Korzystaj wygodnie z naszego serwisu dzięki najnowszej aplikacji mobilnej dostępnej na Twojego Iphone’a i I’Pada!

Zamknij

Szum wiatru w liściach, aromat kawy, blask porannego słońca…

Szum wiatru w liściach, aromat kawy, blask porannego słońca…

Latami czytając kolejne książki, oglądając kolejne filmy, zastanawiałem się, dlaczego te wszystkie przejawy życia mnie omijają, co jest ze mną nie tak, że pijąc kolejną kawę, zamiast delektować się pełnią jej smaku, oczekuję jedynie kopnięcia zawartej w niej kofeiny. Dlaczego latami, oglądając kolejne filmy ulubionych reżyserów, zamiast w pełni oddać się ich akcji, oczekuję jedynie zakończenia filmu, dlaczego będąc na koncercie ulubionego zespołu, zamiast oddać się w pełni celebracji muzyki, oczekuję zakończenia przedstawienia? Dlaczego życie przecieka mi przez palce?

Nie mogłem odszukać odpowiedzi na powyższe pytania, przez szereg długich, kolejnych lat. Tak trwałem w odrętwieniu, w osłupieniu, oczekując nie wiadomo czego.

Kilka lat temu, widząc, co się dzieje z moim ciałem, postanowiłem zrzucić kilka kg nadwagi, poprzez bieganie udało się to osiągnąć dość łatwo. Wtedy postanowiłem wystartować w maratonie. Przygotowałem się do niego, osiągnąłem cel, czyli metę na 42km. Chciałem wtedy więcej, ale przyszedł kres możliwości. Dlaczego? Wtedy połączyłem fakty…

Tak, powód tego wszystkiego był przeze mnie przeczuwany, gdzieś w zakamarkach umysłu kryła się przyczyna tego wszystkiego.

Lubiłem chodzić do sauny, a w niej spożywać kilka piw. Najpierw uderzyło mnie, że tydzień biegowych treningów idzie na marne, poprzez tych kilka sobotnich piw w saunie. Biegowo dwa kroki do przodu, dzięki piwu powrót do punktu wyjścia.

W międzyczasie czytając biografię jednego z moich ulubionych pisarzy H.P. Lovecrafta, zainspirowałem się jego podejściem do alkoholu, Lovecraft był całkowitym abstynentem.

Postanowiłem ograniczyć mocno te piwne wyjścia do sauny, dało to oczekiwany efekt. Pozwalałem sobie na tych kilka piw już tylko po zaliczeniu oficjalnego startu, po osiągnięciu mety maratonu lub ultra.

Ale i to było za mało.

Dziewięć miesięcy temu, 24 czerwca wypiłem ostatnią porcję alkoholu, ostatnie piwo. Oczekiwałem wówczas na bardzo ważne wydarzenie w moim życiu, do którego przeżycia był wymóg kilkudniowego odstawienia alkoholu.

Nie sądziłem wówczas, że całkowicie rzucam alkohol, nie był to najważniejszy dla mnie cel. Tak się jednak potoczyło.

Wracając do początku historii, oczywiście, jednorazowe w tygodniu piwa w saunie, to nie był jedyny mój romans z alkoholem. Jak to powszechnie bywa, nasza wspaniała koegzystencja rozpoczęła się w wieku kilkunastu lat, najpierw jedno piwo z kolegami, później kilka piw, również z kolegami, na głowę. Wina tańsze i droższe, wódka. Nigdy w zasadzie, nie zdarzało się mi upijać dniami pod rząd. Co oczywiście nie oznacza, że 2-3 dni z alkoholem w weekend czy przy okazji jakiejś imprezy, były dla mnie czymś dziwnym. Nie, nie były. W trakcie miesięcznego urlopu, potrafiłem dzień w dzień wypić od 2-3 piw do 0,7l wódki. To przecież nie są liczby znaczące wiele? A może są? Zgubiłem się w tym…

24 czerwca 2014: dwa dni po nieudanym starcie w pierwszym ultramaratonie, Sudeckiej Setce, nieudanym, bowiem zakończonym dla mnie na 72km. Oczywiście w 2-3 godziny po kilkunastu godzinach biegu byłem w stanie otworzyć butelki kilku piw.

Piwa, wódka, wina, wszędzie alkohol.

Większość ludzi, których znam, sądzi, że problem z alkoholem zaczyna się wtedy, gdy zaczynasz robić pod siebie, gdy trzeba wyciągać cię nieprzytomnego z pobliskiego rowu, gdy pierwsze co robisz po otwarciu oczu, to sięgasz po butelkę. Nie, nie i jeszcze raz NIE. Maligna, drgawki, alkoholowa padaczka, zwidy, to tylko jedna z możliwych opcji końcowego etapu choroby alkoholowej. Etapu, kiedy wyjście, poradzenie sobie z chorobą, jest bardzo trudne, dla wielu niemożliwe.

Setki, miliony ludzi uzależnionych to normalnie funkcjonujący w społeczeństwie ludzie, często nasi sąsiedzi, których problemów nie zauważamy, a może sami mamy problem, i nie widząc go w gronie najbliższych ludzi, pozwalamy nie widzieć go w sobie?

szum-wiatru-w-lisciach-aromat-kawy-blask-porannego-slonc-0120150428-0001

Tymczasem, wystarczy w Internecie, odszukać jakikolwiek test, dotyczący spożycia napojów alkoholowych i jestem przekonany, że dla zdecydowanej, przytłaczającej większości konsumentów piw, win, wódek, jego rezultat będzie wskazywał na mniejszy lub większy problem z alkoholem. Każdy taki problem to tak naprawdę alkoholizm, jestem co do tego szczerze przekonany.

Alkohol to bardzo silna substancja, o ogromnej mocy. Jego prawidłowe spożywanie wiąże się z WYPICIEM JEDNEGO MAŁEGO, SŁABEGO PIWA DZIENNIE, JEDNEJ, MAŁEJ LAMPKI WINA, JEDNEGO MAŁEGO KIELISZKA WÓDKI, czy mocnej nalewki.

Spirytus, duch, jak większość substancji, ma uzdrawiającą moc. Gdy wypijasz mały kieliszek nalewki, alkohol rozszerza naczynia krwionośne, ułatwia zdrowotnym substancjom zawartym w nalewkach pełniejsze dostarczenie swoich zdrowotnych mocy organizmowi. Wypicie małego kieliszka mocnego alkoholu rozgrzewa, co zawsze było ważne na naszej szerokości geograficznej. Alkohol dezynfekuje, ale w tym celu wystarczy dawka zawarta w małym kieliszku. Każdy wie, jakie cuda potrafi zdziałać moc jednej lampki wina do obiadu, tak przecież popularna w krajach basenu Morza Śródziemnego. Problem zaczyna się wtedy, gdy przekraczasz te ilości. KAŻDA ilość alkoholu, powyżej przytoczonych wyżej, toksycznie wpływa na organizm, zatruwa go i prowadzi do uzależnienia. Nie, jeśli wypijesz jedno półlitrowe piwo w ciągu dnia, nie oznacza to, że jesteś alkoholikiem, znaczy to, że niewłaściwie traktujesz alkohol, niepotrzebnie przekraczasz dopuszczalne granice. Jeśli jednak robisz to codziennie, codziennie wypijasz półlitrowe piwo, to już masz problem z alkoholem. Gdy wypijasz raz w tygodniu, w  sobotni wieczór powyżej 3 piw, twoja średnia na dzień jest powyżej dopuszczalnej, jeśli robisz to regularnie, MASZ problem z alkoholem.

Wiele razy słyszę od osób pijących, jak to dobrze alkohol działa, jak wspaniale dezynfekuje, jak wspaniale rozgrzewa. Tyle, że osoby te, spożywają alkohol w dawkach dalece przekraczających te potrzebne do dezynfekcji czy rozgrzania.

Setki, jeśli nie tysiące zatruć alkoholem, to efekt takiej dezynfekcji, dziesiątki, jeśli nie setki zamarznięć rocznie w okresie zimy, to efekt tak wspaniałego rozgrzania organizmu alkoholem. Gdzie tutaj szukać sensu, gdzie logiki?

Wypijanie kilku lampek wina, kilku piw czy drinków, by lepiej zasnąć, by lepiej się spało, to oznaka uzależnienia. Uzależnienia, które mówi: potraktowałeś alkohol nieodpowiednio, bez niego twój organizm nie potrafi pogrążyć się w regeneracyjnym, długim śnie. Organizm oczekuje wlania w niego chociażby odrobiny alkoholu, organizm już jest uzależniony. W jakimś stopniu i ja przerobiłem ten problem, wiem, o czym piszę.

Ostatnio usłyszałem, jak to alkohol doskonale rozgania demony. Mógłbym się dowiedzieć, jak? Poranny kac, ból głowy, niemożność zrobienia czegokolwiek, wiąże się z rozgonieniem zamieszkujących w głowie demonów? Nie, alkohol dostarcza ILUZJI, tak ILUZJI, ale najpierw robi coś gorszego, o czym później napiszę.

Picie dla towarzystwa to kolejny, jakże często używany argument przez pijących. Spotykamy się, otwieramy kolejne butelki piwa, rozlewamy kolejne lampki wina, dźwigamy kolejne kieliszki wódki. Jest wesoło, zabawa nabiera rumieńców, rozmowa zaczyna się „kleić”. Czyżby? NIE. Pod wpływem kilku łyków alkoholu, każdy rozmawia do siebie, wyciągane z rękawa argumenty nie trafiają do nikogo, bawimy się przednie. To wszystko złudzenie, zbudowane na alkoholu. Dowody? Ile razy podczas takich imprez, poruszamy jedne i te same tematy, rozmawiamy po raz kolejny, setny o jednym i tym samym? Bez żadnych, jakichkolwiek, najmniejszych efektów. Alkohol wypity dla towarzystwa zabiera nam towarzystwo, dostarczył siebie, to jego jesteśmy adoratorami, dla niego spotkaliśmy się z innymi, mamy doskonały sposób, by usprawiedliwić naszą słabość, nie zauważyć oczywistości.

To teraz, gdy nie podlewam spotkania ze znajomymi, przyjaciółmi, rodziną, wiem, że spotykam się z WAMI, każda chwila, każdy moment, każde słowo i ruch współrozmówcy są dla mnie ważne, istotne.

Gdy 24 czerwca 2014 roku ostatni raz spożyłem piwo, miałem pomysł na kilka miesięcy abstynencji, tych kilka miesięcy przeciągły się do pół roku, a teraz mamy równo 9 miesięcy.

szum-wiatru-w-lisciach-aromat-kawy-blask-porannego-slonc-0120110929-0002

Gdy pierwszy raz szukałem w Internecie informacji odnośnie problemów z alkoholem, natrafiłem na wzmiankę o aldehydzie octowym. Substancja ta powstaje w wątrobie, gdy dostarczymy jej etanolu, alkoholu zawartego w piwie, winie czy mocniejszych napojach. Chociaż dzisiaj nie potrafię odszukać, gdzie natrafiłem wtedy na informację, że aldehyd, w organizmie człowieka może przetrwać do 9 miesięcy. Gdy mijały kolejne tygodnie, miesiące mojej abstynencji, stwierdziłem, że chcę osiągnąć ten czas: 9 miesięcy bez alkoholu. Dzisiaj, mogę powiedzieć, że się udało. Ale co innego jest dla mnie ważne: dziewięć miesięcy to okres ciąży, tyle czasu potrzebujemy, by w czasie ciąży rozwinąć się do tego stopnia, by móc przyjść na świat, rozpocząć samodzielne życie. Nagle skojarzyłem, że te 9 miesięcy abstynencji to mój kolejny rozwój, to czas kolejnej „ciąży”, by móc żyć. Dzisiaj czuję się, jakbym został narodzony na nowo, jakbym przyszedł na ten świat ponownie.

Alkohol daje iluzję, ale to co robi gorszego, to zabiera nam rzeczywistość, zabiera nam nasze życie i dostarcza nam ułudy, złudzenia do takiego stopnia, że nie potrafimy spojrzeć prawdzie w oczy, nie chcemy przyznać się do swojego z nim problemu: do alkoholizmu, w którym pogrążamy się każdorazowo, przekraczając dopuszczalne normy spożycia. Rozganianie demonów, piję, bo mi smakuje, piję, bo lubię, to wszystko to typowe wymówki osób niszczących swoje życie w odmętach spożywanych napojów procentowych.

Próbowałem obliczyć, ile alkoholu wypiłem w życiu, tak średnio (chyba nikt nie jest w stanie idealnie tego obliczyć) i wyszło mi, że pijąc alkohol w dawkach dozwolonych, o jakich wspominałem wcześniej, mógłbym obdzielić kolejnych 60 lat mojego życia. Tyle potrafiłem wlać w siebie piw, win i wódek. Szczęśliwie zdałem sobie z tego  sprawę, zauważyłem, że błądzę, że to droga donikąd.

Nie można ograniczyć spożywania alkoholu. Każda taka próba prowadzi donikąd, powracamy na start. Jedyne wyjście z sytuacji to całkowite odstawienie spijanych napojów.

Rodzę się na nowo, dostrzegam całą paletę barw, każdy promyk słońca, każdy oddech jest dla mnie ważny, i każdy dotyk kochanej osoby. Smak kawy, herbaty, uśmiech, radość. Piękno wspaniałej lektury, celebracja filmu i muzyki, tego wszystkiego nauczyłem się na nowo, wystarczyło powiedzieć alkoholowi STOP. To zrobiłem dziewięć miesięcy temu, to pozwoliło mi osiągnąć szczęście i radość z życia. Dzisiaj jestem przekonany, że wytrwam w swoim postanowieniu.

Czego i wam wszystkim życzę, całym swoim sercem.

Dziękuję.

Remi

Zamknij