Korzystaj wygodnie z naszego serwisu dzięki najnowszej aplikacji mobilnej dostępnej na Twojego Iphone’a i I’Pada!

Zamknij

Nie zawsze po kopie - jest już po chłopie - Cliff Young

Chcieć to móc. Znane nam wszystkim przesłanie nabiera większej mocy w obliczu dokonań Cliffa Young’a. Człowieka, który utarł nosa wielu ludziom. Na starcie został wyśmiany i sądzono, że nie do końca ma świadomość, na co się porywa. Nie dawano mu żadnych szans. Na przekór wszystkim, uparcie chciał osiągnąć założony przez siebie cel. Nie robiąc sobie nic z kąśliwych komentarzy, dokonał rzeczy, wydawałoby się, że niemożliwej. Co takiego zrobił Cliff Young?

Jak gdyby nigdy nic, pojawił się na starcie australijskiego ultramaratonu z Sydney do Melbourne, którego dystans wynosi 875 km. Nikomu nieznany, a przede wszystkim nie wyglądający na wprawionego biegacza, wywołał ironiczne uśmiechy obserwatorów. Na pierwszy rzut oka słusznie, ponieważ bieg ten uważany jest za najbardziej wyczerpujący ze wszystkich na świecie.

Pokonanie całej trasy zajmuje zawodnikom około 6 dni. Co więcej, startujący zawodnicy to doświadczeni, zaprawieni w bojach młodzi biegacze, mający na koncie  setki tysięcy kilometrów. Przeważnie są to młodzi, 30-letni sportowcy w szczycie formy, którzy tak naprawdę trenują stricte pod ten jeden bieg. Każdy z nich posiada sponsora, który wyposaża ich w najlepszy sprzęt. Ten morderczy dystans wymaga naprawdę ogromnych pokładów energii. Dla człowieka, który nie biega, już dystans maratoński jest szaleństwem. Australijski ultramaraton to 21-krotny dystans maratonu. Czyste szaleństwo. Odważnych jednak nie brakuje, a wśród nich znalazł się właśnie Cliff Young – 61-letni farmer.

Kiedy pojawił się na stracie, nikt nie wierzył, że zamierza biec. Ubrany był w kombinezon roboczy i kalosze. Przydzielono mu numer startowy i wszystkie oczy skupiły się na nim. Zdecydowanie wyróżniał się na tle pozostałych uczestników. Media wykorzystały sytuację i przepytały Cliffa o jego zamiary:

- Kim jesteś i co tu robisz?

- Jestem Cliff Young. Jestem z dużego rancza za Melbourne, gdzie hodujemy owce i uprawiamy kartofle.

- Naprawdę chcesz wziąć udział w tym wyścigu?

- Tak.

- Chyba zwariowałeś. Nie ma takiej możliwości, że go przebiegniesz.

- Tak. Przebiegnę. Wychowałem się na farmie, gdzie nie było nas stać na konie albo traktory i przez całe moje życie – aż do czasu, kiedy cztery lata temu zarobiliśmy w końcu trochę pieniędzy i kupiliśmy traktor – zawsze kiedy przyszły burze, musiałem wychodzić w pole, by zgonić owce. Mieliśmy 2 tysiące arów ziemi i 2 tysiące owiec. Nieraz musiałem za nimi ganiać przez dwa albo trzy dni. Trwało to bardzo długo, ale zawsze je w końcu dorwałem. Myślę, że mogę przebiec ten wyścig, to tylko dwa dni więcej. Pięć dni. Za owcami ganiałem trzy dni.

Tak, jak postanowił, tak zrobił. Wyruszył wraz z innymi zawodnikami, choć bieg jego przypominał raczej człapanie. Od samego początku został w tyle, ale to go absolutnie nie zniechęcało. Sukcesywnie przemierzał kolejne kilometry nie zwracając uwagi na szydercze uśmiechy obserwatorów. Choć byli i tacy, którzy modlili się za Cliffa, o to, by przeżył wyścig.

Fenomenem tego wyczynu był fakt, że Cliff biegł bez przerwy. Każdy doświadczony zawodowiec wiedział, że aby przetrwać ten morderczy dystans, należy dostarczyć organizmowi 6 godzin snu, co pozwoli na regenerację i zebranie sił na kolejne godziny biegu. Young o tym nie wiedział i mając w głowie, że za owcami też biegał bez odpoczynku, tak samo postępował na wyścigu. Podczas, gdy inni zawodnicy ładowali baterie, on wciąż biegł. Tym sposobem pomału, ale skutecznie doganiał przeciwników. Biegł bez chwili na sen, aż do mety. Nieludzkie? Nadzwyczajne? Niemożliwe? Jak widać – możliwe! Ostatniej nocy udało mu się wyprzedzić wszystkich biegaczy. I to nie koniec rewelacji! Oprócz tego, że Cliff wszystkich wyprzedził i dobiegł do mety, ustanowił rekord, pojawiając się na mecie już po 5 dniach, 15 godzinach i 4 minutach.

Kolejnym szokiem była jego reakcja na otrzymaną nagrodę. Organizator przewidział dla zwycięzcy 10 tysięcy dolarów. Pieniądze te podzielił między 5 innych zawodników, których uznał za twardszych od siebie, nie zostawiając sobie nic. Tym sposobem ludzie przestali podśmiechiwać się z farmera i w jednej chwili pokochali go. Sukces, jaki osiągnął, jest niewyobrażalny. Cliff tak naprawdę biegł w nieświadomości, wyobrażając sobie w głowie gonitwę za owcami podczas burzy. Musiał dobiec. Nie zakładał innej opcji. Prostota jego myślenia doprowadziła go na wyżyny swoich możliwości.

Jaki jest morał tej historii? Nigdy nie lekceważ przeciwnika. Pozory mylą! Nawet nie wiesz, jak bardzo. 

Nasze ciasteczka nie zawierają glutenu! Polityka prywatności cookies - zezwól jesli się zgadzasz.