Zamieniła triathlon na trail. I choć jest to rewolucja, jedno pozostało — ogromna wola walki i szczera radość z biegania. Klaudia pokazuje, że nie wszystko musi zagrać perfekcyjnie, a w górach ważniejszy od planu bywa instynkt, odwaga i umiejętność słuchania siebie.
Poznaj inspirującą historię zawodniczki, która po 10 sezonach w triathlonie odkryła sport na nowo — i błyskawicznie znalazła się w czołówce biegów górskich. Co ją porwało? Jak wygląda jej podejście do treningu? I dlaczego bransoletka z jednych zawodów towarzyszy jej na każdym starcie?
Co zainspirowało Cię do przejścia z triathlonu do trialu?
Klaudia: Ja w ogóle przeszłam z triathlonu do trailu — na asfalcie startowałam tylko poza sezonem. O dziwo, zawsze w triathlonie wolałam trasy, gdzie bieganie było po lesie, ale jakoś nigdy nie wiązałam swojej przyszłości z trailem.
Do czasu startu w Rudawach. Start o piątej rano, ciemno, bo to luty. Ja z czołówką na głowie, a w dole światełka miasteczek — to była magia i ona mnie porwała. Potem, przez punkty które tam zdobyłam, zaczęto mnie zapraszać jako elitę. I tak poszło.
Kończyłam w 2024 roku dziesiąty sezon w triathlonie i pamiętam, że mówiłam „widzimy się w przyszłym roku”. A gdzieś po drodze trail skradł moje serce na tyle, że w 2025 roku w triathlonie już się nie zobaczyłam.
Co najbardziej zaskoczyło Cię w biegach ultra?
Klaudia: Tu naprawdę walka trwa do ostatniej chwili. Tu może wydarzyć się wszystko i nigdy nie należy się poddawać — bo o dziwo większość zawodów zaczyna się dopiero za połową. Do połowy czasami chodzi o to, żeby oszczędzić jak najwięcej energii, bo wyścig zaczyna się dużo później.
Długo musiałam się uczyć zapanowania nad swoją głową od samego startu — i dalej mi to momentami nie wychodzi. Na jednym biegu na 10. kilometrze cięłam się z zawodniczką, jakby były to ostatnie kilometry… a do mety było jeszcze siedemdziesiąt.

Jaka jest Twoja filozofia treningu i przygotowań do biegów ultra?
Klaudia: Od razu zaznaczę — to co robię jest kontrowersyjne. Nawet bardzo kontrowersyjne. I nie będę tego polecać nikomu.
Ja nienawidzę mocnych treningów, ale kocham zawody i ich atmosferę. Więc wypracowałam swój system, który mi się sprawdza — jestem co weekend na zawodach. W zależności od tego, co mam zaplanowane w danym tygodniu, takich zawodów szukam. Chcę coś szybszego? Wpada dyszka czy piątka po asfalcie. Siła? Szukam zawodów z fajnymi przewyższeniami. Czasami zdarza mi się na zawodach biegać zadaniowo — na przykład do połowy biegnę mocno, w środku robię jakieś zadania.
Dla mnie najważniejsze jest pojechać i pobyć między ludźmi. Dzięki temu nie czuję, że trenowałam mocno i się tym nie nudzę. Ale do tego trzeba znać swój organizm — gdy jestem zbyt zmęczona, wiem, że muszę znaleźć coś krótszego, przenieść bieganie na rower albo całkiem odpuścić. Mam to na tyle przećwiczone, że widzę po zmianach tętna, czy jestem zmęczona.
Ile godzin tygodniowo spędzasz na treningu?
Czasowo to około 3–4 godziny dziennie, bo to nie tylko bieganie. Samego biegania wychodzi około 120–130 km tygodniowo, ale to dużo biegania w tlenie — więc słuchawki, las albo góry i tak można trenować. Czasami to książka na bieżni. Można powiedzieć, że po prostu lubię te kilometry.
Jaki rodzaj treningu poleciłabyś amatorom w przygotowaniach do ultra?
Na pewno muszą swoje w górach wybiegać, żeby poczuć się na szlakach pewnie. Jak dla mnie — nic nie zastąpi kilometrażu zrobionego z przewyższeniami, plus zbiegi.
To jest coś, co po prostu trzeba biegać. Można być mega przygotowanym — robić podbiegi na bieżni, szybkość, siłę — a pierwszy długi zbieg załatwi czworogłowe uda do tego stopnia, że nic nam po tych przygotowaniach. Bo po „głupich” 3 km zbiegu nogi odmówią posłuszeństwa.
I chyba z tego najmniej zdają sobie sprawę początkujący — bo zbieg jest łatwy, niby się nie męczymy, a morduje czwórki, jeżeli nie są do tego przyzwyczajone. A zbiegów na bieżni nie zrobimy.
Jak wygląda Twój tydzień startowy przed ważnym biegiem?
Przed ważnym startem dosyć konkretnie ścinam obciążenia. Dwa dni przed nie biegam. Trzy dni wcześniej wychodzę na luźny rower, a jeszcze wcześniejsze dni to biegi po około godzinę na niskiej intensywności, plus ewentualne przebieżki i bardzo spokojny rower i basen. Jak na moje standardy wychodzi bardzo leniwy tydzień.
Co do jedzenia — w sumie nic nie zmieniam, bo na ogół jem dużo węglowodanów, a warzywa uwielbiam. Przed startem warzywa trochę ograniczam, ale nie wprowadzam drastycznych zmian. Jestem zdania, że nagła zmiana może skończyć się tylko rewolucjami. Trzeba też zauważyć, że mam bardzo odporny żołądek — mogę zjeść chwilę przed bieganiem i nie będzie problemu. Chociaż staram się tego oczywiście nie robić.

Jak wygląda Twój dzień startu?
Na ile przed startem wstajesz?
Na ostatnią chwilę! Jak ktoś w biurze zawodów wysypuje wszystko na ziemię i lata w chaosie — to na bank ja. Bo lubię się wyspać i finalnie wstaję za późno. Ale jest plus — nie mam kiedy się zestresować. Jeżeli jestem na miejscu, to wstaję około godzinę przed startem, do tego doliczam czas dojazdu.
Co jesz na śniadanie?
Najczęściej wlatuje jedna kawa, potem owsianka na pół na pół wodzie i mleku, a potem druga kawa. Więc tutaj nie ma zbytniej filozofii.
Czy przed starttem robisz rozgrzewkę?
Moja rozgrzewka polega na ubieraniu się w chaosie, bo oczywiście wstałam za późno i biegam w panice. Oczywiście koloruję — mam to pod kontrolą, mimo że z zewnątrz wygląda, jakby było inaczej. Nie rozgrzewam się, bo to także pewien sposób hamowania własnych zapędów. Po prostu rozgrzeję się na pierwszych kilometrach, a dzięki takiemu założeniu nie ruszam od razu szybko.
Jakie masz sprawdzone sposoby na pokonywanie kryzysów na trasie?
Najczęściej zamykam się w swoim własnym świecie. Mam muzykę i raczej myślę o czymś innym — czasami jakieś wspomnienia sobie przywołuję i lecę. Staram się zapanować nad głową zanim ona rozkręci spiralę dramatu, bo wtedy wyhamować jest już bardzo ciężko. Ale powoli i to zaczyna mi się udawać.
Moim ostatecznym argumentem do samej siebie jest: *„Na Chudym dobiegłaś to 80, to i teraz się doturlasz.”*
Od razu tłumaczę — na Chudym przesadziłam i na 50. kilometrze już się zataczałam. Nawet zadzwoniłam, że schodzę z trasy. A po około półtora kilometrze marszu, po dziś nie wiem dlaczego, po prostu zerwałam się do biegu. Nic nie było tak wymęczone jak meta tych zawodów. Ale teraz mam zawsze z nich bransoletkę na ręce — gdy jest fatalnie, patrzę na nią i wiem, że jestem w stanie dotrzeć wbrew wszystkiemu.
————————————————————————————————————————
To nie koniec! W drugiej części tekstu dowiesz się, jakie buty Klaudia wybiera na start, co je i pije na trasie. ALE NIE TYLKO! Zawodniczka zdradzi też kulisy swojego treningu, opowie o wydarzeniach które skradły jej serce — i o jednym wyścigu, którzy zajmuje w jej historii szczególne miejsce.
















