyspiesza regenerację organizmu, reguluje trawienie, reguluje poziom cukru (produkcję insuliny). Prawdziwy morderca wirusów.
  • Wapń – wbrew pozorom, NIE trzeba go dużo zjadać. Jeśli mamy prawidłowy poziom witaminy D, organizm spokojnie poradzi sobie mając nawet 300-500 mg wapnia dziennie, chociaż oczywiście lepiej brać margines bezpieczeństwa z powodu silnego pocenia się biegaczy. Jeśli jednak zakwaszamy organizm nadmiarem aminokwasów z zawartością siarki (obecnych głównie w produktach zwierzęcych), można spodziewać się że organizm będzie wykorzystywał zapasy wapnia do neutralizacji kwaśnego środowiska. To jeden z powodów, dla których ludy prymitywne które nigdy nie widziały na oczy mleka i tabletek z wapnem, ale również nigdy niemal nie jedzą mięsa, mają w wieku 90 lat kości jak współcześni 20 latkowie. Podobne uwagi dotyczą cukru i częściowo również wyrobów z białej mąki – organizm potrzebuje fosforanów żeby je strawić. Bogate źródło fosforanów to… kości. Są tam powiązane z wapniem. Wapń pobrany do strawienia cukru jest potem po prostu wysikiwany. Dosłownie – wysikujemy swoje kości.
  • Jod – również niezbędny do spalania tłuszczu. Teoretycznie powinien być w soli, ale… jest go tam za mało, chyba że ktoś soli nawet herbatę. Tutaj akurat dobrym wyjściem są tabletki, Kelp to chyba jedyny preparat na rynku z jodem.
  • Potas – Jeden z bardziej niedocenianych pierwiastków. Swego czasu niejaki Max Gerson był wielkim promotorem potasu. Uważał, że sporą część współczesnych chorób można tłumaczyć niedostatecznym spożyciem potasu a nadmiernym sodu. W efekcie – wg niego – następuje zachwianie równowagi wewnętrznej komórek organizmu, które wchłaniają nadmiar sodu, co upośledza ich przemiany oddechowe – z tlenowych zaczynają przechodzić na beztlenowe.

Jak doszedł do tych wniosków? Cierpiał na potwornie silne ataki migreny. Opracował dietę złożoną głównie z surowych warzyw, owoców i soków wyciskanych ze świeżych roślin, z restrykcją na wszelkiego rodzaju produkty pochodzenia zwierzęcego, przyprawy, alkohol a przede wszystkim sól. Po prostu eliminował wszystko, po czym ataki się nasilały, dodając rzeczy po których zanikały. Zareklamował dietę paru swoim znajomym, u których również doprowadziła do zaniku choroby. Rozreklamował ją więc szerzej, aż pewnego dnia otrzymał od jednego z pacjentów list, w którym ów człowiek opisywał wyleczenie z gruźlicy skóry. Po kilku kolejnych przypadkach, Gerson ogłosił, że jego dieta jest lekiem na gruźlicę. Wtedy wyzwanie rzucił mu Ferdinand Sauerbruch, słynny w tamtych czasach pulmonolog. Pozwolił Gersonowi zaordynować dietę 450 ludziom umierającym na późne stadium gruźlicy. Ogłosił, że jeśli chociaż u jednego pacjenta stan zdrowia poprawi się, terapię należy uznać za pomocną w leczeniu tej choroby.

446 pacjentów całkowicie wyzdrowiało. Ostatecznie przekonało to Sauerburga, terapia Gersona stała się popularna w sanatoriach gruźliczych – doprowadziło to do zamknięcia wielu z nich. Spotkało się też ze wściekłym atakiem pulmonologów.

Potem zaczęło się robić jeszcze ciekawiej. Zgłosiło się parę osób, które przysięgały, że dieta spowodowała cofnięcie się zmian nowotworowych. Gerson zaczął eksperymentować, znowuż żmudnie metodą prób i błędów modyfikując dietę – można uznać to za etycznie dwuznaczne, ale po prostu eksperymentował na chorych. Wszystko skończyło się w momencie wybuchu wojny – Gerson, który był Żydem, musiał uciec do Stanów Zjednoczonych. Tam w 1946 roku próbował przeforsować w kongresie swoją metodę jako sposób na walkę z rakiem – jako dowód przedstawił historię 50 osób wyleczonych za pomocą diety. Zostało to odrzucone, a kongres zaakceptował chemioterapię, za którą wtedy stali najbogatsi ludzie w USA, właściciele prężnie rozwijających się koncernów farmaceutycznych. Wkrótce nastąpiła zmiana prawa – stosowanie terapii Gersona stało się nielegalne. Wszystko zgodnie z zasadą „wolno stosować tylko to, co zostało przebadane, nie wolno badać niczego, czego nie wolno stosować”. Jedynie najbogatsze koncerny było stać na opłacenie komisji etycznej.

Klinika Gersona przeniosła się do Meksyku, gdzie oferowała swoje usługi chorym na raka. Przez wiele, wiele lat była obiektem drwin onkologów z całych Stanów, straszyli pacjentów „A jak się nie podoba, możesz jechać do Meksyku leczyć się sokiem z marchewki”. Było wiele radości, wszyscy bardzo się cieszyli. Aż do roku 1995, kiedy opublikowane zostały dane statystyczne wyleczalności pacjentów kliniki. Pierwsza reakcja onkologów – „oszustwo, te dane są zmyślone” – jednak każdy z pacjentów, co do jednego, został właśnie przez nich przebadany i skazany na śmierć. Nie mogli zaprzeczyć swoim własnym słowom. Nauka musiała uznać fakt, że w zabitej dechami budzie w Meksyku, na krańcu świata, grupa szamanów lecząca nowotwory sokiem z marchewki – osiągnęła skuteczność 6 krotnie wyższą od „normalnych” klinik onkologicznych.

Czasem jednak statystyka nie wystarczy. Co przekonało profesora Yoshihiko Hoshino, jednego z czołowych japońskich lekarzy? Wyrok, który usłyszał od kolegów po fachu. Przerzuty na wątrobę, zostało panu kilka miesięcy życia – w najlepszym wypadku. W geście rozpaczy profesor udał się do szamanów. Faktycznie zajęło to kilka miesięcy. Po nowotworze nie został nawet ślad.

Otwartym pozostaje pytanie, czy to potas był odpowiedzialny za ten cud? Wg Maxa Gersona – owszem. Wg jego wnuczki, obecnie prowadzącej klinikę – główną rolę pełni usunięcie z organizmu toksyn oraz enzymy oksydacyjne w roślinach, potas ma znaczenie drugorzędne – niemniej w dalszym ciągu podaje się go pacjentom. Bez odpowiednich badań ciężko wyodrębnić czynnik – bądź czynniki – które doprowadziły do tak wspaniałych rezultatów.

Dla nas istotny jest fakt, że potas i sód są pierwiastkami które ze sobą potrafią konkurować o miejsce w organizmie. Nadmiar jednego szkodzi drugiemu.

Drugi fakt – obecnie zjadamy nawet 10 krotnie więcej sodu niż nasi przodkowie.

Trzeci – spożycie potasu spadło kilkukrotnie.

A główne źródła potasu? Rośliny, zwłaszcza surowe warzywa i owoce. Szczególnie bogate są banany i pomidory.

Pozostałe minerały nie są aż tak bardzo istotne, dbając o właściwy poziom tych wymienionych, zdobędziemy też pozostałe – występują razem.

Czy dbając o poziom witamin i soli mineralnych zwiększymy szybkość biegu? O, tak. Zwiększymy, znacznie zwiększymy. Ale nie od razu. Zalety prawidłowej diety docenimy, gdy po 2 treningach w ciągu dnia dalej będziemy mieć energię na kolejny, a po wyścigu zregenerujemy się w ciągu nocy.